11.11.2018

Wywiadówka: Agnieszka Sienkiewicz

Na wywiad przychodzi bez make up’u – nie mogę się na nią napatrzeć. Kiedy zaczyna opowiadać o córce, nie mogę się jej nasłuchać: robi to lekko, z wdziękiem, swobodnie i szczerze. Słuchając, uśmiecham się do siebie, do niej, wielokrotnie się wzruszam. Mówi o tym, że chce, żeby Zosia była dzielna, mądra i dopiero na końcu – ładna. Doskonały przykład ma w mamie.

Jak zareagowałaś, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży?

To nie było zaskoczenie, bo ciążę planowaliśmy, przygotowywaliśmy się do niej. To była ogromna radość, że łatwo i szybko poszło. Miałam 31 lat jak zaszłam w ciążę, byłam już na to gotowa, życiowo przygotowana. To było moje wielkie pragnienie.

Nic nie budziło Twojego strachu?

No właśnie nie, nie przypominam sobie żadnych złych emocji, żadnych lęków, nie było strachu: O Boże! Praca! O Boże! Kariera! Byłam wyciszona, spokojna. Nic mi tego czasu nie zakłócało. Mam wrażenie, że przez całą ciążę prowadził mnie instynkt, miałam w sobie ogromny spokój, czułam, że sobie poradzę. Nie miałam pewności czy mąż sobie poradzi (śmiech), ale dał sobie świetnie radę.

Płeć miała dla Was znaczenie?

Po cichu oboje liczyliśmy, że to będzie córka. Pamiętam, kiedy mój lekarz podczas badania powiedział nam: Ja już wszystko wiem. Co Państwo by chcieli? My na to: Nie no…bez różnicy. Byle było zdrowe. Lekarz: Dziewczynka, my: Yeeeeeessssssssss!!!!(śmiech).

Jak zareagowałaś, jak ją zobaczyłaś?

Jak tylko usłyszałam płacz, krzyczałam: Zdrowa? Czy jest zdrowa? I strasznie płakałam. Lekarz kazał mi się uspokoić, bo aż zadyszki dostałam od tego płaczu. A potem to był już kosmos! Pierwsze 2 doby w szpitalu i towarzyszący temu ból i dyskomfort, to było nic. Niespecjalnie pozwalałam sobie na pomoc, wszystko chciałam robić sama, jechałam na endorfinach, nie czułam w ogóle bólu. Jak wróciłam z Zosią do domu, to pierwsze,co zrobiłam, to pranie. Byłam w jakimś amoku! Zaczęłam prać, a przecież nie było co prać, wszystko było przygotowane, dom posprzątany. A potem jak Zosia spała, nie wiedziałam, co robić, więc gotowałam, sprzątałam, funkcjonowałam jak robot.

Coś Cię zaskoczyło w tym początkowym momencie, coś przerosło?

Zaskoczyło mnie, że dziecko jest takie maleńkie…I to, co się działo z moim ciałem po porodzie: stopy Shreka, napuchnięte usta i biust w rozmiarze absolutnie nieadekwatnym do sylwetki. Baby bluesa nie miałam, atrochę się go obawiałam, bo wcześniej miewałam stany melancholijne, jestem wrażliwcem, więc przygotowywałam się na to gdzieś podświadomie. Na szczęście obeszło się bez traum i nerwowości. Jedyne, na co się spinałam, to karmienie: bardzo chciałam karmić i obsesyjnie wypytywałampołożne,czy na pewno dobrze wszystko robię. Bardzo mi na tym zależało.

Jak Zosia spała?

Chyba jak każde dziecko, czyli budziła się często. Mam jednak wrażenie, że człowiek dosyć szybko przyzwyczaja się do nieprzespanych nocy. W ciągu dnia jakoś nie potrafiłam tego nadrobić. Kiedyś moja przyjaciółka powiedziała mi: Szkoda, że nikt nie daje nam instrukcji i gwarancji, ile nasze dziecko będzie spało za dnia. Faktycznie: szkoda. Bo zazwyczaj jest tak, że karmisz i dziecko zasypia. I pojawia się pytanie: Ile będzie spało? Co ja w tym czasie mogę zrobić? Bo raz będzie spało 15 minut, a raz – 3 godziny. Pamiętam, że jak Zosia dwa dni z rzędu spała po 15 min, trzeciego dnia mówiłam sobie: Dobra, nie ruszam się: zaraz się obudzi. I 4 godziny leżałam z nią na piersi. A mogłam zrobić to, to i to. Mówiłam do niej: Ej, miałaś się zaraz obudzić! Kiedy z kolei liczyłam na to, że zaśnie na dłużej i szłam np. robić obiad, to wtedy oczywiście budziła się szybko i nie chciała już spać. To był klasyk: godziny zmarnowane na kanapie, do książki za daleko, do pilota za daleko, bo na początku cykasz się ruszyć, boisz się, że się obudzi.

Jakim tatą jest Twój mąż?

Mikołaj jest tym rodzajem faceta, który robi przy dziecku wszystko i jest szalenie pomocny. Oboje jesteśmy dosyć konsekwentni, ale on jest bardziej, ja mięknę. Jest bardzo zaangażowany, wymyśla zabawy, organizuje Zosi czas. Ma w sobie dużo więcej cierpliwości, łatwiej pewne rzeczy przyjmuje. Ja się muszę po drodze zawsze nagadać,zupełnie jakby moje dwuletnie dziecko mogło coś zrozumieć z tych moich wywodów (śmiech).

Kiedy tracisz cierpliwość?           

Generalnie nie podejrzewałam się o takie pokłady cierpliwości, bo z natury jestem cholerykiem, ale przy Zosi faktycznie jestem anielsko cierpliwa. Najmniej cierpliwości mam wtedy, kiedy jestem zmęczona i nie mam siły. Na początku nie mogłam sobie wybaczyć tych sytuacji. Kiedy poczułam, że już jest we mnie złość, od razu się za to katowałam. Moja bardzo mądra przyjaciółka mówiła mi wtedy: Twoje dziecko musi wiedzieć, że Ty nie jesteś skałą. Dlaczego miałabyś ukrywać wszystkie emocje? Że niby cokolwiek Zosia zrobi, to Ty ze stoickim spokojem wszystko zniesiesz? A ja to chciałam tak bardzo wziąć na klatę, mimo, że mój mąż zawsze był w pogotowiu. To od niej nauczyłam się, że w sytuacji, kiedy narasta we mnie gniew, mówię do niego: Weź Zosię. Ja muszę ochłonąć. Idę w złą emocję, zaraz się zdenerwuję, a ona to wyczuje. Weź. Nie mam siły, nie mam cierpliwości, jestem padnięta. Wtedy Mikołaj przejmował Zosię. Ja się uspokajałam i mogłam do niej wrócić. Tak robimy do tej pory.

Jak macierzyństwo na Ciebie wpłynęło? Co Zosia Ci dała?

Dała mi dużo więcej wewnętrznego spokoju. Bo ja generalnie mam w sobie bardziej telep niż wyciszenie. Ona mnie spacyfikowała, pohamowała moje potrzeby ekstremalnych przeżyć. Ostatnio jechałam samochodem i myślałam: Trzeba znów skoczyć na bungee. Może nad rzeką z mostu? A potem przyszła myśl: Po co? Jak będę tym przypadkiem, któremu coś się stanie i moje dziecko nie będzie miało matki? Zosia dała mi poczucie, że jestem niezbędna, że mam misję do wypełnienia: wychować świetną babkę, która dużo ze mnie weźmie, choć lepiej, żeby za dużo nie wzięła (śmiech). Pokonać te wszystkie przyzwyczajenia, schematy, które mamy od dziecka, żeby jej tego nie przekazać, żeby ją otworzyć na świat, nie podarować jej swoich lęków, kompleksów, żeby nie wyssała ich z mlekiem matki. Co jest trudne, bo czasem robimy to z automatu. Ja byłam przed ciążą bardzo niepogodzona ze swoją cielesnością, byłam zakompleksiona, wiecznie na dietach. Myślę, że miałam jakieś takie przekonanie, że ta cielesność mnie określa. Brakowało mi tej pewności, że nieważne, czy mam 3 kilo w tę czy w tę, to i tak jestem fajna i warta. Więc na początku ciąży – postanowienie: 12 kilo, max. I nagle doszło do tych 17 kg… Patrzyłam na siebie w lustrze, gdzie przy moim wzroście 17 kilo więcej to jest sporo, i myślałam sobie: Wyglądam super. I wtedy w ciąży czułam się super. Po porodzie też nie miałam presji, że muszę wracać do formy. Zosia mi to dała: nagle już nie byłam ciałem-manekinem, ale ciałem, które ma zadanie: ma być silne, ma wykarmić. Poza tym myślałam sobie: Żeby moja córka nigdy nie miała takich kompleksów, nie miała obsesji walki z każdą fałdką. I dotarło do mnie: Dobrze, jeżeli chcesz, żeby ona taka nie była, Ty nie możesz taka być. I naprawdę: moja walka z ciałem gdzieś zniknęła. To nie jest oczywiście tak, że zawsze jestem z siebie zadowolona, ale Zosia to skupienie na ciele zminimalizowała z 10 do 2. Dzisiaj wiem, że jestem atrakcyjna, ale niedoskonała.

Na jaka kobietę chcesz wychować Zosię?

Zawsze mówiłam, że wychowam harcerkę, a Zosia ma teraz etap księżniczki. Kompletnie nie wiem, skąd jej się to wzięło: tylko różowy i różowy. Jak ubiera sukienkę i pyta mnie, jak wygląda, to nie mówię jej: Ślicznie, ale zazwyczaj: Jak superwoman, jak dzielna, fajna, mądra dziewczynka. Kiedy Zosia była mniejsza, jak ją pytałam: Jaka jest Zosia? odpowiadała: Dzielna, mądra i ładna. To ładna na końcu. Bo ja z premedytacją jej tego nie powtarzam.Ale często jej mówię, że jestem z niej dumna.To czy będzie ładna czy nie,nie jest tak istotne,jak to,jaka będzie! Chcę, żeby znała swoją wartość i była pewna siebie bez względu na to,jak wygląda. Dużo razem podróżujemy, uczymy, pokazujemy jej inny świat i ludzi. Jak jesteśmy w Afryce, płaczę ze wzruszenia, kiedy podchodzi do małych czarnoskórych dzieci, wyciąga swoje spineczki i im daje. Chcę, żeby była mądra, tak życiowo, żeby nie była roszczeniowa, żeby szanowała wartość pieniądza. Jestem też bardzo uważna na jej emocje. Ważne jest dla mnie wychowanie w bliskości, bardzo dużo się przytulamy od małego. Ja ją wręcz zatulam! Wiem, że to buduje jej poczucie wartości i pewność siebie. Od samego początku miałyśmy swoje rytuały: np. uspokajałam ją tak, że kładłam swoją rękę na jej policzku. Ostatnio byłam jakaś zdenerwowana. ona zobaczyła, że jest mi smutno i mówi do mnie: Mamusiu, nie płacz, nie smuć się… i uspokajała mnie, kładąc swoją rączkę na moim policzku. Tak,jak ja jej.

Z racji etapu, na jakim jest Zosia: czytacie, oglądacie razem bajki o księżniczkach?

Mam w sobie duży bunt na to, w jaki sposób przedstawiana jest w bajkach kobieta: piękna, bezwolna paniusia, która właściwie tylko czeka na swojego księcia na białym koniu. Macocha z kolei jest zawsze wiedźmą, która chce jej zrobić krzywdę. Znasz jakąś bajkę o złym ojczymie? Po co wpajać dzieciom takie stereotypy? Oglądamy więc „Krainę lodu” albo „Vaianę”. „Kraina lodu” to jest przede wszystkim bajka o dwóch silnych dziewczynach, siostrach, o feminizmie. Anna pokona wszystko, a Elza krzyczy: Mam Was gdzieś, robię, co chcę. Taka jestem, nie cofnę się! Musicie mnie zaakceptować. Vaiana też jest nie do zatrzymania, ma własne zdanie i nie wygląda jak większość tych niedożywionych księżniczek, wygląda zdrowo.

Co Zosia ma z Ciebie?

Temperament, tak bym to delikatnie ujęła. To jest petarda, ją cały czas nosi! Ale jest też dzieckiem współpracującym, nie – grzecznym – ja nie chcę, żeby ona była grzeczna, jak jesteś grzeczna, to potem boisz się odezwać. Jest gadułą po mnie, mój mąż się czasem przez nas nie przebija (śmiech). Mimo tego, że ma fazę na księżniczki, jest chłopczycą. Wywróci się: Nie boli mamo! i idzie dalej.

Twoje podejście do pracy się zmieniło, odkąd jesteś mamą?

Pracownikiem jestem chyba gorszym, bo patrzę na zegarek i mówię: Czas minął, wracam do domu (śmiech.)  Nienawidzę marnować czasu, a jak przychodzę do pracy, to przychodzę do pracy. Lubię, jak szanujemy swój czas, bo ja mam po co i do kogo wracać. Jest mi też dużo trudniej logistycznie, ale jestem szybszym pracownikiem, bardziej asertywnym, kiedyś nie miałam na to odwagi. Z dziewczynki stałam się kobietą. Czasem pojawia się u mnie taki ton, którego jeszcze ze sobą nie kojarzę: ton egzekwowania, nie jest szorstki, ale konkretny. Nigdy go nie miałam. Bo ja zawsze byłam grzeczną dziewczynką: Poproszę. Czy moglibyśmy? A dzisiaj: Sorry, schodzę z planu. Mam chore dziecko, muszę być w domu. W pierwszym odruchu jestem z siebie dumna, a potem ta zakorzeniona we mnie grzeczna dziewczynka myśli sobie, czy to nie było zbyt aroganckie? Ale jak chodzi o dziecko, to się nie szczypiesz. Tak to działa. We mnie narodziła się siła do tego.

Tęsknisz czy potrafisz się wyłączyć?

Tęsknię. W ogóle nie sądziłam, że powrót do pracy będzie tak trudny; chodzi o wyrzuty sumienia. Zdarzało mi się pytać siebie, czy na pewno dobrze robię, jestem w pracy, a może powinnam być z nią? Czy nie za dużo biorę obowiązków na siebie? Ona mi daje równowagę. Ja jej potrzebuję, żeby stać twardo na nogach. To jest symbioza. Nawet jeśli ona nie zatęskni, to ja zatęsknię. Ona i mąż dają mi siłę. Jak mam słabszy moment, kiedy mnie coś frustruje, czegoś mi brakuje, nawet w życiu zawodowym, to ona jest wektorem, który naprowadza mnie na kurs, taką moją latarnią morską. Kiedy się zapędzam w tym, czego jeszcze nie robię, wracam, tulę ją i już nie jest ważne, czy coś wyszło, czy nie, czy coś dostałam, czy nie.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?                 

Ja mówię o samych dobrych rzeczach, ale też – nie ma co lukrować – macierzyństwo to jest hardcorowe wyzwanie dla każdej z nas. Oczywiście mam fajne dziecko, ale to nie jest tak, że coś mnie czasem nie przerasta, że nie brakuje mi czasu dla siebie. Bo w macierzyństwie wszystko dzielisz na pół. Wiesz, że ty jesteś ważna i dziecko jest ważne, rodzina. Jak to wypośrodkować? Ja czasem czuję się jak na wadze: jak postawię na siebie, mam wrażenie, że wyrządziłam jej krzywdę. Dla mnie macierzyństwo to jest przygoda, jazda bez trzymanki, nie wiesz, co Cię czeka za rogiem, nie wiesz, na jakie wyboje wpadniesz. To jest rajd, ty w nim jedziesz, ale jesteś tylko pilotem, czytasz mapę, kierownicę trzyma dziecko. Ty możesz nakierować, ale jak ono będzie chciało skręcić, to skręci i tego nie przewidzisz. To jest ciężkie, to jest harówka, ale to jest też kosmos! Coś, czego nie znasz. Masz w rękach żywą materię, którą kształtujesz i jeszcze ta odpowiedzialność…No kosmos!