04.05.2018

Przegadany temat, czyli jak wspierać rozwój mowy dziecka

Blogowanie to jej zawód. Książki to pasja. Dlatego pytana o to, ile ma dzieci, mówi: trójkę. Janek i Witek to jej synowie, zaś książka „Jano i Wito w trawie” to trzecie dziecko, papierowe. Jest więc blogerką, pisarką, neurlogopedką, mamą, żoną Grześka i jak sama o sobie mówi, animatorką życia rodzinnego. Nam wytłumaczyła jak wspierać rozwój mowy malucha i podpowiedziała, jak pokonać opór przed „mówieniem do brzucha”.

Miłośnikom książek dla dzieci i blogów parentingowych nie trzeba jej przedstawiać. Wiola Wołoszyn prowadzi świetnego bloga – Matka Wariatka, na którym niestrudzenie i nieustannie recenzuje książki dla dzieci. Świeżo upieczeni rodzice, którzy dopiero stawiają pierwsze kroki w bajecznym świecie dziecięcej literatury prędzej czy później trafią na jej zestawienia najlepszych książek dla roczniaków, dwulatków, trzylatków (to też świetna ściąga prezentowa dla dziadków i krewnych przed Dniem Dziecka czy Bożym Narodzeniem!)

Jeszcze zanim urodzi się nasz potomek, zwłaszcza ten pierworodny, chcemy zrobić wszystko, żeby dać mu jak najlepszy start w życie. Zdrowo się odżywiamy, bo to podstawa, ćwiczymy, bo szczupłe mamy rodzą zdrowsze dzieci, staramy się śmiać i unikać stresu, bo to zapewni maluchowi pogodne usposobienie. A czy rozwój mowy można wspierać, zanim usłyszymy pierwszy krzyk?
Absolutnie, choć niewiele osób o tym wie. Około piątego miesiąca życia płodowego dziecko zaczyna słyszeć dźwięki z otoczenia. Warto więc mówić do brzucha. Wiem, że może to brzmieć jak szaleństwo. Sama będąc w ciąży, zwłaszcza pierwszej, z Jankiem czułam się z tym średnio komfortowo. Postanowiłam więc oszukać system. Żeby nie mówić do brzucha, czytałam na głos. Czytałam bajki dla dzieci, co nie tylko wspierało rozwój mowy moich dzieci, ale też działało na mnie uspokajająco. U mnie doskonale sprawdziły się przygody Kubusia Puchatka, ale można czytać absolutnie dowolną literaturę- dla dorosłych, dla dzieci, to, co mamie sprawia największą przyjemność.

Ważne jest to, jak mówimy do brzucha, a potem – do dziecka.Według najnowszych badań modulowanie głosem, szczebiotanie jest dobre. Mamy to we krwi. Każdy dorosły, mówiący do dzieci naturalnie zmienia melodię, tembr głosu. Takie mówienie nacechowane jest emocjonalnie. A to, co jest nacechowane emocjonalnie, łatwiej jest przez dzieci przyswajane. Poza tym, gdy melodiujemy język, nadajemy intonacje na frazy (rozkodowujemy dziecku język). Złe jest zdrabnianie, spieszczanie. Uczy to języka, który nie istnieje.

Co robić już po narodzinach? Czy sposób karmienia ma znaczenie?
Nie lubię odpowiadać na to pytanie, ponieważ wiem, że często mamy nie mogą karmić piersią, a informacje, które zaraz padną, wzbudzają w nich poczucie winy. Ale niestety – karmienie piersią ma zdecydowanie lepszy wpływ na rozwój mowy dziecka. Maluch ssąc pierś porusza żuchwą i językiem w taki sposób, jak podczas mówienia. Poza tym podczas takiego karmienia dziecko uczy się prawidłowo oddychać – przez nos. Spowodowane jest to tym, że w czasie karmienia piersią języczek podniebienny zamyka przejście do dróg oddechowych. Dziecko karmione piersią nie musi przerywać ssania, żeby nabrać powietrza. Również mięśnie ust, policzków i język dziecka nieustannie pracują w czasie karmienia piersią. Gdy mleko pobierane jest przez smoczek, język leży płasko. Ale mimo wszystko starajmy się podchodzić do tematu racjonalne. W końcu priorytet to nakarmienie dziecka. Gdy pierś nie wchodzi w grę, butelka jest jedynym, więc najlepszym rozwiązaniem. Poza tym teraz produkowane są naprawdę dobre smoczki, które coraz bardziej swoją budową przypominają pierś kobiecą. A ewentualnie szkody, jakie wyrządzi dla rozwoju mowy, można bez większego trudu, zniwelować pracując z dzieckiem.

W naszym kraju zdecydowanie gorszą sławę niż karmienie butelką, ma stosowanie smoczków – uspokajaczy. Urosły do rangi potworów wykrzywiających zgryzy małych dzieci. To nie tak. Smoczek do 6 miesiąca życia jest wręcz wskazany, jeżeli mama nie karmi piersią. Maluszek w tym czasie ma bardzo silny odruch ssania. Jeżeli nie będziemy go zaspokajać, może to przynieść więcej szkody niż pożytku. Nie znajduję jednak wytłumaczenia dla stosowania kubków niekapków. Warto wiedzieć, że już noworodki można uczyć picia z kubeczka (doskonałe są do tego celu małe kubeczki Medeli). Zatem podczas jedzenia przy stole podajemy maluchowi zwykły kubek, a poza domem – bidon ze słomką.

Domyślam się, że w takim razie sposób wprowadzania stałych pokarmów też może stymulować rozwój mowy?
Jeżeli rozszerzamy dietę dziecka, podając mu papki, warto pamiętać o tym, że dziecko powinno samo ściągać pokarm z łyżeczki (nie wycieramy łyżeczki o wargę dziecka). Starajmy się schodzić stopniowo z papek na rzecz większych kawałków, które dziecko zacznie żuć i gryźć.

Gdy mówimy o rozwoju intelektualnym malucha, pierwsze skojarzenie to oczywiście książki. Jak je wybierać?
Kiedy noworodek pojawia się w naszym domu i pierwsze dni spędza leżąc głównie na plecach, możemy przy nim czytać cokolwiek. To mogą być nawet książki dla dorosłych. Dla dziecka w tym czasie najważniejsza jest bliskość i to ta bliskość najlepiej wspiera rozwój mowy. Gdy maluch zaczyna chętniej i częściej leżeć na brzuszku, warto zainteresować go samą formą książki i podsuwać mu w tym czasie książeczki kontrastowe, które będą dla niego interesujące graficznie. Potem przychodzi zainteresowanie wyrażeniami dźwiękonaśladowczymi. U nas hitem była “Księga dźwięków”, seria Anny Clary Tidholm oraz seria o Babo, Lalo i Bince Evy Susso, a potem moja książka – „Jano i Wito w trawie”.

W świecie wydawniczym jest ostatnio moda na wydawanie książek pisanych przez blogerów. Ale najczęściej są to poradniki. Jak to się stało, że „poszłaś” w literaturę dziecięcą?
Książki były w moim życiu od zawsze. Babcia prowadziła wiejski oddział biblioteki gminnej w moim rodzinnym domu. Poza tym, odkąd pamiętam, książka była moją ulubioną zabawką. Po maturze jako pierwsze studia wybrałam filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Znów więc otaczałam się książkami. W międzyczasie zaczęłam pracę w Empiku na wrocławskim rynku, gdzie przydzielony został mi dział książek dla dzieci. Po wyprowadzce z Wrocławia zaczęłam pracę na dwóch stanowiskach — jako logopeda i jako osoba zajmująca się ośrodkiem kultury i biblioteką. Znów więc byłam w otoczeniu książek. Gdy urodził się mój pierwszy syn — Jasiek, okazało się, że książki kocha nie mniej niż jego mama. Wtedy też zaczęłam prowadzić bloga matkawariatka.pl, który szybko stał się najpopularniejszym w Polsce blogiem, recenzującym cyklicznie książki dla dzieci. Chcąc nie chcąc, w naszym domu pojawiało się coraz więcej książek dla dzieci. Z zainteresowaniem książkami drugiego dziecka – Witka – nie było już jednak tak łatwo. Musiałam się nagimnastykować, żeby zaciekawić go jakąś książką.

W pierwszym roku życia Witka przechodziłam dosyć trudny czas. Nawarstwiło się wiele problemów i nieciekawych wydarzeń w moim życiu, z którymi sobie nie radziłam. Chodziłam wtedy na terapię. W internecie trafiłam na informację na temat spotkania z coachem. To miało być spotkanie w grupie. Gdy przyszłam na to spotkanie, okazało się, że jestem tylko ja i pani coach. Pamiętam, jak powiedziała wtedy, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie mam pojęcia, jak to się stało, ale w czasie wykonywania zadań, które dawała mi coach, pierwszy raz pomyślałam o tym, że moim marzeniem jest pisanie książek dla dzieci. Wtedy też rozpisałyśmy plan działania. Nie pamiętam dokładnie, jaki rok wpisałam jako ten, kiedy miałaby ukazać się moja książka, ale wydaje mi się, że było to ok. 2020 r. Chciałam ruszyć z pisaniem dopiero, jak dzieci stałyby się bardziej samodzielne, poszły do szkoły. Tymczasem w ciągu kilku miesięcy od tego spotkanie w mojej głowie urodził się pomysł na stworzenie serii książek wspierających rozwój mowy. Książek, od których dzieci by nie uciekały. Zależało mi na tym, aby pojawiły się w nich wszystkie te elementy, które dzieci uwielbiają: wyrażenia dźwiękonaśladowcze, proste rysunki na białym tle (gdy za dużo działo się na ilustracji, dzieci nie chciały ich czytać), element dotykowy i interaktywny (zachęcenie dziecka do mówienia, do poszukiwania pewnego elementu). Bacznie obserwowałam Witka, notowałam sobie to, które książki lubi, wyłapywałam łączące je cechy. Pewnego dnia podczas farbowania włosów po prostu usiadłam i naszkicowałam całą pierwszą książkę z serii.

„Jano i Wito w trawie” to nie tylko świetna opowieść, ale też piękne ilustracje. Jak trafiłaś na Przemka Liputa – ilustratora?
Jako że moje zdolności plastyczne są praktycznie zerowe, bardzo się cieszę, że Przemek zdecydował się zilustrować to, co siedziało mi w głowie. Uważam, że stanął na wysokości zadania. Jego ilustracje znałam już wcześniej — z książki “Rok w przedszkolu”, którą Jasiek uwielbiał. Gdy szukaliśmy z wydawnictwem ilustratora dla moich książek, Przemek był jednym z pierwszych naszych typów.

Zastanawiam się, czy jest optymalna liczba książek, jaką powinno mieć dziecko. Psychologowie mówią, że nadmiar zabawek jest szkodliwy. A nadmiar książek?
Czytanie tych samych książek może mieć na dziecko pozytywny wpływ. Powtarzalność jest bardzo pożądanym zabiegiem w procesie rozwoju mowy (dlatego też w mojej książce na każdej stronie pojawiają się te same zwroty). Nadmiar może nie tyle być szkodliwy dla dziecka, co może zniechęcać dziecko do czytania. Sama kupuję kilkanaście-kilkadziesiąt książek dla dzieci miesięcznie. Co więcej, z podróży również przywozimy kolejne pozycje, które Janek i Witek sami sobie wybierają. Zauważyłam, że gdy w domu jest za dużo książek, chłopcy gubią się, nie wiedzą, co mają wybrać i sami nie sięgają po nic. Zresztą nawet my, dorośli, gdy mamy za duży wybór, dostajemy małpiego rozumu i nie wiemy, co mamy wybrać. Dlatego też warto robić rotacje wśród książek. Na półce, do której dziecko ma dostęp, powinno znajdować się kilka-kilkanaście tytułów.

Mówiłaś, że z zainteresowaniem Witka czytaniem nie było tak łatwo. Czy będąc logopedą i jednocześnie mamą z większym luzem podchodzisz do rozwoju swoich dzieci, czy wręcz przeciwnie — nieustannie wyłapujesz błędy i zastanawiasz się, czy to sygnały większych problemów?
Oj nie, zdecydowanie nie podchodziłam z większym luzem. Ale to na pewno też wynika z tego, że przez większość swego życia byłam książkowym przykładem pesymistki. Jeżeli więc zauważałam, że coś odbiega od normy, w głowie układały mi się najczarniejsze scenariusze. Stąd też nazwa bloga – Matka Wariatka. Teraz jestem zdecydowanie bardziej wyluzowana niż na początku swojej macierzyńskiej drogi, ale zdarza się, że ten pesymistyczny głos (który staram się tłumić z coraz lepszym skutkiem) czasami się odzywa.

Czy wizyta u specjalisty może pomóc rozwiać obawy?
Zacznijmy od tego, jaka jest różnica między logopedą a neurologopedą. Każdy neurologopeda jest logopedą. W praktyce neurologopeda zajmuje się głównie terapią mowy u niemówiących dzieci i dorosłych oraz terapią karmienia u osób (nie tylko dzieci) z zaburzeniami jedzenia. Do neurologopedy warto wybrać się z niemowlakiem, jeżeli maluszek jest z tzw. grupy ryzyka (np. jest wcześniakiem, zdiagnozowano u niego zaburzenia neurologiczne, zespół genetyczny, urodziło się z ciąży o nieprawidłowym przebiegu, czy z trudnościami okołoporodowymi), dziecko ma problemy z jedzeniem (ssaniem, połykaniem, gryzieniem, jedzeniem grudek), ma uchyloną buzię, ślini się. Gdy starszak zaczyna popełniać błędy, nasza reakcja jest kluczowa. Nigdy nie strofujemy dziecka, nie zwracamy uwagi na jego błędy. To zazwyczaj tylko potęguje problemy. Jeżeli dziecko na kota mówi “tot”, nie mówimy “nie tot, tylko kot”. Lepiej powiedzieć: “Tak, to jest kot. Ma bardzo miękkie futerko. A pamiętasz, jak robi kot? Tak, kot miauczy – robi miau”. Dziecko w takim przypadku osłuchuje się z prawidłową formą słowa.
Nawet jeśli nie ma żadnych niepokojących objawów, warto z maluchem wybrać się choć raz do logopedy. Szczególnie wtedy, gdy jest to nasze pierwsze dziecko (przy drugim mniej więcej wiemy już, jak postępować z maluszkiem) i gubimy się w gąszczu (często sprzecznych) informacji. Na takiej wizycie ekspert najpierw przeprowadzi wywiad z rodzicami (wypyta o ciążę, leki w ciąży, poród, karmienie, kontakt wzrokowy, reakcje na dźwięki itp.), sprawdzi napięcie mięśniowe artykulatorów, sprawdzi, czy dziecko jest kontaktowe, jak reaguje na zabawki i – jeżeli wszystko będzie ok – da kilka rad na temat wspierania rozwoju mowy, pokaże, jak prawidłowo karmić dziecko, doradzi, jaki wybrać pierwszy kubek, łyżeczkę.

I pewnie poradzi, żeby unikać sadzania dziecka przed telewizorem?
Specjaliści mówią, że przez pierwsze dwa lata dziecko nie powinno w ogóle mieć kontaktu z telewizją. Nie znam jednak rodzica, któremu udałoby się zachować te normy i nie pokazać dziecku czegoś na ekranie (często rodzice chwalą się, że nie mają telewizji, ale puszczają dziecku bajki na laptopie — efekt jest ten sam). Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że dziecko do pierwszego roku nie powinno mieć kontaktu z ekranami. Jeżeli jednak ponad rocznemu dziecku pokażemy piosenki dla dzieci (które będziemy np. z nim śpiewać), bajki dostosowane do percepcji małego dziecka, to na pewno nie wyrządzimy mu krzywdy. Oczywiście nie przekraczając racjonalnych norm czasowych spędzonych przed ekranem. Generalnie, gdy mówimy o rozwoju młodego człowieka, najważniejszy jest rozsądek i ufanie swojej intuicji. To plus zaangażowanie i bliskość rodzica prawie zawsze gwarantują sukces.

foto: Matka Wariatka