02.01.2019

Przyjaciółka całego świata

Semira Ali jest mamą półtorarocznej Zochy i instruktorką pływania na „kajcie”. Jako dziecko nie dorastała w domu, gdzie sport czy ruch był ważną częścią życia. Dojrzała do tego sama. Zanim urodziła córkę, wyjechała m.in. do Wietnamu i na Dominikanę, by uczyć się różnych technik swojego ukochanego sportu. W pewnym momencie sama zaczęła trenować innych. „Kiedyś uczyłam pływać na desce 11-letniego chłopca. Gdy po jakimś czasie spotkaliśmy się ponownie, mały po prostu wymiatał. Czułam satysfakcję, że to ja zaszczepiłam w nim pasję” – opowiedziała Semira. Czy macierzyństwo bardzo ją zmieniło? Oto historia pięknej i inspirującej mamy z Trójmiasta, której arabskie imię w pewnym sensie określiło życiową drogę. 

Wszystko zaczęło się dość niewinnie. To było mniej więcej osiem lat temu, gdy jej ówczesny chłopak wymyślił, że chciałby spróbować swoich sił w kitesurfingu. „Wpadł jednak na pomysł, bym to ja pierwsza zrobiła kurs. Później miałam mu opowiedzieć co trzeba robić” – wspomina Semira Ali. Nie był to jednak wymarzony początek. Semira dość szybko się zniechęciła do tej dyscypliny, ponieważ czuła się w pewnym sensie przymuszana. Coś po prostu nie do końca kliknęło. Odpuściła. Przez kolejne dwa lata powracała jednak myślami do tego sportu. „Zastanawiam się, dlaczego nie do końca poradziłam sobie z pływaniem, skoro jestem sprawna fizycznie. Nie rozumiałam, jak to się dzieje, że takie panieneczki pływają, a ja nie” – żartowała. W końcu postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. Zapisała się na kurs do swojego kolegi, który trenował dzieci. Podszedł do niej w identyczny sposób, jak do małych podopiecznych. Wiedział, kiedy krzyknąć, a kiedy odpuścić. Podziałało. To był moment, kiedy Semira zrozumiała, że bycie na wodzie to jej świat.  

Pogodzenie swojej pasji do pływania z obowiązkami zawodowymi nie było wcale takie proste. Semira mieszkała wtedy w Warszawie i pracowała jako stylistka na wielu planach reklamowych i filmowych. Tak układała sobie jednak swoje projekty, by móc wyjeżdżać nad morze. Latem starała się cały sezon spędzić na Helu. Zimą udała się do Wietnamu i tam poczuła się jak w prawdziwym raju. Całymi dniami pływała i trenowała pod okiem instruktorów z zaprzyjaźnionej szkółki. Wiedziała, że jest pod dobrą opieką. Po trzech miesiącach pobytu w Azji musiała wracać do Polski. Będąc setki kilometrów od domu zrozumiała jednak, że musi coś zmienić w swoim życiu. Praca od projektu do projektu zaczynała ją coraz bardziej męczyć. I chociaż zawsze lubiła to, co robiła, to wiedziała, że powinna pójść inną drogą. „Pracując w korporacji często marzyły mi się dłuższe ucieczki gdzieś daleko, np. do Indii.” – wspomina. W podjęciu życiowej decyzji pomogła jej rozmowa z pewną psycholog, która powiedziała, że nie można zbyt długo być w tak zwanym rozkroku. „Albo wybierasz stabilizację i świadomie rezygnujesz z wolności, albo wybierasz wolność, godząc się na to, że będzie raz lepiej, a raz gorzej. Ja wybrałam wolność” – podsumowała Semira. 

Kiedy praca w Warszawie dała jej się porządnie we znaki postanowiła poszukać odpowiedniego miejsca dla siebie na drugim końcu świata. Był wrzesień. Koniec sezonu w Polsce. Siedziała wtedy jeszcze nad morzem w Rewie, gdzie zrobiła kursy instruktorskie. Praktycznie nie było tam już nikogo. Semira wiedziała, że musi znaleźć coś na kolejne miesiące. Pisała więc do szkółek kitesurfingu w Meksyku i na Filipinach. W końcu padło na Dominikanę. To był zupełny przypadek, że akurat tam pojechała. A może raczej zrządzenie losu? Napisała list do Audrey, właścicielki takiej szkółki. W odpowiedzi dostała maila z informacją, że świetnie, poszukują właśnie kogoś do pracy. Kobieta dopisała również, że znała kiedyś pewną dziewczynę z Polski. „Strasznie mnie to rozbawiło. Pomyślałam sobie, co z tego, że zna kogoś z Polski. Jest u nas dużo dziewczyn. Potem okazało się jednak, że Audrey była kiedyś szefową mojej ówczesnej szefowej, u której akurat mieszkałam. Uznałam to za pewien znak i wybrałam Dominikanę” – opowiada Semira. Kupiła bilet lotniczy w jedną stronę, uruchomiła sieć kontaktów, by znaleźć odpowiednie mieszkanie, pozamykała sprawy w Warszawie i wyjechała na 11 miesięcy. 

Spędziła tam wyjątkowy czas. Zamieszkała w Cabarete, miejscowości, do której przyjeżdżali ludzie z całego świata, by uczyć się właśnie pływania na kicie. „Nie spotka się tam turystek na obcasach. Wszyscy są wyluzowani. Chcą pływać” – uważa Semira, która doskonale się tam odnalazła. Mieszkała w dość ubogiej dzielnicy w niewielkim hotelu. Była tam wspólna kuchnia i malutkie pokoje z łazienką. Właściciel pożyczył jej swój rower, by mogła poruszać się po miasteczku. Po jakimś czasie kupiła motor. Każdy dzień wyglądał podobnie. Chodziła do pracy, pływała, a wieczorami siedziała z innymi w klimatycznych knajpkach na plaży. Uczyła różnych ludzi. W jej grupie znalazł się i pan, który miał 70 lat i 11- letni chłopiec. „Gdy po jakimś czasie spotkaliśmy się ponownie, mały po prostu wymiatał. Czułam satysfakcję, że to ja zaszczepiłam w nim pasję” – przyznała Semira.

Po powrocie do Polski Semira postanowiła dać sobie jeszcze jedną szansę i po raz drugi udała się na Dominikanę. Tym razem pojechała tam z partnerem, który również był instruktorem. Po pół roku musieli jednak przyjechać do kraju, ponieważ odkryli, że spodziewają się dziecka. Semira wolała urodzić w Polsce, gdyż wiedziała, że będzie tu miała i pomoc, i wsparcie bliskich. Na kicie pływała jednak do piątego miesiąca ciąży. Początkowo również uczyła, jednak nie do końca sobie z tym radziła. Postanowiła, że do końca pobytu będzie pływać tylko dla siebie. „Nie oddalałam się od brzegu za bardzo. Moi znajomi ze szkółki wiedzieli o mojej sytuacji, więc cały czas ktoś miał mnie na oku. Ja tymczasem korzystałam z ostatnich chwil beztroski. Wiedziałam, że jak wrócę do domu, to nie wejdę już w piankę” – wspomina z rozbawieniem Semira. Tamten sezon nie był też najlepszy, ponieważ za mało wiało. Pogoda nie sprzyjała. Nie przyjechało na wyspę zbyt wiele osób, a Audrey sprzedała swoją szkółkę. W końcu Semira spakowała się i wróciła do kraju. Zocha pojawiła się na świecie na początku sierpnia. 

Czy macierzyństwo bardzo zmieniło Semirę? Raczej nie. „Wróciłam do pływania mniej więcej dwa miesiąca po urodzeniu córeczki. Nie zaczęłam jednak uczyć, ale pływałam dla siebie. Wiesz, przebywanie na wodzie jest dla mnie rodzajem terapii. Oddalasz się od brzegu, nie masz przy sobie telefonu i nikt nie jest w stanie Ci przeszkodzić. Nikt nie zawraca ci gitary. Kiedy pływam, myśli również pływają. Przychodzą, odchodzą, oczyszczam się. I choć po pływaniu czuję się zmęczona, to jednak wiem, że zresetowałam głowę. Uwielbiam ten stan” – uważa Semira.

 Mała Zocha, jak pieszczotliwie nazywa ją Semi, już teraz wie, że czasami mama znika na wodzie. „Mam takie zabawne zdjęcie, jak Zocha siedzi na plaży, a ktoś pyta ją, gdzie ja jestem. Wyciąga wtedy rączkę i pokazuje na morze. Ja faktycznie pływałam” – przyznała. „Po porodzie nie wróciłam jeszcze do szkolenia innych. To znaczy zdarza się, że idę uczyć, ale nie robię tego regularnie. Ostatnio wzięłam opiekunkę, która zajmowała się córką, gdy byłam na morzu. W dużej mierze robię to dla siebie, by się oderwać od codzienności. Tata Zochy także jest instruktorem. Nie możemy więc uczyć w tym samym czasie. Próbujemy dzielić się obowiązkami, chociaż opieka nad córką i tak jest na mojej głowie” – dodała. 

Semira uważa się za bardzo rozsądną i zarazem wyluzowaną mamę. Wszystko ma jednak swoje granice. Stara się także zaszczepić córce pasję do wody. Gdy skończyła trzy miesiące zapisała się z nią na kurs pływania. „Fajnie, bo trafiłyśmy na instruktora, który poważnie podchodzi do tematu. Zajęcia nie polegają tylko na pluskaniu się, ale mówi również co rozgrzać, jak złapać malucha. Zocha uwielbia te zajęcia” – opowiada. Czasami organizują sobie także wyprawy samochodowe tylko we dwójkę. Semira nie chciała, by macierzyństwo ją ograniczyło. Uważa, że odpowiednio się przygotowując, z dzieckiem można zrobić absolutnie wszystko. Oczywiście zdarzają się także momenty, gdy przez chwilę chce pobyć sama ze sobą. Idzie wtedy nad morze lub na zajęcia z jogi, które pokochała. Kiedyś, podobnie jak z kitesurfingiem, nie do końca odnalazła się w ćwiczeniach na macie. Dopiero po jakimś czasie, gdy ponownie spróbowała jogi, ale innej odmiany, zakochała się. Dzisiaj śmieje się, że gdyby mogła to chodziłaby na jogę codziennie. Niedawno wybrała się także na tygodniowy wypad z koleżankami. Po raz pierwszy zostawiła Zochę na tak długo. Chciała jednak odpocząć, wyspać się i spędzić trochę czasu z przyjaciółkami, by zregenerować siły. I choć czasami czuje się zmęczona, to uważa, że świetnie odnalazła się w roli mamy. Zaskoczyło ją, że pokochała macierzyństwo. „Jestem jedynaczką i doskonale znam te wszystkie historie o jedynakach egoistach. Zastanawiałam się przed porodem, czy będę potrafiła stawiać na pierwszym miejscu potrzeby mojej córki, a nie moje. Okazało się to oczywiście łatwiejsze niż myślałam” – przyznała. 

Semira uwielbia spędzać czas z córeczką. Czasami bawi się z nią, a czasami po prostu obserwuje, jak Zocha sama potrafi świetnie zorganizować sobie czas. Jest spokojnym, grzecznym dzieckiem. „Nie jest przebodźcowana” – uważa Semi. Dziewczynka nie ogląda telewizji, a w domu ma więcej edukacyjnych zabawek niż takich, które świecą i wydają masę dźwięków. „Inaczej zwariowałabym” – śmieje się. 

Co dalej? Semi będzie coraz więcej pływać, wróci do uczenia innych, a może uda się z córką w daleką podróż na drugi koniec świata. W końcu to, jak się nazywa do czegoś zobowiązuje. Semira to arabskie imię, które oznacza „przyjaciel całego świata”. W jej przypadku, doskonale pasuje.