29.10.2018

Sztuki walki: Martyna Wojciechowska

Martyna Wojciechowska – dziennikarka, podróżniczka, autorka książek, druga Polka, która zdobyła Koronę Ziemi, jedyna kobieta z Polski, która ukończyła Rajd Dakar. Jej program „Kobieta na krańcu świata”, od 10 lat emitowany w telewizji TVN, właśnie obchodzi okrągły jubileusz, a premiera najnowszej edycji już 11 listopada. Mama 10-letniej Marysi.

Martyno, bardzo się cieszę, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać, bo dla mnie jesteś ogromną inspiracją, osobą, która wiele przeżyła. W cyklu „Sztuki walki” chcę pokazywać właśnie takie mamy: waleczne i kochające. To, że mogę przeprowadzić z Tobą wywiad, to dla mnie wielkie wyróżnienie!

Usłyszeć od Anki Lewandowskiej, że jesteś jej inspiracją? To naprawdę coś!

Istota tego cyklu – najważniejsze pytanie: czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Użyję określenia, które jest mi najbliższe: macierzyństwo to najważniejsza i najbardziej inspirująca podróż w moim życiu. Jednak w przeciwieństwie do większości podróży… tej akurat nie da się zaplanować (śmiech). Nie wiesz, dokąd zmierzasz, co cię czeka po drodze, nie masz ani mapy, ani GPS’a. Macierzyństwo nigdy się nie kończy, bo przecież kiedy zostajesz mamą to będziesz nią już na zawsze, do końca życia. I za każdym razem, kiedy wydaje ci się, że masz nad wszystkim kontrolę, to właśnie wtedy następuje zmiana: dziecko się zmienia, rozwija, ma inne potrzeby i w naszym życiu następują podporządkowane temu zwroty. Więc to jest niekończąca się podróż. Jedyna w swoim rodzaju.

Teraz już wiesz, że macierzyństwa zaplanować się nie da, ale chciałaś to zrobić, prawda?Skąd ja to znam, też planowałam… Ale życie miało swoje plany.

Kiedy zaszłam w ciążę, założyłam sobie w komputerze folder „Dziecko”. Chciałam zdobyć i skatalogować całą możliwą wiedzę. Zanim Marysia się urodziła, miałam wszystko przygotowane i przemyślane. Pierwszego dnia wszystko wyleciało w powietrze: nie mogłam karmić, więc biegałam w poszukiwaniu laktatora, a ubranka, które kupiłam nie pasowały – były ładne, ale niepraktyczne. Próbując ująć macierzyństwo w jakieś ramy i zaplanować, z góry byłam skazana na porażkę. Nie warto sztywno trzymać się schematów, ślepo wierzyć poradnikom, stosować rozwiązań, które są dobre, ale dla kogoś innego. Przez te ostatnie 10 lat nauczyłam się bardziej ufać sobie i własnej intuicji.

Dla takich kobiet jak Ty czy ja planowanie to jest strefa komfortu. Musiałaś z niej wyjść i nauczyć się innego funkcjonowania. Było trudno?

Kiedy urodziłam Marysię, żyłam w przeświadczeniu, że zaleje mnie fala szczęścia i poniesie przez te pierwsze tygodnie macierzyństwa, że wszystko będzie mi przychodziło w sposób łatwy i naturalny. Ale tak nie było i czułam się z tego powodu winna. Miałam wrażenie, że „nie staję na wysokości zadania”, że w jakimś sensie zawodzę moje dziecko i nie jestem dobrą matką. Ale co tak naprawdę znaczy „być dobrą matką”? Nie ma jednego uniwersalnego modelu, nie ma jednej właściwej odpowiedzi na to pytanie. Niedługo po tym, jak zostałam mamą, zaczęłam realizować program „Kobieta na krańcu świata”. Od 10 lat obserwuję, jak różne sposoby na wychowanie dziecka mają kobiety w innych zakątkach naszego globu, jak inaczej żyją. Wiele się od nich nauczyłam. Gdybym dzisiaj miała zostać mamą, byłoby we mnie o wiele mniej lęku i napięć.

My, kobiety, możemy się wzajemnie wspierać, mówiąc o trudach macierzyństwa. Miałaś tak, że nawet z tych ciężkich momentów starałaś się czerpać siłę i motywację? U mnie tak było. Ale nie robiłam tego na siłę. Przetłumaczyłam sobie, że tak ma być, taka jest droga mamy. Było Ci ciężko?

Wiesz, po prostu zdałam sobie sprawę, że nie da się robić wszystkiego w tym samym czasie równie dobrze i skutecznie. Życie przed urodzeniem dziecka i po – to są jednak dwa różne światy. Kiedy to zrozumiałam było mi lżej na sercu, ale wiele rzeczy wciąż sprawiało mi obiektywne trudności. Czy miałam takie momenty, że siedziałam na łóżku i płakałam? Tak. Były chwile, że kompletnie nie wiedziałam co robić, czułam się bezsilna, a to szczególnie trudne dla osoby, która zwykle wszystko potrafi świetnie zorganizować. Czułam, że nagle straciłam kontrolę i wszystko wygląda inaczej, niż sobie wyobrażałam. To był czas, kiedy musiałam się rozstać z pewnym wykreowanym w głowie obrazem macierzyństwa, z własnymi oczekiwaniami. Ale to właśnie wtedy kształtowałam się jako kobieta – matka. A ten proces bywa burzliwy. Macierzyństwo dla każdej kobiety wiąże się niepokojem, burzą hormonalną i na każdym krańcu świata kobiety czują podobnie. To też dało mi ogromne poczucie kobiecej wspólnoty. Muszę jednak zaznaczyć, że czuję się uprzywilejowana, że urodziłam się w Europie, a nie choćby w Afryce, gdzie kobiety często nie mają edukacji, podstawowej opieki medycznej, opieki prenatalnej, rodzą w dramatycznych warunkach, a śmiertelność okołoporodowa jest ogromna. Tak wiele kobiet na świecie rodzi dzieci z gwałtów, albo w małżeństwach, do których są zmuszane, choć są jeszcze dziećmi, bo wydaje się je za mąż w wieku 9, 12 czy 14 lat… Widziałam wiele takich historii. Zbyt wiele. Myślenie o tych wszystkich pokrzywdzonych przez los kobietach na świecie, ale też w Polsce, daje mi odpowiednią perspektywę, bo w obliczu ich problemów moje wyzwania wydają się błahe. Mam przecież stabilną sytuację materialną i wsparcie rodziny, a przecież nie każda z nas ma tyle szczęścia.

Tak, to otwiera oczy. Co czułaś, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży?

Niezgodnie z moją dewizą życiową: Niemożliwe nie istnieje, pomyślałam, że to… niemożliwe! Byłam w dosyć szczególnej sytuacji, bo zdaniem lekarzy nie mogłam mieć dzieci. Byłam więc absolutnie zaskoczona i nie mogłam w to uwierzyć. Funkcjonowałam wtedy w dużym pędzie: miałam nową pracę, nie miałam etatu i pojęcia, jak mój pracodawca na to zareaguje, miałam zaplanowane kilka wypraw. Zrobiłam siedem testów ciążowych, bo uważałam, że są jakieś wadliwe. Do dziś trzymam je na pamiątkę (śmiech). To wszystko było mieszanką zaskoczenia, strachu i radości oraz poczuciem, że dzieje się coś wyjątkowego.

Działałaś prężnie, będąc w ciąży. Pracowałaś cały czas?

Rzeczywiście, pracowałam przez całą ciążę bardzo intensywnie. O tym, że zostanę mamą dowiedziałam się na dzień przed wyprawą na Elbrus. To miał być mój piąty szczyt w projekcie „Korona Ziemi” (najwyższe szczyty górskie na siedmiu kontynentach). Skonsultowałam się z lekarzem i postanowiłam jechać w góry. A więc wspinałam się na Elbrus, kiedy Marysia miała „minus 6 miesięcy” i to było duże wyzwanie. Z jednej strony czułam się wyjątkowo, bo na tym szczycie, prawie 6000 metrów, stanęłam z „Fasolką” w brzuchu (tak wtedy mówiłam o Marysi). A z drugiej: byłam tym faktem niezwykle przejęta i bardzo na siebie uważałam.

Powiedz tak szczerze, patrząc na dotychczasowe doświadczenie, powtórzyłabyś to?

Nie. Dziś bym tego nie zrobiła. Zobacz, Elbrus stoi tak samo jak stał, nic się nie zmieniło, on tam dalej jest. Mogłabym się nawet teraz spakować i jechać, żeby zdobyć tę górę. Wtedy jednak nie dopuszczałam do siebie pewnych emocji i ryzyka z tym związanego, więc działałam jakby nic się nie zmieniło. Pracowałam do ostatniego dnia ciąży. Pamiętam, że jeszcze zdążyłam podpisać w biurze wszystkie dokumenty, po czym powiedziałam współpracownikom na odchodne: Dobra, idę rodzić! Niedługo wracam!

To tak jakby ktoś pytał, dlaczego inspiruję się Martyną (śmiech)? Ja mówiłam do mojego męża: Nie, nie trzeba z niczego rezygnować, to nie jest choroba. Jednak jak była jakaś większa presja, zwalniałam.

Ja myślę, że każda z nas powinna robić to, co czuje, że jest dla niej dobre.

Dokładnie! Bo każda z nas jest inna, każda z nas jest wyjątkowa.

Tak. Jeżeli któraś z Was – i tutaj zwracam się do Czytelniczek tego wywiadu – ma ochotę po prostu leżeć i głaskać się po brzuchu przez 9 miesięcy to bardzo proszę! Nie ma dobrych i złych rozwiązań. Chodzi o to, żebyśmy dały sobie prawo robić to, co każda z nas uważa za słuszne.

Jaka była Twoja pierwsza reakcja, jak zobaczyłaś Marysię?

To było 10 lat temu, a ja wciąż mam dreszcze… Tuż przed porodem czułam się pełnoprawną mamą, bo przecież Marysia intensywnie się ruszała w moim brzuchu, każdej nocy budziła się dokładnie o 3.15, czym budziła też mnie i zostało jej to przez następne 3 lata (śmiech). Czułam, że jest zaopiekowana, najedzona, wyspana, zadbana i że jesteśmy razem. Bałam się tego momentu, kiedy zacznie funkcjonować poza moim organizmem i ta ciążowa idylla się skończy. A chwila, kiedy ją zobaczyłam? Nie da się tego opisać słowami. Nie twierdzę, że każda kobieta powinna zostać matką, że to jest jedyny słuszny wybór, ale z mojego punktu widzenia nie ma żadnego uczucia, które może się równać z miłością do dziecka. Bo to jest miłość absolutna i bezwarunkowa. Więc płakałam wtedy ze szczęścia i poczułam, że już nic nie będzie takie samo.

Podczas wakacji codziennie śledziłam Twojego Instagrama, zastanawiając się, co dzisiaj zrobi Martyna z Marysią w górach? Wasze relacje są świetne. Dajesz przykład, że z dziećmi można wiele. Jakie wartości przekazujesz Marysi? Na których najbardziej Ci zależy?

Jestem osobą bardzo wytrwałą, także w macierzyństwie. Mojej córce chciałabym przekazać wartości, których nie da się opowiedzieć, trzeba dać dziecku przykład swoim własnym życiem. Pokazuję wiec Marysi, że rozmowa, umiejętność zrozumienia drugiego człowieka, empatia są najważniejsze. A to wymaga oceanu cierpliwości. Akurat taki mam charakter, że nigdy nie krzyczę, tylko spokojnie słucham i tłumaczę mój punkt widzenia. Zawsze staram się cierpliwie Marysi towarzyszyć w tym jej odkrywaniu świata. Jej problemy traktuję z ogromnym szacunkiem, nie spłycam ich, nie odprawiam Marysi bez rozmowy, wspieram, jak umiem. Bo z punktu widzenia rodzica coś może wydawać się błahe, ale dla 10-letniego dziecka stanowi gigantyczne wyzwanie. Ale jeśli nasze dzieci wiedzą, że z każdą, nawet pozornie najmniej istotną sprawą, mogą do nas przyjść to wierzę, że ta więź zostaje na zawsze – tak jest w przypadku mojej relacji z Rodzicami. Oczywiście staram się dawać przykład, że warto być silną i wytrwałą. Jednak dla mnie najważniejsza w życiu jest odwaga. W okresie świątecznym Święty Mikołaj pyta: Kochane dzieci, czy byłyście grzeczne?Ja pytam: Kochana Marysiu, czy byłaś w tym roku odważna? Bo to najpiękniejsza cecha, dzięki której można zmieniać nie tylko swoje życie, ale też świat.

Mówisz, że Marysia dorasta w przekonaniu, że dziewczyny mogą wszystko, uważasz to za sukces?

To jest mój największy życiowy sukces! Tym bardziej, że pamiętam siebie z tego okresu i mimo, że mam bardzo postępowych, otwartych i wspierających rodziców, to presja otoczenia była ogromna: wciąż słyszałam dookoła co dziewczynce wolno, a czego nie wolno, co wypada. Wszyscy powtarzali, że dziewczynka powinna być grzeczna, że powinna się ubierać w określony sposób, że dziewczynka nie powinna pyskować, a chłopiec to już trochę może. Mówiono mi więc: Chcesz zostać wyścigowym kierowcą motocyklowym? Serio? Dziewczyny nie zostają kierowcami wyścigowymi. W domu tego nie doświadczałam, ale poza domem – bardzo często. Więc moim ogromnym sukcesem jest to, że Mania w ogóle nie myśli tymi kategoriami. Moja córka wie, że może wszystko.

Możesz już powiedzieć, że jesteście z Marysią duetem w podróżach? Przyjaźnicie się?

Tak, ale ja też bardzo szanuję jej pomysły i zainteresowania, które zupełnie odbiegają od moich. To dotyczy np. ubierania się. Zawsze rano przed wyjściem, kiedy Mania wybiera stylizację jestem zdziwiona, bo zastanawiam się, po kim ona to ma? Ja nie przywiązuję do stroju szczególnie dużej wagi (śmiech). Marysia dzielnie towarzyszy mi w górskich eskapadach, razem się wspinamy, jeździmy na nartach, ale i ja uczestniczę w jej pasjach: jazda konno, rolki, wrotki. Anka, jak stanęłam na rolkach w tym roku po raz pierwszy od dzieciństwa, to się po prostu panicznie bałam! Naprawdę! Mówiłam sama do siebie: Co ci do głowy przyszło! Opamiętaj się! Marysia mówiła jednak: Mamo, ale mi zależy, żebyśmy jeździły razem…Więc podążając za nią, zdecydowałam się nauczyć jazdy na rolkach w wieku 44 lat. I to zdecydowanie wykracza poza moją strefę komfortu, bo… wciąż jeżdżę jak ostatnia sierota (śmiech). Marysia wciąż daje mi rady i jest przeszczęśliwa, że może się realizować jako moja instruktorka. Od zeszłego roku chodzimy też razem na nartach tourowych, czyli na tzw. skiturach. To dość wymagający sport i mnóstwo sprzętu, który trzeba opanować. Dałam jej ten cały sprzęt bez przekonania, bo przecież to jest skomplikowane dla dorosłego, a co dopiero dla dziecka. Ale Marysia daje radę!

Wow, to muszę Cię o to zapytać…Nie masz obaw, że coś może się stać?

To, co robi moje dziecko, mieści się w obszarze, w którym mogę jej zapewnić bezpieczeństwo. Ale jak wiadomo, niemal wszystko może być potencjalnie niebezpieczne: nawet rekreacyjna jazda na nartach, jazda konno, na rowerze czy choćby wiszenie na trzepaku głową w dół. Mania trenuje akrobatykę i kiedy widzę, jak robi salto, za każdym razem wstrzymuję oddech. Szczęśliwie, moja córka jest ultrasprawna fizycznie. Zaczęłyśmy też razem latać w tunelu aerodynamicznym i radzę sobie dramatycznie w porównaniu z nią. Ale fajnie jest uczyć się nowych rzeczy z dzieckiem. Jeśli jednak Marysia nie będzie chciała kontynuować tych pasji i postanowi robić w swoim życiu coś zupełnie innego, to ok.

To piękne! Dać swojemu dziecku wybór i to szanować! Martyno, powiedz proszę, jaki był dla Was najcięższy okres w życiu, kiedy nawzajem dałyście sobie to największe wsparcie?

Od kiedy jestem mamą kilka razy poważnie chorowałam i to zmusiło mnie do przewartościowania wielu spraw. Czasem zwyczajnie się bałam, miałam wrażenie, że z trudem utrzymuję się na powierzchni. I wtedy Mania dała mi ogromne wsparcie i motywację. Bo kiedy jesteś mamą, to wiesz, że zrobisz i zniesiesz wszystko. Bo robisz to nie tylko dla siebie, ale też dla swojego dziecka. Najtrudniej było nam oczywiście po śmierci Marysi taty. Przeprowadzenie dziecka i siebie przez żałobę, odnalezienie się na nowo w sytuacji, której nikt z nas nie może zaplanować, jest jednym z najgorszych doświadczeń, jakie można sobie wyobrazić. Rozmowy, które wtedy prowadziłyśmy, pytania, na które odpowiadałam, a nie uciekłam od żadnego, to była jedna z najważniejszych lekcji w moim życiu.

Masz duszę fighterki, co podziwiam! Zawsze nią jesteś? Płaczesz czasem przy córce?

Uważam, że jestem fighterką, bo potrafię przejść przez najtrudniejsze sytuacje, mam zdolność radzenia sobie i przetrwania, czerpania siły i energii z tych najgorszych momentów – żeby się jeszcze lepiej zmobilizować. Ale uważam też, że ukrywanie przed dzieckiem swoich słabości, nie jest dobrą drogą. Dzieci powinny wiedzieć, że każdy ma prawdo do swoich emocji: także do żalu, smutku, płaczu, bezsilności. W ten sposób również uczymy je życia. Przyznawanie się do słabości jest po prostu ludzkie, w ten sposób wychowujemy empatycznych ludzi. Rzadko płaczę, ale potrafię się przyznać Marysi, że jest mi trudno. Zawsze jednak dodaję, że zadbam o nas, bo wiem, co robić. Jestem przecież mamą i przewodniczką tego wilczego stada (śmiech).

Marysia ma rodzeństwo, prawda?

Choć nie urodziłam wszystkich moich dzieci, to czuję się ich mamą. 4 lata temu, podczas realizacji programu „Kobieta na krańcu świata” w Tanzanii poznałam Kabulę. Opowiadałam Marysi o tym, że chciałabym się zaopiekować chorą na albinizm dziewczynką, finansować jej edukację i się o nią troszczyć. I od początku czułam, że Marysia to akceptuje i mnie w tym wspiera. Ale oczywiście zastanawiałam się, jak Manilka zareaguje na spotkanie twarzą w twarz z Kabulą i jak się poczuje, kiedy usłyszy, że inne dziecko mówi do mnie mamo… Spodziewałam się, że może być zazdrosna, ale tak się nie stało. Marysia z radością oddała nawet Kabuli swój pokój na czas jej pobytu w Polsce. Zresztą sama organizuje piękne akcje i zbiórki pieniędzy. Powtarza mi też: Wiesz mamo, to dobrze, że jesteś. Bo kto by się zajął Kabulą? Kto by się zajął tymi wszystkimi dziećmi, gdyby Ciebie nie było?

Te wszystkie dzieci to: Kabula z Tanzanii, córka Carmen Rojas z Boliwii, rodzina z Filipin mieszkająca na cmentarzu. Czy jest ich więcej?

Coraz więcej. I ja mam dla tych wszystkich moich dzieci specjalne miejsce w sercu.

Macierzyństwo dało Ci większą wrażliwość?

Program „Kobieta na krańcu świata” byłby całkiem inny, gdyby nie to, że ja sama tak bardzo się zmieniałam pod wpływem macierzyństwa. Na pewno zyskałam większą wrażliwość, ale przede wszystkim lepiej rozumiem wybory i wyzwania, z jakimi zmagają się kobiety w każdym, nawet najdalszym zakątku naszego globu. Bo w skali świata znacznie więcej nas łączy niż różni! 11 listopada o godz. 11:00 startujemy z emisją wyjątkowego, jubileuszowego sezonu programu i Widzowie znów będą mogli się o tym przekonać.

Jak Marysia reaguje na Waszą popularność?

To nie stanowi dla niej jakiejś szczególnej wartości. Póki co uważa, że praca w telewizji jest potwornie nudna (śmiech). Wiem jednak, że to musi być trudne, jeśli ktoś dopytuje: A Ty będziesz taka jak mama? Będziesz tak silna, odważna? Dlatego czuję, że muszę ją przed tym chronić. W domu jestem po prostu mamą. I nigdy nie tworzyłam atmosfery, że jestem kimś wyjątkowym. Zawsze powtarzam: Marysiu, jedne mamy jeżdżą do pracy do sklepu, inne do biura, a ja pracuję na krańcu świata. Praca jak każda inna. Jadę i wracam do Ciebie jak najszybciej!

Co byś powiedziała mamom, które czytają ten wywiad, mają jakieś przeciwności losu, zmagają się z codziennymi trudnościami, mają marzenia, a nie mogą ich realizować, być może mają chore dzieci? Co byś poradziła kobietom, które muszą walczyć każdego dnia? Dla Ciebie niemożliwe nie istnieje, ale są kobiety, które są bezradne wobec rzeczywistości. Co chciałabyś im powiedzieć?

Nie mam śmiałości nikomu radzić. Ale po tylu latach spotkań i niezwykłych rozmów z wieloma kobietami w Polsce i na krańcach świata wiem, że każda z nas jest wojowniczką. Każda z nas ma siłę i moc sprawczą. Ale nie zawsze o tym pamiętamy. Dlatego warto, żebyśmy sobie o tym wzajemnie przypominały. To, co jest najbardziej niezwykłe, to siostrzana siła, która płynie z kobiecego wsparcia i energii. Dopóki nie poczułam, że mogę liczyć na kobiety w moim otoczeniu, często czułam się bardzo samotna. Dziś bez moich koleżanek, przyjaciółek i sąsiadek nie dałabym rady. Naprawdę.

Czasem po prostu trzeba zrobić pierwszy krok, wyjść do świata, samej zagadać. Jeżeli się otworzysz na innych, nagle może się okazać, że jest wiele życzliwych ludzi dookoła. W tej naszej kobiecej społeczności i wspólnej energii drzemie bardzo duży potencjał. To ogromna siła.

Też jestem tego zdania: mamy dla mam i wsparcie za wsparcie!

Zdjęcia: Aneta Zamielska