24.05.2018

Po czym poznać wymagające dziecko?

High-need baby, czyli po polsku dziecko wymagające to termin, który w mediach parentingowych i rozmowach z rodzicami małych dzieci pojawia się często. Ale jak stwierdzić, że mamy do czynienia z „hajnidem”, a nie malcem, który jeszcze nie przyzwyczaił się do życia poza brzuchem mamy? Wyjaśnia Magdalena Komsta – psycholożka, doula, promotorka karmienia piersią, założycielka bloga wymagające.pl, a przede wszystkim – mama „hajnida”.

High need baby, czyli dziecko wymagające to termin dość nowy. Ale problem chyba stary jak dzieciństwo?
Zdecydowanie tak. Choć sama, jako psycholog, nie miałam wielkiej wiedzy na temat dzieci wymagających, dopóki sama takiego nie urodziłam. Na studiach przy omawianiu klasycznych teorii temperamentu, wątek tych trudnych omawialiśmy pobieżnie. Dość późno uświadomiłam sobie, że moja córka jest „hajnidem”. Dopiero w okolicach piątego miesiąca życia zobaczyłam, że funkcjonuje inaczej, niż dzieci urodzone w tym samym czasie. I choć nie znoszę porównywania, tym razem okazało się ono przydatne. Bo inne dzieci budziły się w ciągu nocy na karmienie raz, a moja córka pięć czy sześć razy. Inne dzieci jadły siedem razy na dobę, a moja córka – 15. Inne potrafiły się sobą zająć, a moja ciągle potrzebowała kontaktu. Foch na jazdę wózkiem był codziennością. Spanie w wózku czasem jeszcze przeszło, ale gdy tylko się budziła, trzeba było z dzieckiem na rękach wracać do domu i pchać wózek brzuchem.
Na jakimś blogu przeczytałam definicję dziecka wymagającego, co pozwoliło mi zrozumieć, jaka jest moja córka. A to określenie „high need baby” to nasze współczesne zdefiniowanie problemu, który był od zawsze. Bo zawsze były dzieci wymagające, które dawniej nazywano posiadaczami tzw. trudnego temperamentu. Teraz od tej nazwy się odchodzi, wolimy “high need baby”, bo słowo „trudne” jest oceniające.

Ostatnio „hajnidów” jest bardzo dużo. Czy to nie jest etykieta dawana na wyrost?
Faktycznie, sporo rodziców definiuje swoje dzieci, jako wymagające. Może to wynikać z faktu, że mają oczekiwania niewspółmierne do rzeczywistości. Zwłaszcza przy pierwszym dziecku. A jeśli dodatkowo jest to pierwsze małe dziecko, z jakim rodzice mają kontakt to faktycznie, jego wymagania w pierwszych tygodniach życia mogą wydawać się ogromne. Często oczekujemy, że niemowlęta szybko staną się samowystarczalne. Wówczas takie sytuacje jak częste budzenie się w nocy, potrzeba kontaktu z ludźmi czy brak zainteresowania zabawkami szybko jest interpretowane jako trudny temperament. A to błędne. Układ nerwowy maluchów dojrzewa długo. Przez pierwsze trzy miesiące życia dziecka w zasadzie prawie każde jest hajnidem. Bo ten okres zwany czwartym trymestrem jest trudny! Dziecko musi nauczyć radzić sobie z siłą grawitacji, pozycją leżącą na plecach, byciem w powietrzu, a nie w wodzie, dochodzącymi dźwiękami i kolorami, uczy się oddychać płucami, jeść, koordynować ssanie, oddychanie, połykanie. Mózg dziecka w czasie pierwszych trzech miesięcy zwiększa swoją objętość o 64 proc! To gigantyczna wartość i rozwój! A przecież zmiany zachodzą też w ciele, nie tylko w mózgu. Więc nie dziwota, że dziecko potrzebuje dużo opieki. Jednak gdy mija 12-16 tygodni i widzimy, że innym dzieciom już się trochę zmieniło, a nasze nadal wymaga bardzo dużo uwagi, to jest sygnał, że  może mamy do czynienia z maluchem o trudnym temperamencie.

Dla mnie jako psycholożki nie ma znaczenia, czy dziecko jest wymagające zgodnie z obowiązującą definicją, czy nie. Ważne jest to, jak odbiera dziecko rodzic. Jeśli uznaje, że jest mu trudno i potrzebuje pomocy, to wystarczy. Stąd moja definicja „high need baby” jest taka: dziecko, nad którym opieka przysparza rodzicom więcej trudności i jest dla nich dużym wyzwaniem. Różni ludzie będą różnie oceniać to samo dziecko. A patrząc na statystyki wiemy, że minimum 10 proc dzieci to te wymagające.

Zatem jakie są wyznaczniki trudnego temperamentu?
Problemy z karmieniem, spaniem i chęć ciągłego przebywania z rodzicem, najlepiej na rękach to rzeczy, które najbardziej rzucają się w oczy. Gdyby zebrać to w całość, wyznacznikiem jest brak regularności. Są takie dzieci, które szybko same się regulują. Mają drzemki o tych samych porach, śpią, jedzą, a nawet — wypróżniają się w tych samych porach. Dzieci „high need” są nieregularne, gdy chodzi o funkcje biologiczne, już od narodzin. I z nimi ciężko jest wypracować jakiś stały rytm, a próba wyregulowania opieki pod zegarek przynosi dużo frustracji. Bo czasem nawet udaje się ten rytm złapać, ale po dwóch dniach znów wszystko się zmienia. Łatwiejszym sposobem na opiekę nad takim dzieckiem jest podążanie za nim i przyglądanie się jemu i jego potrzebom w tym konkretnym dniu, niż patrzenie na to, co sprawdzało się wczoraj.
Druga kwestia to preferowanie kontaktu z drugim człowiekiem niż z przedmiotami. Żadna, nawet najbardziej multisensoryczna zabawka nie zastąpi im kontaktu z człowiekiem. Dzieci wymagające nie lubią zdobyczy cywilizacji typu wózek, fotelik samochodowy, leżaczek. To, co krępuje ruchy i ogranicza widoczność, jest negowane. Dlatego lubią być noszone, bo lepiej widzą i mają lepszy kontakt z dorosłym.
Te dzieci są żywiołowe. Ciągle ruszają nogami, rękoma, potrzebują dużo bujania, kołysania. Szybko zaczynają się przekręcać na boki, brzuch, raczkować, chodzić. Ich stany emocjonalne też są mocno wyrażane. Gdy są zadowolone, to zarażają śmiechem, gdy są niezadowolone, słyszy o tym cała dzielnica. Wszystko robią na 100 proc. i tak też okazują swoje emocje. Dodatkowo są bardzo wrażliwe na dyskomfort. To, co innym dzieciom nie przeszkadza, u wymagających wywołuje bardzo gwałtowne reakcje. Takie księżniczki na ziarnku grochu. Dlatego często budzą się w nocy. Drobny dyskomfort w czasie snu urasta dla nich do rangi ogromnego problemu. Potrzebują dużo bliskości fizycznej nie tylko w dzień, ale i gdy zajdzie słońce.

Mówiłaś, że wymagające dzieci były zawsze. Jak dawniej radziły sobie z nimi mamy?
Paradoksalnie – lepiej niż obecnie. A raczej – często było im łatwiej. Gdy żyło się w rodzinach wielopokoleniowych, a przed rolnictwem, w społecznościach łowiecko–zbierackich, na jedno dziecko przypadało nawet siedmioro dorosłych! Wymagające dziecko miało aż siedem osób wokół siebie, które mogło „eksploatować”. Więc nie było takiego obciążenia matki, jakie mamy teraz. Doprowadziliśmy do chorej sytuacji, w której to mama przez większość dnia opiekuje się dzieckiem. To cywilizacyjna porażka, sprzeczna z naturą, żeby jedno dziecko przypadało tylko na jednego dorosłego.
Dobrze wiedzieć, że temperamentne maluchy często lepiej funkcjonują w większej społeczności, gdy przychodzą goście, gdzieś się z nimi wychodzi, bo one szybko się nudzą. Dlatego w rodzinach dużych czy wielopokoleniowych tam, gdzie są dzieciaki w różnym wieku, łatwiej zapewnić „hajnidowi” rozrywkę i stymulację. Gdy mama jest z dzieckiem sama w domu przez większość dnia, to dla takiego malucha stymulacja sensoryczna jest niedostateczna. Bo ileż można patrzeć na tę samą twarz, wąchać te same perfumy, słuchać tych samych dźwięków? Ile też, będąc matką, można mieć kreatywnych pomysłów na życie z niemowlęciem! Nasze czasy są dobre, bo mamy wiedzę o „hajnidach” i wiemy, że to kwestia temperamentu a nie wina matki, ale też to nie jest w porządku, że te mamy są zdane na siebie.

Gdzie zatem szukać pomocy?
Żeby wychować dziecko, potrzebna jest wioska pełna ludzi. Dlatego sporo mam organizuje sobie własne wioski, niekoniecznie składające się z rodziny. Codziennie zapraszają różnych znajomych, chodzą na spotkania chustowe, gordonki, spotkania w parafii. Same organizują sobie grupy ludzi z dziećmi w podobnym wieku, zapewniając tym samym rozrywki i atrakcje maluchom. Na szczęście media społecznościowe w tej kwestii bardzo ułatwiają życie. To towarzystwo doskonale robi dzieciom, ale też mamom. Bo przerywa monotonię opieki nad małym dzieckiem.

W takim razie pewnie łatwiej jest wychować “hajnida” z rodzeństwem?
Tak, zwłaszcza ze starszym, które jest źródłem stymulacji. Chociaż organizacyjnie jest to trudne, wymaga od rodzica jeszcze więcej wysiłku. Potrzebne jest wsparcie, również w postaci gadżetów. Podstawowym „narzędziem” staje się chusta, a gdy maluch podrośnie – nosidło. Dzięki temu dziecko ma zaspokajane potrzeby emocjonalne, jest blisko, a rodzic ma wolne ręce, by „ogarniać” resztę rodzeństwa czy dom.

Jakie gadżety, poza chustą, ułatwiają życie z hajnidem?
Piłka do pilatesu, ta duża dmuchana, na której można kołysać się z malcem. Bujanie jest dla wielu dzieci bardzo przyjemne, bo stymulacja zmysłu równowagi jest dla organizmu wyciszająca. Bardzo przydają się ułatwiacze gastronomiczne: miksery, parowar, takie rzeczy, które pozwalają szybko przygotować zdrowe posiłki, bo przy „hajnidzie” stanie przy garach nie wchodzi w grę. A mama takiego dziecka nie może zapominać o jedzeniu, inaczej nie będzie miała siły, by się nim opiekować. No i obowiązkowo kubek termiczny na kawę i drugi na melisę. To dwa paliwa, którymi napędzani są rodzice „hajnidów”. Kawa przez cały dzień, a melisa na wieczór, żeby ukoić skołatane nerwy. (śmiech)
Już nie gadżetem, ale strategią, która pomaga, jest spanie we wspólnym łóżku, jeśli nie ma ku temu przeciwwskazań. Dużo dzieci śpi wówczas lepiej, bo czują się bardziej bezpiecznie. Dostawka czy wspólne łóżko może być remedium na frustrację, gdy liczne próby odłożenia dziecka po nocnym karmieniu, kończą się płaczem.

Te pierwsze dwa – trzy lata z hajnidem są trudne. Czy potem dziecko wyrasta z bycia wymagającym?
Z trudnego temperamentu się nie wyrasta. To część osobowości, która ma najbardziej biologiczne podłoże. Temperament widać od pierwszych dni życia i jest stosunkowo mało podatny na zmiany. Kolejne lata z  “hajnidem” są coraz łatwiejsze, choćby dlatego, że zwiększa się jego możliwość komunikacji z otoczeniem. Nawet wymagające dzieci w końcu zaczynają przesypiać noce i wyrastają z noszenia na rękach, ale wówczas większe trudności zaczyna rodzicom sprawiać wrażliwość emocjonalna, duże nasilenie złości, która stosunkowo szybko i na długo się uruchamia np. rzucanie się na podłogę i płakanie, gdy coś pójdzie nie tak. I choć jest trudno, to warto odpowiadać na potrzeby “hajnida” i nie stosować siłowych rozwiązań. Badania pokazują, że „hajnidy”, które doświadczą czułej, bliskiej, dostosowanej do ich potrzeb opieki, w wieku wczesnoszkolnym są bardziej lubiane przez rówieśników i nauczycieli, mają lepszą gotowość szkolną, rozwój emocjonalny i społeczny. Owszem, „hajnida” łatwo jest zepsuć, są to dzieci bardziej wrażliwe na jakość naszego rodzicielstwa, ale z dobrą opieką wyrastają na świetnych ludzi.

Jak w tym wszystkim, będąc mamą, na której spoczywa ciężar opieki nad malcem, nie zwariować?
Dwie kluczowe, podstawowe i niezbędne rzeczy dla rodzica „hajnida” to sen i jedzenie. Młode mamy strasznie wkurza to powiedzenie, ale faktycznie warto spać wtedy, gdy śpi dziecko, zamiast poświęcić ten czas na sprzątanie domu. Zwłaszcza jeśli mamy ten komfort, bo to nasze pierwsze dziecko.  Zwłaszcza że o tym bałaganie szybko się potem zapomina. A oprócz tego potrzebni są ludzie.

Trzeba otoczyć się ludźmi, prosić o pomoc lub ją sobie organizować, jeśli pozwalają na to finanse. Spotkania z innymi dorosłymi są kluczowe, bo wówczas możemy wymieniać informacje, dzielić się spostrzeżeniami i nieco odpocząć od dziecka. Takie poczucie wspólnoty, że inni też tak mają, dobrze robi na psychikę. Zapraszam choćby do swojej grupy na Facebooku, jeśli offline nie spotykamy innych rodziców hajnidów. Doskonałą odskocznią jest praca na część etatu, nawet jeśli nie jest świetnie płatna. Pracujący tata, który nie może w ciągu dnia zajmować się dzieckiem, też ma pole do popisu. Przed wyjściem do pracy może zadbać o „zaprowiantowanie” mamy, zrobić jej kanapki, przekąski, termos kawy, tak, żeby nawet mając malucha non-stop na rękach mogła coś zjeść.

Warto aktywnie szukać wsparcia, a jeśli nas stać, zapłacić za nie: niania, catering pudełkowy czy osoba, która posprząta mieszkanie pozwolą zdjąć z barków (i z mentalnej listy rzeczy do zrobienia) kolejne obowiązki. Ponadto trzeba szukać chwil na reset w ciągu dnia. To nie musi być weekend w SPA, bo przy małych dzieciach jest to zwykle niemożliwe, ale kwadrans z książką, ciepłą herbatą to już jest coś. I bardzo ważne jest, żeby jak najszybciej włączyć w życie dziecka innych opiekunów, żeby ono od razu miało dookoła siebie kilka osób, z którymi może spędzić czas. Dzięki temu mama może zadbać o siebie. Bo z pustego i Salomon nie naleje.

Zdjęcia: Getty Images