12.11.2018

Sztuki walki: Justyna Wasinkiewicz

Justyna Wasinkiewicz – 34-letnia adopcyjna mama 4,5-letnich bliźniąt: Piotrusia i Gosi oraz 2,5-letniego Antosia; sztuka walcząca o szczęście, spełnienie i rodzinę.

Justyno, napisałaś do mnie na Instagramie. Takich wiadomości dostaję 100 na godzinę, codziennie. Po 99 w spamie, tracę te wcześniejsze, nie mogę ich już odczytać. Twoja wiadomość wpadła mi w ręce – uważam, że to nie był przypadek. Była długa, przeczytałam ją od A do Z. Twoja historia jest rzadka, wyjątkowa, magiczna, idealnie wpisuje się w cykl „Sztuki walki”, bo Ty jesteś mamą fighterką! Zawsze zaczynam od pytania: Czym dla Ciebie jest macierzyństwo, ale dziś zacznę inaczej:Jaką rodziną jesteście?

Według prawa jesteśmy rodziną adopcyjną, ale dla nas to się zupełnie rozmyło. Jestem mamą taką, jak tysiące innych mam. Po prostu moja droga do zastania nią była inna. O tym, że nie mogę mieć dzieci dowiedziałam się bardzo wcześnie, więc zostało mi oszczędzone, że w wieku 30 lat staram się o dziecko z mężem, bo stwierdzamy, że już jest na to pora i nagle lekarz mi mówi, że nie mogę mieć dzieci. Dowiedziałam się, jak miałam 16 lat. Dojrzewanie, miesiączka…wiesz, że coś się powinno dziać, Twoje ciało powinno się zmieniać, a to się nie dzieje. Więc przeczuwasz, że coś jest nie w porządku. Sprawdzałam, dowiadywałam się, poszłam do lekarza i dostałam diagnozę.

Jaka to była diagnoza?

Że mam nierozwiniętą macicę, więc nie ma możliwości, żebym kiedykolwiek została mamą. Miałam 16 lat i niby coś do mnie trafiało, ale byłam też na tyle młoda, że nie myślałam o tym, że kiedyś będę chciała budować rodzinę.

Dla tak młodej dziewczyny było to z pewnością zmierzenie się z inną rzeczywistością, o której w tym wieku po prostu nie myśli. Do tego dochodziła świadomość, że będziesz musiała kiedyś przekazać swojemu partnerowi tę informację…      

Właśnie. Ale powiem Ci, że w naszym poznaniu też było dużo magii. Poznaliśmy się przez Internet. Ja mieszkałam w Stanach Zjednoczonych, on w Polsce. Po 3 miesiącach rozmawiania tylko po angielsku, byłam już spragniona ojczystego języka, weszłam więc na gadu gadu. Spośród 500 dostępnych słoneczek, kliknęłam na niego: Cześć, możemy pogadać?On na to: A znamy się?Ja, zgodnie z prawdą: Nie.On: No to cześć.Pomyślałam sobie: Jaka świnia! Ja tylko chciałam z kimś porozmawiać.Ale szybko się zreflektował i tym sposobem przegadaliśmy całą noc. Brzuch mnie bolał ze śmiechu, butelka wina poszła – jak nie dwie – i uwierz mi Ania, po tej pierwszej spędzonej na rozmowie nocy, ja wiedziałam, że to jest mój przyszły mąż i ojciec moich dzieci. Po prostu to wiedziałam. Miałam wtedy 20 lat. Pisaliśmy z Łukaszem jakieś 2 miesiące, dzwoniliśmy do siebie, pisaliśmy codziennie, to było istne szaleństwo! Wiedziałam, że im bardziej będę w to wchodziła bez poinformowania go, tym będzie gorzej. Wiedziałam, że on musi znać prawdę. Napisałam mu maila: łatwiej mi było to napisać niż powiedzieć. Na koniec dodałam, że jeżeli nie będzie chciał kontynuować tej znajomości, ja to zrozumiem. Odpisał mi: Nie bądź głuptasem. Myślisz, że ja chcę być z Tobą, żebyś mi rodziła dzieci? Ja Cię kocham, dziewczyno! Chcę z Tobą być dla miłości, nie dla dzieci. Poczułam ulgę, wiedziałam, że możemy dalej planować. Po 4 miesiącach ciągłego pisania z nim, poczułam zmęczenie, wiedziałam, że musimy się zobaczyć, muszę polecieć do Polski, poczuć jego energię, przekonać się. Byłam studentką, wzięłam dziekankę. Odkładałam wtedy pieniądze na wymarzony samochód: miałam 20 lat, chciałam mieć auto, być niezależna. Wszystkie uzbierane pieniądze wydałam na bilet do Polski. Poleciałam tylko na 2 noce do Warszawy, żeby go zobaczyć. Czekał na mnie na lotnisku, zobaczyłam go i wiedziałam, że to jest to! Czułam to już po pierwszej rozmowie przez Internet, ale potrzebowałam tego potwierdzenia na żywo. To były najbardziej intensywne 2 dni w moim życiu, nie spałam w ogóle. Po powrocie do Stanów, mieszkałam tam jeszcze 2 miesiące – miałam kontrakt, byłam opiekunką do dzieci.

Mam wrażenie, że ta opowieść nadaje się na film!!!

Byłaś opiekunką do dzieci? Czasami jest tak, że kobiety, które mają problem z zajściem w ciążę, instynktownie się wycofują, izolują od dzieci lub swoich znajomych mam. Ty nie miałaś tego problemu?

Nigdy nie miałam uczucia zazdrości, widząc kobiety w ciąży czy kobiety z dziećmi, a dzieci zawsze uwielbiałam. Poza tym byłam pewna swego: wiedziałam, że dzieci do mnie trafią.

Spotkaliście się z Łukaszem, poznaliście i wzięliście ślub?

Wzięliśmy ślub cywilny w Polsce, zamieszkaliśmy razem, następnie wzięliśmy ślub kościelny. Mój mąż musiał poinformować rodzinę, że ma żonę, która nie da im wnuków z genów. 90% społeczeństwa macierzyństwo, rodzicielstwo odbiera jako geny…Jak się dzieci pojawiły, dziadkowie oszaleli. Mamy od nich potężne wsparcie.

Jak wyglądały Wasze małżeńskie rozmowy dotyczące adopcji?

Od razu jak Łukasz zaakceptował fakt, że nie mogę urodzić mu dzieci, wywołany został temat adopcji.

Justyno, będziesz ogromną inspiracją dla tych kobiet, które to przeczytają, a podobnie jak Ty nie mogą mieć dzieci, starają się o nie, walczą codziennie. Pokazujesz inną drogę. Jaka ona jest? Jak w Polsce wygląda procedura adopcyjna? Jak dzieci pojawiły się u Was?

Ja zawsze mówię, że z nieba (śmiech). Początki są takie, że odbywa się rozmowę z psychologiem, ma miejsce wizytacja w domu, sprawdzanie, czy masz odpowiednie warunki, zarobki, badanie ewentualnych uzależnień. Potrzebne jest też zaświadczenie z firmy, w której pracujesz. Nie chciałam, żeby mój prezes wiedział, że nie mogę mieć dzieci, ale musiałam go poinformować. Słowa intymność i anonimowość podczas adopcji zupełnie znikają. Coś, co powinno być zamknięte w pokoju ginekologicznym, wychodzi poza niego. Odbywasz też kurs adopcyjny, który Cię konfrontuje z tym procesem. Jak bierzesz dziecko z domu dziecka, dopóki sąd tego nie zatwierdzi i dziecko nie będzie miało twojego nazwiska, cały czas jesteś sprawdzana. Nikogo się tak w naszym kraju nie sprawdza jak rodzin adopcyjnych. W momencie wyboru, dopasowania rodziny do dziecka, ośrodek adopcyjny dzwoni do ciebie. Jak już widzisz, że Ci się wyświetla, to wiesz, że coś się dzieje.

Jak długo staraliście się o dzieci?

Cała procedura z bliźniętami trwała u nas 3 miesiące.

Wiedzieliście, że będą bliźniaki?

Ja tylko rzuciłam dyrektor ośrodka adopcyjnego: Jak będą bliźniaki, też zadzwońcie.Ale prawda jest taka, że to ja swoje bliźniaki znalazłam. Przyjechaliśmy do domu dziecka i powiedziano nam: Idziemy na 7-latki.Ja na to, że nie, że nie idę. Albo idę na noworodki, albo nie wchodzę. Łukasz złapał się za głowę, dyrektorka na to: Pana żona jest bardzo uparta. A mnie coś tam pchało, czułam, że tam są moje dzieci. Weszłam. Dano mi na ręce 3-tygodniowego Igora i poproszono, żebym go nakarmiła. Karmię go i położna mi mówi: A tam leżą bliźniaki, może Pani je zobaczy. Ja się pytam: Kiedy się urodziły?Ona, że 21 stycznia – jak mój tata, wodnik. To był dla mnie pierwszy znak. Wpatrywałam się w 5,5 miesięczną Gosię, ona patrzyła na mnie taka spokojna, pyzata…I już wiedziałam, że to jest ona. Jej brata – Piotrusia – nie było, miał rota wirusa, był w szpitalu na kroplówce. Zerwałam się, pobiegłam do Łukasza, który był u 7-latków, krzycząc: Znalazłam nasze dzieci!On do mnie: Co Ty mówisz? Uspokój się.Ja do niego: Chodź ze mną, pokażę Ci. Łukasz, to są one, ja to czuję! Wychodząc z domu dziecka, zadzwoniłam do dyrektorki i jak poparzona mówiłam jej: Pani Grażyno, musimy się spotkać. Znalazłam moje bliźniaki, chcę uruchomić procedurę adopcyjną. Na co ona do mnie: Skąd Pani o nich wie? Za tydzień mieliśmy do Was dzwonić, szykowaliśmy je dla Was…

Miałaś jakieś obawy związane z adoptowanymi dziećmi, obawy o geny, o to, jakie one będą, czy sobie poradzicie, czy Ty dasz radę, czy Twój mąż je pokocha? Najczęściej to mężczyźni mają lęki, dotyczące miłości względem dziecka adopcyjnego. To prawda?

Obawy pojawiły się podczas kursu. Bo kurs ma Cię przygotować do adopcji i ściągnąć ci różowe okulary. Niektóre historie były bardzo nieprzyjemne, miałam momenty kryzysu. Ryczałam, pytając: Dlaczego tak to wygląda? Dlaczego musimy iść w tą stronę?Ale jak one już się pojawiły, to wiedziałam, że macierzyństwo to nie są geny. To, jakie nasze dzieci będą, zależy od tego, jak my je wychowamy, jakie wzorce i wartości im przekażemy. Jeżeli chodzi o mojego męża, to z Antonim, naszym drugim synem, szybciej nawiązał bardzo bliską relację, bo Antoś od początku był bardziej otwarty. Bliźniaki były zorientowane na mamę. Tata był ważny, fajny, ale bliskości na początku bardziej szukały u mnie. Teraz miłości oboje dostajemy po równo. To są nasze dzieci!

Wiesz coś na temat ich mamy biologicznej?

Znam imię i nazwisko tej kobiety, wiem, ile ma lat, gdzie mieszka. Ona urodziła bliźnięta i od razu wyszła ze szpitala. Piotruś miał 1,800 kg po urodzenia, Gosia – 2,300 kg. Byli wcześniakami. To, co mnie najbardziej bolało w tym wszystkim to to, że przez miesiąc po urodzeniu one leżały w szpitalu same, nie miały nikogo. Po miesiącu trafiły do domu dziecka. I znowu ponad 4 miesiące – same. Nie były przytulane, nie miały z nikim bliskiego kontaktu, bliskości. To było najsmutniejsze.

Pytam kobiety, co poczuły, jak urodziły swoje dzieci, a co Ty poczułaś, jak pojechaliście na pierwszą oficjalną wizytę do bliźniaków?

Gosię widziałam wcześniej, wnieśli ją i była taka wesoła, jakby czuła, że przyjechali mama i tata. Popłakałam się. Potem pojawił się Piotrek. Nie miałam jego obrazu, nie wiedziałam, jak on wgląda… Przynieśli go, miał 5,5 miesiąca, a wyglądał na 3, taki był maleńki. Wpadłam w histerię, tak na mnie zadziałał, nie mogłam się uspokoić. Był taki malutki, bezbronny i w końcu po 7 latach związku małżeńskiego pojawił się! Uspokajano mnie… Mówiono: To Pani syn, proszę wziąć go na ręce, proszę się uspokoić.Stało się to dopiero wtedy, kiedy wzięłam go na ręce.

Kiedy dzieci są niegrzeczne, macie takie myśli: Może to po rodzicach?Zdarza się Wam obwiniać matkę czy ojca biologicznego? Mówi się często, że dziecko ma to w genach… 

Zastanawia mnie to pod względem medycznym. Bo np. Antek ma problemy z mówieniem, a zbliża się do 3 roku życia. Może jego ojciec biologiczny też miał taki problem? Ojciec Antka jest nieznany. Ale kwestia bycia niegrzecznym? Ja nie uznaję czegoś takiego, jak niegrzeczne dziecko. Jak coś się dzieje, to jest tylko przekaz emocji. Mam swój sposób na takie sytuacje: jak czuję, że wychodzę z siebie, zawsze wtedy mówię: Chodź, załatwię Cię miłością!I przytulam. Zawsze działa.

Dzieci wiedzą, że są adoptowane?       

Tak. One wiedzą, że urodziła je inna pani, bo mama miała chory brzuszek.

Jak dołączył do Was Antoś?

Telefon dostaliśmy po dwóch latach od bliźniaków. Antosia urodziła ich mama, oni są rodzeństwem biologicznym. Dzień wcześniej miałam sen, że moja przyjaciółka urodziła dziecko. Byłam z nią na sali porodowej. Kiedy urodziła, wstała, ubrała się i mówi do mnie: Ja nie mogę się nią zająć, muszę iść do pracy. To jest Antonina. Zajmiesz się nią?Obudziłam się. Następnego dnia dostaliśmy telefon, że 8-miesięczny Antoni czeka na nas. Rok wcześniej byliśmy w operze z Łukaszem, powiedziałam mu wtedy, że chciałabym mieć syna Antoniego i żeby był spod znaku ryb. On na to: Justyna, spokojnie…I co? Jest Antoni i spod znaku ryb (śmiech). Więc wymarzyłam go sobie. Z wizytą do domu dziecka pojechaliśmy z bliźniakami. Opowiadaliśmy im, że do nich też tak jeździliśmy. To był fajny moment, kiedy weszliśmy do tego samego miejsca i siostry, które opiekowały się Gosią i Piotrkiem, zobaczyły je z nami, zaopiekowane, szczęśliwe. Kiedy dołączył do nas Antek, wydawało mi się, że jak wychowałam bliźnięta, to już nic mnie nie zaskoczy. Zdziwiłam się. Pomiędzy pierwszym a drugim rokiem życia Antek w ogóle nie spał. Nie był chory, wszystko było ok, po prostu odmawiał spania. Do tej pory jest bardzo absorbującym dzieckiem, mocno ze mną związanym: zawsze na rączkach, zawsze blisko.

Jaka jest jego historia?

Urodziła go mama bliźniąt, w tym samym szpitalu, również pozostawiła go zaraz po porodzie. I trafił do tego samego domu dziecka.

Chciałaś kiedykolwiek poznać tę kobietę?

Był taki moment, że szukałam jej na facebooku… Nie znalazłam. I chyba dobrze. Choć jestem ciekawa, jak ona wygląda… Chociaż wiesz…To jest tak, że dzieci z adopcji upodabniają się do rodziców adopcyjnych. Piotrek jest rzeczywiście moja kopią, a charakterologicznie dzieci są bardzo podobne do nas obojga. Geny to jedno, ale wychowanie jednak robi swoje.

Miałaś jakąś pomoc, opiekę do dzieci?    

Nie. Ja jestem Zosia Samosia, nie chciałam mieć opiekunki, chciałam je wychowywać sama. Dopiero teraz po 4-5 latach uczę się odpuszczać, prosić o pomoc. Dopiero niedawno zostawiłam bliźnięta po raz pierwszy na tydzień u babci. W sierpniu z kolei zostawiliśmy całą trójkę, żeby móc świętować rocznicę ślubu. Przeżyłam ten wyjazd bardzo, czułam się złą mamą. Łukasz mi mówił: Odpuść, naucz się tego.

Skąd ja to znam!

Rozmawiamy niespełna dwie godziny, a już widzę jaką jesteś zdeterminowaną i wiedzącą czego chcesz kobietą.

Powiedz mi zatem… czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

To jest poświęcenie się w pewnym stopniu. Na pewien czas wyzbywasz się egoizmu i na pierwszym planie stawiasz dobro tych małych istot. Jak one są szczęśliwe, to i ty jesteś szczęśliwa. W drugą stronę działa to tak samo.

Czym jest dla Ciebie więź macierzyńska? Bo więź między matką, która była 9 miesięcy w ciąży, a dzieckiem jest pewnie inna. Ja na przykład zaczynałam czuć moją relację z Klarą, już mając ją w brzuszku. Oczywiście każda kobieta czuje inaczej. A przy adopcji? Wasza więź pojawiła się nagle, pracowałaś nad nią? Co czułaś?

To, że masz ciążowy brzuch, chodzisz na USG, ta cała otoczka dla wielu kobiet jest ważna. Ja wiedziałam, że nigdy nie będę w ciąży, więc jakoś łatwiej było mi to zaakceptować. Jak słyszę historie z porodówki, myślę sobie: Jak dobrze, że nie musiałam nigdy tego doświadczać.Kobieta robi i czuje wszystko instynktem. Co z tego, że ich nie urodziłam? Nasza więź budowała się sukcesywnie. Na początku nie oddawałam ich nikomu i nigdzie, bo wiedziałam, że to ja muszę pierwsza, sama zbudować z nimi relacje, nauczyć się ich, dopiero potem inni będą mogli to zrobić.

Jak Twoje środowisko reaguje na adopcję?

Ludzie są ciekawi. Ale np. przedszkola nie informuję, nie muszę, nie ma takiej potrzeby. Dzieci potrafią być okrutne, a nie chcę, żeby moje były napiętnowane. Jest mi ciężko przyjmować ich negatywne emocje: jak im jest przykro, ja się gubię, nie wiem, co mam robić…

Jeżeli kiedykolwiek spotkają się z zarzutem, że są adoptowane, jak im to wytłumaczysz?

Powiem im, że to, że są adoptowane znaczy, że są wyjątkowe. Anioły tak tam na górze wykombinowały. Ja Was szukałam, Wy jesteście wybrani i tak się czujcie.Pozytywny aspekt adopcji, bo nie ma negatywnego.

A co, jeśli zaczną się niewygodne pytania: Dlaczego mnie ktoś nie chciał?

Powiem: Nie wiem, dlaczego ta Pani Cię zostawiła, ale dzięki temu, ja Cię mogłam znaleźć.Nigdy nie wyrażam się negatywnie o tej kobiecie. Gdyby nie ona, ja nie byłabym matką.

Piękne…

Chcesz mieć więcej dzieci?

Tak, ja jestem gotowa. Ośrodek też jest już poinformowany. Niedawno znowu miałam sen, że biologiczna mama moich dzieci poszła na kontrolę do ginekologa. Lekarz ją zbadał i powiedział: Pani ma jeszcze dwa dzidziusie w środku. Ona na to przerażona: To niemożliwe, ja nie chcę, nie mogę.Złapałam ją za rękę i powiedziałam: Nie bój się, ja się nimi zajmę.I się obudziłam. Po tym śnie wiedziałam, że to jeszcze nie koniec. I teraz czekam. I czuję, że to będą bliźniaki. Chłopiec i dziewczynka. Mój mąż aż się boi (śmiech).

Dzieci z adopcji to jest obustronne uszczęśliwienie: osoby pragnącej, a nie mogącej mieć dzieci i opuszczonego dziecka. Jesteś wielką inspiracją dla innych kobiet. Co mogłabyś i chciałabyś powiedzieć tym, które toczą walkę o to, żeby być szczęśliwymi, mieć rodzinę, chcą mieć dzieci, a nie mogą, walczą, próbują in vitro, które nie wychodzi…Co byś im powiedziała?

Żeby się nigdy nie poddawały, dążyły do swoich marzeń. Ale przede wszystkim zastanowiły się, czego tak naprawdę chcą: czy chcą być w ciąży i oglądać USG, czy chcą być mamami? To jest podstawowe pytanie: Czego ja chcę? Czym jest dla mnie macierzyństwo? Co znaczy być mamą? Bo potem doświadczasz dokładnie tego samego, zaoszczędzony jest tylko Ci poród.