28.08.2018

Na czym polega edukacja domowa?

Edukacja domowa to rozwiązanie bardzo popularne w Stanach Zjednoczonych. W Polsce masowo zyskuje zwolenników, w 2016 roku w domu uczyło się blisko 15 tys. dzieci. Jednym z nich jest Aleksander Grabowski. 9-latek ma trójkę młodszego rodzeństwa, które z pewnością pójdzie w ślady brata. Iza, mama dzieciaków, jest fanką tego trybu nauki. Uważa, że to najlepszy sposób na rozwinięcie talentów i zainteresowań dzieci. Nam zdradza, jak edukacja domowa wygląda od kuchni i przekonuje, że da się ją pogodzić z życiem rodzinnym i zawodowym.

Gdy spotykam się z Izą w jednej z warszawskich kawiarni, towarzyszy jej Aleks. Pozostała trójka: Jan 5 lat, Małgorzata 3 i Anastazja 1 rok, choć oczywiście mogła wybrać się na rodzinną wycieczkę, zdecydowała zostać w domu. Iza stara się, aby każde dziecko miało okazję pobyć z nią sam na sam. Udaje się, choć ich dom jest zawsze pełen ludzi. Przy czwórce dzieci, ich kolegach i koleżankach, którzy szczególnie latem tłumnie odwiedzają rodzinę Grabowskich, o samotności nie ma mowy. Z Izą mogłabym rozmawiać o wielu sprawach: wielodzietnych rodzinach, prowadzeniu własnego biznesu, wegetarianizmie. Ale dzisiaj tematem jest edukacja domowa. Jej dzieci, choć formalnie tylko Aleks jest objęty obowiązkiem szkolnym, wszystkie uczą się w domu. I gdy kolejne latorośle skończą 6 lat, bo taka jest teraz granica wiekowa dla obowiązku przedszkolnego, zostaną zapisane do szkół, w których mogą ten obowiązek spełniać w formie edukacji domowej.

Dlaczego razem z mężem zdecydowaliście się na edukację domową?

Od początku było dla nas oczywiste, że chcemy aby dzieci mogły się rozwijać naturalnie i swobodnie, uwzględniając własne predyspozycje i potencjał. Bardzo ważne było, aby miały możliwość działania z motywacji wewnętrznej, powodowane ciekawością i entuzjazmem. W naszym odczuciu szkoła w obecnej formie nie daje takich możliwości. Uważamy, że w rozwoju równie ważne jak nauka są odpoczynek, swobodna zabawa, miejsce na kreatywność i samodzielność, kontakty społeczne, których formę można sobie wybrać, rozwijanie umiejętności komunikacji i swobodny rozwój emocjonalny. Żadne z naszych dzieci nie chodziło do tradycyjnej szkoły. Aleks przez dwa lata chodził do szkoły demokratycznej, która działa na zasadach edukacji domowej. Potem ta formuła zaczęła nas ograniczać i zdecydowaliśmy się przenieść zajęcia do domu.

Czy edukacja domowa to po prostu lekcje, które odbywają się w salonie, zamiast w klasie?

Myślę, że są rodziny, które pracują w ten sposób. My nie prowadzimy zajęć w domu, nie w rozumieniu szkolnych lekcji odmierzanych czasem. Nie jesteśmy nauczycielami naszych dzieci. Staramy się im towarzyszyć i wspierać najlepiej jak potrafimy w poznawaniu świata i indywidualnym rozwoju. Jeśli zachodzi potrzeba prosimy o pomoc osoby z zewnątrz – Aleks ma 2 nauczycielki języków. Bierzemy udział w zajęciach organizowanych poza domem. Nie mamy ściśle ustalonego trybu dnia. Zwykle dzieci wstają wtedy kiedy się wyśpią, jemy razem śniadanie. Wówczas też decydujemy, co będziemy danego dnia robić i przygotowujemy się do tego. Czyli np. kiedy zaplanujemy wyjście do planetarium czy teatru, szykujemy niezbędne rzeczy i kiedy wszyscy są gotowi wyruszamy w drogę. Jeśli zostajemy w domu też planujemy różne aktywności. Czasem jest to „pracownia malarska” szczególnie dla młodszych dzieci, czasem mamy ochotę coś uszyć lub pójść nad jezioro obserwować przyrodę z atlasem do rozpoznawania gatunków zwierząt. Bardzo często na tych wyprawach rozpoczyna się fascynacja jakimś tematem, który później zgłębiamy przez kilka następnych dni, a nawet miesięcy. Zdarzyło się, że podczas spaceru zaczęliśmy od dyskusji o gatunkach roślin i zwierząt, które spotykaliśmy, o całym ekosystemie, poprzez działanie lecznicze roślin, które spotkaliśmy oraz przez choroby człowieka łącznie z metodami ich leczenia obejmującymi np. operacje typu by-pass, aż po fizjologię i anatomię układu krwionośnego. Często odwiedzamy muzea, teatry i kina, galerie sztuki, parki nauki, jesteśmy stałymi gośćmi Centrum Nauki Kopernik.

Dzieci uczestnicząc w życiu, uczą się różnych czynności, kiedy wspólnie gotujemy przy okazji uczą się miar i wielkości, właściwości produktów, wartości odżywczej (jestem z wykształcenia dietetykiem klinicznym i nie ukrywam, że przy każdej okazji przekazuję pewne wiadomości). Wspólnie robimy zakupy, ostatnio coraz częściej chłopcom zdarza się samodzielnie kupować coś w sklepie, tu umiejętność liczenia bywa naprawdę pomocna. Uprawiając rośliny w przydomowym ogródku czy na parapecie można się sporo dowiedzieć o ich fizjologii i anatomii. Wszędzie znajdujemy okazje do tego, by się czegoś dowiedzieć, często wystarczy odpowiadać na pytania dzieci.

Od zawsze towarzyszą nam książki w ilościach hurtowych, często to one są inspiracją do zgłębiania różnych tematów jak i źródłem wiedzy. Oczywiście obowiązuje nas podstawa programowa, z której syn zdaje egzamin. Do tego sprawdzianu przygotowujemy się korzystając z podręczników, głównie dlatego że tam mamy zakres materiału. Jednak zdecydowaną większość umiejętności do tej pory udawało się zdobyć podczas codziennego życia (mam na myśli naukę pisania, liczenia, przyrody itp.). Lubimy gry logiczne, korzystamy z Kart Grabowskiego, żeby ułatwić naukę liczenia przy okazji zabawy, korzystamy z zabaw z „Kodowania na dywanie”, robimy eksperymenty chemiczne. Z pewnością w późniejszych latach system przygotowania się do egzaminów ulegnie zmianie i pewnie odpowiedzialność za te przygotowania przejmie w dużej mierze Aleksander, bo zależy nam na tym, żeby sam znalazł najwygodniejszy dla siebie sposób.

Mówisz o egzaminach. Jak od strony formalnej wygląda organizacja edukacji domowej?

Jest całkiem prosta. Trzeba zapisać dziecko do szkoły w województwie, w którym się mieszka. Uzyskać zgodę dyrektora placówki na edukację domową. Pod koniec roku szkolnego dzieci zdają egzaminy z przedmiotów objętych podstawą programową. A następnie dostają świadectwo ukończenia klasy, z ocenami ze wszystkich przedmiotów, poza wychowaniem fizycznym, plastyką i muzyką. W takiej formie można realizować obowiązek szkolny od zerówki do matury.

Dla dzieciaków taka forma edukacji to pewnie wielka frajda. Ale czy dla rodziców nie jest większym obciążeniem? Nie wymaga długich przygotowań?

Tu muszę podkreślić, że to nie ja uczę moją gromadkę. W ogóle nie czuję się na siłach uczyć dzieci. Ja swoją rolę postrzegam jako wspieranie, dawanie bezpieczeństwa i optymalnych warunków, towarzyszenie, pomoc.

Ponieważ moje dzieci nie mają tradycyjnych lekcji, nie muszę się do nich specjalnie przygotowywać. Jasne, bywają takie kwestie w których muszę się doszkolić. Na przykład wtedy, gdy Aleks zafascynował się Marią Skłodowską – Curie. Czytał o niej książki, odkryliśmy w Warszawie jej muzeum, do którego wybraliśmy się kilka razy. Oczywiście z niektórymi pytaniami dzieciaki zwracają się do taty, który jest fizykiem. Kwestie nauk ścisłych zostawiam jemu, więc często dzwonią do niego, w środku dnia i zadają milion pytań. Edukacja domowa rozwija nie tylko dzieci, ale też rodziców. Ja ciągle uczę się czegoś nowego. I jestem za to bardzo wdzięczna moim dzieciom.

Kolejną wielką zaletą takiej formy nauki jest jej elastyczność. To my decydujemy kiedy, czego i w jaki sposób będziemy się uczyć, kiedy odpoczywać, spotykać się z przyjaciółmi, wychodzić w różne miejsca. Kiedy wyjedziemy na wakacje czy ferie. No i o której wstaniemy. Myślę, ze to jedna z większych zalet braku szkoły. Nie tracimy czasu na dojazdy i odrabianie prac domowych. Co roku wyjeżdżamy na miesiąc lub dłużej za granicę, aby dzieci miały okazję pobyć w innych kulturach, zobaczyć świat.

Czym teraz fascynują się twoje dzieci?

Zainteresowania dzieci potrafią się zmieniać bardzo dynamicznie. Odpowiada za to specyfika rozwoju mózgu dziecka, który cechuje wysoka neuroplastyczność. Przerobiliśmy już setki różnych fascynacji. Był czas kiedy dzieci kochały szeroko pojęty temat „zwierzęta”. Przeczytaliśmy wszystkie książki świata o zwierzętach (serio, chyba z milion), obejrzeliśmy cały internet i wszystkie filmy. Oglądaliśmy każde napotkane zwierzę i omawialiśmy je ze szczegółami. Miałam na stałe otwartą Wikipedię, żeby móc szybko odpowiedzieć na setki pytań dziennie. „Mamo, a ile centymetrów mają zęby hipopotama? A kto jest najszybszy na lądzie? A w jaki sposób składają się zęby jadowe żmij?” I tak w nieskończoność. Była fascynacja falami tsunami, wulkanami i innymi niezwykłymi zjawiskami przyrodniczymi, sztukami walki, wynalazkami, anatomią człowieka itd.  A tak na serio to możemy się podzielić co najwyżej naszymi obserwacjami na obecną chwilę.

Najstarszy syn wykazuje zainteresowanie językami obcymi, uczy się angielskiego i hebrajskiego, ale fascynuje go też rosyjski i chiński. Jest fanem nowych technologii i gier komputerowych, świetnie mu idzie obsługa wszelkich urządzeń, napisał też z pomocą taty kilka prostych aplikacji komputerowych w języku C#. Robił modele 3D w Blenderze. Uwielbia lepić z plasteliny i gliny, połowę jego pokoju wypełniają rozmaite figurki i konstrukcje ułożone w pudłach tworzących stosy. Lubi tworzyć konstrukcje i budowle w Minecrafcie. Młodszy syn uwielbia aktywność fizyczną, potrafi godzinami ćwiczyć różne układy akrobatyczne, właśnie zapisujemy go na zajęcia, żeby mógł te umiejętności rozwijać. Jego marzeniem jest obecnie zrobienie salta. W tym roku zaskoczył nas, kiedy wsiadł na rower koleżanki i po prostu pojechał, ot tak, chociaż wcześniej nie uczy się jeździć na rowerze. Od tej pory codziennie robi kilka kilometrów. Jest na etapie zainteresowania pisaniem i czytaniem, lubi gry logiczne. Błyskawicznie nawiązuje nowe znajomości, świetnie odnajduje się w kontaktach interpersonalnych niezależnie od wieku osób, które poznaje. Córka, która ma obecnie 3 lata lubi malować, tworzyć i tańczyć. Wygląda na to, że teraz to jej mocne strony. Najmłodsza na razie intensywnie eksploruje otoczenie i doskonali chodzenie (śmiech).

Oczywiście muszę zapytać o socjalizację. Bo przeciwnicy edukacji domowej mówią, że ta, w pełnej formie, odbywa się tylko w zinstytucjonalizowanej szkole.

To jest ulubione pytanie homeschoolersów (śmiech). My nieustannie jesteśmy w kontakcie z innymi ludźmi. Już samo to, że jest nas w domu sporo daje możliwość ciągłego rozwoju kompetencji społecznych. Proszę mi wierzyć, że chyba nigdzie nie ma tak wielu sytuacji, gdzie trzeba się z kimś dogadać, porozumieć, wymienić opinie i dokonać wyboru, jak w rodzinie wielodzietnej, gdzie jesteśmy razem całą dobę. Codziennie wychodzimy w różne miejsca pełne ludzi, to ogrom sytuacji gdzie można rozwijać umiejętności społeczne. Od zakupu biletu, poprzez przejazd komunikacją miejską, spotkania setek ludzi w każdym z tych miejsc, obserwacja różnych zachowań i sytuacji. Często zdarza się np. okazja do rozmawiania w innym języku, do zapytania o drogę czy poproszenie o wyjaśnienie jak coś działa. Niedawno dzieci obserwowały malarza na Starówce i pytały jak powstają jego prace, co maluje, ile czasu mu to zajmuje. Innym znów razem rozmawiały o sztuce fechtunku z fechtmistrzem. Takich sytuacji są setki. Kontakt z innymi dziećmi mamy również codziennie. Oprócz tego, ze dzieciaki mają siebie mają również znajomych i przyjaciół. Wystarczy, że wyjdą na podwórko i godzinami przepadają w zabawie. Nasze obserwacje są takie, ze genialnie odnajdują się w grupie, nie ma znaczenia wiek, płeć ani inne czynniki, bardzo łatwo nawiązują kontakt i w każdym miejscu są w stanie znaleźć towarzyszy do zabawy.

Czy można pogodzić edukację domową z pracą zarobkową?

W mojej ocenie – można. Znam sporo takich osób. Sama jestem jedną z nich. Kilka lat temu zrezygnowałam z pracy na etacie, założyłam własną firmę, której codziennie muszę poświęcić trochę czasu. Jednak trzeba mieć dużą otwartość, przede wszystkim na zmiany. Na to, że będzie inaczej. Że to wymaga wielu poszukiwań rozwiązań, często nietypowych, niestandardowych. Czasem wymaga zmiany sposobu myślenia o różnych kwestiach. I wyobrażam sobie, że to może być trudne. Bo takie właśnie bywają zmiany.

Ale warto przez nie przejść. Choćby po to, by mieć fantastyczne wspomnienia. Zawsze niesie mnie w stronę wspólnych doświadczeń. Bardzo przyjemnie wspominam wszystkie podróże, co roku przez kilka tygodni mieszkamy w innym kraju. Jesteśmy wtedy non stop razem, odkrywamy niesamowite miejsca, to wielka szkoła życia. Na przykład podczas górskich wędrówek mamy wiele godzin na dyskusje, przemyślenia, wymianę poglądów, obserwację przyrody z bardzo bliska. Przypominam sobie jak w tym roku najpierw dyskutowaliśmy o odmienności warunków panujących wysoko w górach w porównaniu z tymi na dole, nad oceanem, co z tego wynika, jakie są różnice w roślinności, klimacie, temperaturze. Kolejnego zaś dnia chłopcy dyskutowali z tatą o I i II wojnie światowej, o historii. To mnóstwo niesamowitych wspomnień. Bardzo przyjemnie wspominam nasze wszelkie spontaniczne wyjścia, kiedy wstajemy rano, pakujemy plecak i jedziemy nad Wisłę zjeść śniadanie i obserwować rzekę, biegać po piasku, tak po prostu. Lubię też ten czas kiedy możemy od deski do deski przeczytać książkę, która nas zafascynuje a potem godzinami o niej rozmawiać.

Uważam, że edukacja domowa to najlepsza forma dla moich dzieci. Z wielką radością obserwuję jak się zmieniają i rozwijają, widzę jak swobodnie czerpią z życia i możliwości jakie niesie. Uczą się od siebie, naśladują, bo mogą ze sobą być bez ograniczeń. Ćwiczą nieustannie komunikację, umiejętności rozwiązywania konfliktów i codziennych problemów. Same mówią o sobie, że są szczęśliwe i lubią swoje życie, a to dla mnie najważniejsze.

 

Zdjęcia: Kasia Rękawek