04.05.2018

Wyspane dziecko, szczęśliwa mama

Czy pamiętasz kiedy ostatnio przespałaś całą noc? Jeśli odpowiedź brzmi – nie, ten tekst jest dla ciebie. Zapewne jesteś mamą małego dziecka. Zapewne wstajesz do niego w nocy raz, może dwa razy, a może – kilkanaście. I pewnie za każdym razem zastanawiasz się, kiedy to w końcu minie? Niektórzy “eksperci” powiedzą – pierwsze trzy lata życia dziecka muszą tak wyglądać. Na szczęście są też tacy ludzie, jak Monika Huntjens – certyfikowana konsultantka do spraw snu dziecka, która wie, że wyspana mama to dobra mama, a maluchy, które przesypiają całą noc istnieją nie tylko w bajkach. Wie, bo sama przez pierwsze pół roku życia swoich dzieci praktycznie nie spała.

“Co zrobić, by dziecko przespało noc?” To hasło najczęściej wpisywane do wyszukiwarek przez matki. To kwestia, którą najczęściej porusza się na facebookowych grupach rodziców, spotkaniach czy warsztatach dla młodych mam. Nie powinno to dziwić, jeśli zna się wyniki badan przeprowadzonych na Georgia South University, z których wynika, że przez pierwsze 6 miesięcy życia dziecka rodzice tracą 2 godziny snu, potem, do 3 roku – godzinę, każdej nocy. A dla niektórych mam, perspektywa nocy skróconej “zaledwie” o dwie godziny i tak wydaje się niebiańska. Bo jeśli jest się mamą bliźniaków, które nieustannie się wybudzają, sukcesem są trzy godziny snu, ciągiem. Dokładnie od takiego doświadczenia wyszła Monika Huntjens, gdy trzy lata temu zaczęła zgłębiać tajniki snu dziecka. – Max i Mia mieli sześć miesięcy. I przez te sześć miesięcy nie udało mi się przespać ani jednej całej nocy. Karmiłam dzieci piersią, więc gdy jedno w nocy się najadło, lada chwila budziło się drugie. By ułatwić sobie życie, przeniosłam całą rodzinę na duży, bezpieczny materac – bardzo w duchu rodzicielstwa bliskości. Co oznaczało, że przestałam spać praktycznie w ogóle – wspomina Monika, która przed narodzeniem swoich dzieci była specjalistką od HR pracującą w dużej korporacji. – Zaczęłam szukać informacji, co zrobić, by moje dzieci zaczęły przesypiać noce. W polskim internecie było ich niewiele i większość sprowadzała się do stwierdzenia, że małe dzieci tak mają, trzeba to przetrwać. Ale instynkt podpowiadał mi, że tak być nie może. Przez chroniczne zmęczenie nie byłam dla moich bliźniaków taką mamą, jaką chciałam być. Choć mogłam liczyć na pomoc męża, mojej mamy, teściowej i szwagierki, które przyjechały z Holandii, żadna z nic nie mogła się za mnie wyspać. A że mieszkałam trochę w Stanach Zjednoczonych, bardzo ceniłam sobie tamtejsze pragmatyczne podejście do życia: jak jest problem, trzeba go rozwiązać. Wertując kolejne anglojęzyczne strony i blogi, czytając książki, natknęłam się na termin “nauka samodzielnego zasypiania” – wspomina Huntjens. – I tutaj muszę wyjaśnić jedną rzecz. Dziecko, które przejdzie taką naukę i zacznie samo zasypiać, wcale nie będzie spało całą noc. Żadne dziecko, ani żaden dorosły nie śpi całą noc. Między kolejnymi cyklami wybudzamy się i natychmiast zasypiamy znowu, więc rano nawet o tym nie pamiętamy. Jednak małe dzieci, które do tej pory usypiane były zawsze w ramionach mamy, ssąc pierś czy butelkę, bujane na rękach czy wożone w wózku, gdy budzą się w środku nocy, potrzebują dokładnie tych samych “wspomagaczy”, z jakiś korzystały wieczorem. No i stąd jest płacz  – wyjaśnia Huntjens. – Nauka samodzielnego zasypiania polega na wyrobieniu u dziecka pozytywnych nawyków związanych ze snem. Pozbywamy się “wspomagaczy”, pozwalamy dziecku, by przechodziło bezproblemowo z jednego cyklu snu, w drugi. Metody stosowane podczas nauki są najróżniejsze i nie jest tak, że konsultantka ma jeden sposób i taśmowo oferuje go wszystkim rodzinom – dodaje Huntejns i uspokaja, że wcale nie chodzi o to, żeby dziecko “wypłakało się” i zasnęło ze zmęczenia.

OSOBISTY SUKCES

Gdy Max i Mia mieli siedem miesięcy, Monika zdecydowała się przeprowadzić z nimi trening samodzielnego zasypiania. Na pierwszy ogień poszła Mia. Efekty widać było natychmiast. – Po pierwszym wieczorze, w ciągu dnia zabierałam dzieci na spacer. Max długo się wiercił, nie mógł znaleźć sobie miejsca. Mia chwilę się pokręciła i błyskawicznie, błogo zasnęła. Takie rzeczy do tej pory się nie zdarzały, więc po kilku dniach zaczęliśmy z mężem uczyć Maksa. Teraz bliźniaki mają 3,5 roku i śpią bajecznie – zdradza konsultantka. – Z perspektywy czasu wiem, że był to jeden z kluczowych momentów mojego macierzyństwa. Odzyskałam nie tylko nocny sen, ale poczucie mocy i sprawczości. Mogłam pomóc moim dzieciom rozwiązać bardzo ważny problem, a to dodało mi sił. Nie wspominając już o tym, że przestałam się rozwodzić z mężem każdego wieczora – dodaje ze śmiechem.

PORA NA NAUKĘ

Załatwienie własnego problemu wcale nie oznaczało, że Monika przestała interesować się tematyką snu. Dalej zgłębiała wiedzę, udzielała porad znajomym, pomagała. Szybko okazało się, że rodzice w Polsce ogromnie potrzebują wsparcia w tej kwestii. A stąd był już tylko krok do kursu w The Family Sleep Institute w Nowym Jorku. Gdy Monika zdecydowała się rozpocząć wymagający i kosztowny kurs, który kończy się zdobyciem certyfikatu konsultantki ds. snu dziecka, nie wiedziała jeszcze, że będzie to decyzja, która odmieni jej życie i życie setek rodzin, którym do tej pory pomogła.

Na czym zatem polega jej praca?  – Większość czasu spędzam na rozmowach z rodzicami. Najczęściej odbywają się przez Skype czy telefon, bo choć mieszkam pod Warszawą, działam w całym kraju. Ludzie trafiają do mnie z polecenia, przez moją stronę na Facebooku “Śpij maluszku”, z zajęć w szkołach rodzenia. Pierwsza konsultacja jest zawsze darmowa. Wtedy rozmawiamy o tym, gdzie jest problem, jaka jest sytuacja, ile lat ma dziecko, gdzie śpi, jak śpi – wymienia Huntjens i dodaje, że często już na tym etapie okazuje się, że problem ze snem jest spowodowany jakąś kwestią medyczną, choćby ukrytym refluksem czy atopowym zapaleniem skóry. – Wówczas odsyłam rodziców do lekarza. Czasem wystarczy dokonać drobnych zmian w pokoju dziecka czy jego planie dnia. Ostatnio znajoma, która wychowuje swoje dziecko w duchu bliskościowym, przyszła po poradę. Przeanalizowałam sytuację, zaproponowałam, by odsunąć łóżko malucha od łóżka rodziców. Pomogło. Więc nie zawsze potrzebny jest pełen program treningowy. Ale tam gdzie jest potrzebny, zaczynamy od ustalenia, kiedy będzie najlepszy moment na naukę – zdradza ekspertka i wyjaśnia, że trening snu robi się u dzieci, które skończyły 4 miesiące, nie są na etapie ząbkowania czy zdobywania nowych umiejętności, są zdrowe, a rodzice nie mają w planach żadnych wyjazdów czy ważnych wydarzeń przez dwa tygodnie, czyli na czas trwania nauki.

Kolejne rzecz to przygotowania miejsca. Dziecko powinno spać we własnym łóżeczku, dobrze jeśli ma własny pokój. Jeśli nie – łóżeczko należy ustawić tak, by nic malucha nie rozpraszało. Do tego odpowiednie zaciemnienie (im ciemniej, tym większa produkcja melatoniny, hormonu snu), obniżona temperatura (bo kto lubi spać w piekarniku), wygodne i ciepłe ubranie, które zastąpi wszelkie kocyki, poduszki i otulacze, jedna, bezpieczna przytulanka, którą wprowadzamy po szóstym miesiącu życia i biały szum. To taki pakiet startowy. – Gdy rodzice zapewnią odpowiednie warunki do snu, potrzebny jest jeszcze dobry plan dnia, czyli taki, który uwzględnia odpowiednią ilość i jakość drzemek. Dlaczego? Bo przemęczone dziecko wcale nie zaśnie łatwiej! To mylne przekonanie, że jak się maluszka “przeciągnie” do 19.30 czy 20, to prześpi całą noc. Przed snem potrzebny jest niedługi, ale niezmienny wyciszający rytuał. U moich dzieci wygląda to tak: kolacja, następnie kąpiel, mycie zębów czyli obowiązkowa wizyta w łazience, potem wskakują w pidżamy, idziemy do ich pokoju, czytamy książkę na dobranoc, przytulamy się. Na koniec padają magiczne słowa: “Dobranoc, słodkich snów. Zobaczymy się rano.” I wtedy moje dzieci wiedzą, że pora na spanie i choćby nie wiem co, tego momentu odwlec się nie da. Gaszę światło, wychodzę z pokoju i do 6.45 następnego dnia raczej nie muszę do niego wchodzić ponownie – opowiada Monika Huntjens.

Jeśli rodzice decydują się na współpracę z Moniką, dostają od niej pełne wsparcie i… podręcznik pisany na zamówienie. – Dla każdej rodziny przygotowuję dokument, który liczy ok. 40 stron. Zawieram w nim plan dnia, opis metod, jakie będziemy stosować, bo te dobierane są indywidualnie – jednym dzieciom bardziej odpowiada metoda krzesełka, czyli zasypianie gdy rodzic nadal jest w pokoju, ale każdego dnia, stopniowo odsuwa cię coraz bardziej od łóżeczka. Inne wolą interwały, czyli wychodzenie z pokoju na kilka minut i wracanie doń. I absolutnie nie jest tak, że rodzice nie mogą przytulić dziecka czy pomóc mu się uspokoić, jeśli płacze! Przecież od tego jest rodzic, żeby maluchowi rzeczy ułatwiać, a nie utrudniać – wyjaśnia. Następnie przez dwa tygodnie rodzina jest pod opieką Moniki. Mogą do niej dzwonić, pisać, szukać wsparcia, wiedzy, a czasem – pocieszenia. – Na koniec współpracy zawsze staram się odbyć jeszcze jedną rozmowę przez Skype. To daje mi największego kopa do dalszego działania. Dlaczego? Bo na twarzach rodziców widzę ogromną, pozytywną zmianę. Na pierwszej konsultacji są zmęczeni, czasem drażliwi, mają worki pod oczami, bywa, że muszą przerywać rozmowę kilkanaście razy, by iść do budzącego się dziecka. Na ostatniej – spokojniejsi, bardziej zrelaksowani, odnoszą się do siebie z większą miłością. Bo trzeba pamiętać, że chroniczne zmęczenie bardzo źle wpływa na dzieci, rodziców ale też na związki! – dodaje ekspertka i zdradza, że często odzywają się do niej ojcowie szukający pomocy. – Bo nagle ich partnerka znika, a jej miejsce pojawia się zmęczona, sfrustrowana kobieta, zazdrosna o każdą minutę snu mężczyzny – mówi.

UMIEJĘTNOŚĆ NA CAŁE ŻYCIE

Zastanawiam się, czy raz przeprowadzona nauka wystarczy, by maluch już nigdy nie miał problemów ze snem. – Byłoby świetnie, gdyby wystarczyły dwa tygodnie, aby twoje dziecko zawsze świetnie spało, prawda? Ale tak nie będzie, zwłaszcza przez pierwsze trzy lata życia. Zdarzą się choroby, wyjazdy, lęk separacyjny, zdobywanie nowych umiejętności motorycznych, jak choćby czworakowanie czy stanie, które sprawią, że będą trudniejsze okresy. Ale gdy już się skończą, łatwiej będzie wrócić do dobrych praktyk – wyjaśnia Monika i zdradza, że pracuje nad własną, autorską metodą nauki zasypiania, taką którą można by stosować już u kilkutygodniowych niemowlaków, bo będzie polegała na tworzeniu dobrych nawyków, zanim pojawią się te złe. – Bo konieczność wprowadzania zmian jest tą rzeczą, przeciwko której protestują dzieci. To naturalne. Nasz mózg woli to, co znane, nawet jeśli nie jest to dobre. Dlatego na początku może pojawić się płacz. Bo sytuacja się zmienia, czasem diametralnie i dziecko jest zdezorientowane. I ja doskonale wiem, że są takie mamy, które nie potrafią znieść płaczu malucha. Sama taka byłam! Robiłam wszystko, żeby Max i Mia nie płakali. Ale potem sobie uświadomiłam, że nie tędy droga. W końcu są dzieci, które płaczą przy zmianie pieluszki czy podczas jazdy w foteliku samochodowym!

Dwa lata temu Monika podjęła decyzję, że nie wraca do pracy w korporacji. Zawodowo pomaga maluszkom spać, wspiera rodziny, prowadzi warsztaty, dwie grupy na Facebooku, pisze książkę, tworzy warsztaty online. Jasne, że czasem tęskni za spokojem i bezpieczeństwem pracy na etacie. Ale wówczas do dalszej pracy motywują ją kolejne rodziny. A tych nigdy nie zabraknie. – W Polsce rodzi się rocznie blisko 400 tysięcy dzieci. Więc jestem trochę jak piekarz. Nie zabraknie mi pracy. Zwłaszcza, że w naszym kraju są tylko trzy certyfikowane konsultantki do spraw snu – śmieje się.

Zdjęcia: Aneta Zamielska