18.06.2019

Inwencja i kreatywność zaplątana w Czerwone Paski

Tekst „Przeciętniak” opublikowany na Facebook’u przez prof. Jakuba Andrzejczaka wywołał falę dyskusji na temat systemu edukacji oraz stanowiska rodziców wobec rozwoju dzieci. Czego powinna uczyć szkoła, jak możemy zmotywować dziecko do pracy nad sobą i jak na relacje rodzic-dziecko wpływa cyfryzacja życia? Profesor Andrzejczak odpowiedział na te i kilka innych pytań nurtujących obecnie wielu rodziców.

Panie Profesorze, czy łatwo w dzisiejszych czasach być „przeciętniakiem”?

Zacznę od tego, że mój wpis, który zatytułowałem „przeciętniak”, jest tak naprawdę przeciwko przeciętności. Przeciętniak to taka jednostka, jaką chce mieć system oświaty. Zupełnie odwrotnie niż w przypadku przysłowiowego „kujona”. Napisałem oczywiście, że młody człowiek, którego celem jest osiąganie najwyższych stopni z każdego przedmiotu, wpisuje się w założenia tego systemu, ale paradoksalnie nie jest dla niego wygodny. Szkoła wysyła przecież każdemu dziecku przekaz: „ucz się jak najlepiej”, ale doskonale wie, że krzywej Gaussa nie da się oszukać, że nie wszyscy będą uczyć się równie dobrze. Każda masowa edukacja będzie dążyć do minimalizowania grup skrajnych. Nie potrzebuje bowiem ludzi wykraczających poza normę i to w obie strony. Niewygodni są dla niej ci, którzy osiągają wysokie wyniki, ale też Ci, którzy osiągają najsłabsze rezultaty. To z tego właśnie powodu systemy oświatowe, poprzez szereg regulacji prawnych, ale też norm życia szkolnego oraz wypracowane – przez ukryty program – wzory, pragną utrzymać jak największą grupę przeciętniaków. Taki stan rzeczy z pewnością komplikuje zrozumienie mojego wpisu. Czy zgadzam się na przeciętność? Oczywiście, że nie. Użyłem określenia „przeciętniak” w rozumieniu systemu. Chciałem unaocznić jednak, że ten właśnie „przeciętniak” ma często swoje ambicje, pasje, że często realizuje się na innych polach, dla których próżno szukać rubryki w szkolnym dzienniku czy kartach ewaluacyjnych. Szkoła nie ma dla niego żadnej oferty, ponieważ nie chce jej mieć.

Dlaczego nam, rodzicom, jest tak trudno akceptować przeciętność swoich dzieci?

Tu znowu powinniśmy sobie odpowiedzieć w pierwszej kolejności, jak rozumiemy to pojęcie. Czy mówimy o takim przeciętniaku, jak rozumie go szkoła, a więc w oparciu o system oceniania, czy mówimy o tzw. prawdziwym przeciętniaku. Jeśli rozpatrywać go wyłącznie w kategoriach systemu oświaty, wtedy osoba przeciętna to taka, która bez większych problemów, ale też bez wybitnych osiągnięć wspina się na kolejne szczeble edukacyjnej drabiny. Nie zgodzę się z tezą, że rodzicom trudno zaakceptować tak rozumianą przeciętność ich dzieci. Jest to na tyle bezpieczna rola, że większość rodziców ją akceptuje, ponieważ mają świadomość, że szkoła bierze pod uwagę tylko określone kryteria. Jednak tego realnego przeciętniaka trudno nam, rodzicom zaakceptować, ponieważ to osoba, która niczym się nie wyróżnia, nie posiada żadnych pasji, cechuje ją brak motywacji do rozwijania się. Kochamy nasze dzieci, chcemy dla nich jak najlepiej, stąd ciężko nam pogodzić się z tym, że nie błyszczą.

Czy czerwony pasek lub wyróżnienie naszych dzieci są dla nas ważne również z tego powodu, że sami mamy niedosyt lub kompleksy ze swoich lat szkolnych? Czy te oczekiwania wobec dzieci mają związek z naszymi doświadczeniami?

Porusza Pani wątek, który znacząco wykracza poza temat czerwonego paska. To nie tylko nasze oczekiwania czy wyróżnienia. To w ogóle sposób, w jaki postrzegamy ten system, a co za tym idzie, jaki obraz – naszego dziecka w tym systemie – tworzymy. Często mówię moim studentom, by nie pytali swoich dzieci po powrocie ze szkoły, jaką ocenę dostałeś/aś, tylko czego się dziś nauczyłeś/aś? By nie pytali, jak się zachowywałeś/aś, ale co czułeś/aś? Niestety, bagaż doświadczeń, jaki noszą na swoich plecach powoduje, że trudno im działać inaczej. Tak postępowali ich rodzicie, tak postępują oni sami. Temat niedosytu czy kompleksów jest tematem bardzo skomplikowanym i z pewnością trudno tu o uogólnienia. Nie sposób o tym rozmawiać bez konkretnych przykładów, konkretnych historii ludzi.

Czego, Pana zdaniem, powinna uczyć szkoła, a tego nie robi?

Właściwa edukacja to moim zdaniem taka, w której wiedza jest tylko środkiem do osiągania celów. Niestety, instytucjonalny jej charakter, obwarowany wymogami biurokratyzacji, powoduje, że wiedza staje się celem ostatecznym. A przecież w rzeczywistości nie chodzi tylko o to, żeby wiedzieć, ale żeby tę wiedzę wykorzystać. W mojej opinii współczesna szkoła dostarcza coraz więcej wiedzy encyklopedycznej, a coraz mniej umiejętności. I nie zmienia tego fakt, że w podstawie programowej widniej szereg kompetencji, których mamy uczyć młodych ludzi. W praktyce nie uczymy. Podobnie jest z nauczaniem zintegrowanym. Widnieje dziś tylko na papierze. Co ważne, świat dzisiaj oczekuje specjalistów w coraz to węższych subdyscyplinach. Nie ulega wątpliwości, że człowiek światły powinien posiadać wiedzę z różnych dziedzin, jednak w odpowiednim momencie swojej edukacji powinien zacząć stopniowo zawężać obszar swoich zainteresowań. Z początku powinien mieć możliwość dokonywania wyborów edukacyjnych, które nie będą determinowały jego dalszej drogi. Nazwijmy to etapem eksperymentowania, ale eksperymentowania z wyboru, nie z konieczności. Ta sama szkoła, w której od dziecka oczekuje się, by było jednocześnie najlepsze ze wszystkiego, ma przygotować je do życia, w którym wszyscy oczekiwać będą od niego, aby wyróżniało się w jednej dziedzinie.

A w jaki sposób my, rodzice, możemy zrekompensować ten brak w szkolnej edukacji?

natychmiast rozgorzałaby dyskusja o tym, jak te porady są utopijne. I te zarzuty byłyby słuszne. Rodzice, którzy są świadomi obiektywnych wad tego systemu, doskonale wiedzą, jak te braki zrekompensować. Jestem jednak przekonany, że są oni w zdecydowanej mniejszości. Wprawdzie czynimy od lat starania, by ta świadomość wzrastała, ale do dziś dzień mają one charakter oddolny i niejednokrotnie sprowadzają się do przysłowiowego „kopania się z koniem”.Chcę tym samym powiedzieć, że potrzebujemy konkretnych zmian systemowych. Zmian, dzięki którym rodzice nie będą musieli rekompensować żadnych braków. I żeby była jasność – nie chcę przez to powiedzieć, że szkoła ma wykonywać pracę za rodziców. Jeśli jednak państwo wprowadza obowiązek edukacji, to musi przejąć odpowiedzialność za proces kształcenia. W obecnym kształcie, edukacja nie tylko nie dogania rzeczywistości. Każdego dnia jest od niej coraz dalej.

Jak można znaleźć złoty środek pomiędzy dobrą edukacją dziecka i tym, aby nie stawiać mu poprzeczki za wysoko?

Najbardziej niedorzecznym w systemach oświaty jest przekonanie, że dzieci nie chcą się uczyć, więc należy je do tego zmuszać. Jak w związku z tym opanowały wiedzę i umiejętności przed rozpoczęciem nauki szkolnej? Stawianie zbyt wysokich poprzeczek rozpoczyna się wtedy, gdy zaczynamy za mocno ingerować w rozwój dziecka. Tu znowu, postrzeganie ludzi przez pryzmat zinstytucjonalizowanej edukacji, spowoduje, że wielu zinterpretuje moje słowa, zarzucając mi, że jestem zwolennikiem pozostawienia dziecka samemu sobie. Nic bardziej mylnego. Nasza rola jest tutaj niezwykle istotna, a zarazem bardzo trudna. Proszę pozwolić, że posłużę się przykładem. Każde dziecko, gdy osiągnie pewien etap rozwoju, zaczyna zadawać pytania. W pewnym momencie, niemal z dnia na dzień, jest ich coraz więcej. Możemy za mocno ingerować w jego rozwój mówiąc: „nie wiem”, „to nie powinno interesować dzieci”, „dowiesz się w swoim czasie” itd. Można też wspierać ten rozwój i odpowiadać na każde pytanie dziecka. Rozwijamy tym samym naturalna potrzebę poznawania świata. To jednak nie jest łatwe, szczególnie w czasach pogoni za … Wychowanie przy użyciu nakazów i zakazów, kar i nagród jest proste, ale zamyka nasze dziecko w pułapce naszego myślenia. A przecież świat dzisiaj zmienia się w tempie odrzutowym.

Jaka, Pana zdaniem, jest odpowiednia reakcja na gorsze niż oczekujemy oceny na świadectwie naszego dziecka?

System oceniania nie odzwierciedla tego, co w edukacji jest najistotniejsze, dlatego nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Jako rodzice mamy być świadomi, czego uczą się nasze dzieci, jak się uczą, dlaczego nie chcą się uczyć, dlaczego nie mogą, co wpływa na poziom ich motywacji do nauki, czy wiedzą, dlaczego się uczą, czy mają zainteresowania, które rozwijają. Proszę mi wierzyć, dziecko nie może się nie uczyć. Nie ma dziecka, które od obserwacji nie przechodzi do eksperymentowania. W tym kontekście, każde dziecko jest naukowcem. Wszystko to pod warunkiem, że nie zabijemy jego naturalnej ciekawości świata.

Jak możemy zmobilizować dziecko do pracy nad sobą, nie tylko w szkole? Jak możemy mu w tym pomóc?

Motywacja do działania rodzi się w nas między innymi z potrzeby bycia kompetentnym. Wszyscy znamy ten błysk w oku dziecka, gdy uczy dorosłego. Do działania motywują nas też relacje, a konkretnie potrzeba akceptacji. Jesteśmy w stanie zrobić wiele (czasami zbyt dużo), by zyskać uznanie innych. Po trzecie, motywuje nas potrzeba autonomii. Szkoła, w której dzieci spędzają większość czasu, jest pod wieloma względami antytezą miejsca, w którym dzieci mogą poczuć autonomię. Mówimy im, co mają robić, gdzie być, co myśleć, czego się uczyć, w co się ubrać i co jeść. Brak motywacji rodzi się z braku możliwości dokonywania wyborów. Dom rodzinny pod wieloma względami niczym się nie różni. To poważny błąd. Pozwalajmy dzieciom dokonywać wyborów od najmłodszych lat. Oczywiście nie mówię o wyborze obiad vs. czekolada, jednak w życiu jest wiele obszarów, w których dzieci mogą wybierać. W mojej opinii niezwykle istotne jest też wyjaśnianie dziecku, dlaczego ma wykonać daną czynność. Każdy z nas chce znać powody, dla których ma podjąć pewną aktywność. Ubolewam nad tym, że w szkole rzadko tłumaczy się dzieciom, do czego potrzebna będzie im dana wiedza czy umiejętność. Wynika to z niewygodnego faktu, że sami nauczyciele nie potrafią często podać tych powodów. Dlaczego? Z bardzo prostego faktu – edukacja stała się sprawą urzędniczą, nie pedagogiczną.

Jak w takim razie spowodować, aby dziecko, które nie lubi szkoły, mogło mimo jej wad ją polubić? Jak ważna jest tu nasza postawa?

Przy obecnym kształcie systemu oświaty, trudno spodziewać się, że większość dzieci polubi szkołę. Na pytanie, dlaczego chodzisz do szkoły, młodzi najczęściej odpowiadają: „mama mi każe”, „bo muszę”. Oczywiście wszystko zależy też od tego, jak długo w tym systemie tkwimy. W pierwszych latach, dzieci z reguły chętnie uczęszczają do szkoły. Szybko jednak przychodzi zniechęcenie. I ja się im nie dziwię. Myślę, że tę niechęć dziecka do szkoły możemy zminimalizować właśnie poprzez niewywieranie presji. Pod moim tekstem na temat przeciętniaka przeczytałem kilka komentarzy, które miały przekonać mnie i moich odbiorców do tego, że jeśli nie będziemy dzieciom stawiać wymagań, to niewiele w życiu osiągną. To nie jest prawda. Motywujmy dzieci i stwarzajmy im pole do rozwoju, a wymagania postawią sobie same.

Jaką rolę w tym wszystkim odgrywa cyfryzacja życia? Jak wykorzystać ją dla dobrych celów w rozwoju dzieci?

Możemy dziś zmieniać oblicza systemów, natomiast nie jesteśmy w stanie zatrzymać rozwoju cywilizacji, również w kontekście cyfryzacji życia. Dla młodych, świat wirtualny staję się punktem odniesienia do niego samego, ale też do rzeczywistości. Fakt, iż funkcjonują oni w tym świecie przez niemal połowę swojej dziennej aktywności, stanowi – w mojej opinii – jedno z największych wyzwań współczesnej pedagogiki. Najwyższy czas by zacząć mówić o obywatelu cyfrowym. Najwyższy czas, by uświadamiać młodych ludzi na temat tego świata, mechanizmów, jakie nim rządzą oraz dostarczać umiejętności poruszania się w nim. Dokładnie tak samo, jak czynimy to w odniesieniu do świata rzeczywistego.

Jak cyfryzacja wpływa na relacje pomiędzy nami, rodzicami, a naszymi dziećmi?

Badania wpływu świata wirtualnego i urządzeń cyfrowych na relacje pomiędzy rodzicami a dziećmi to temat zupełnie nowy. Wprawdzie pierwsze takie badania realizowane były już kilka lat temu, jednak rozwój świata cyfrowego jest tak dynamiczny, że wyniki tych badań bardzo szybko tracą na znaczeniu. Kłopot polega też na tym, że jesteśmy pierwszym pokoleniem rodziców, którym przyszło zmagać się z tym problemem. Dostrzegamy go, jednak nasza wiedza o tym, jak mu zapobiegać dopiero się krystalizuje. W tym kontekście, moim osobistym obszarem zainteresowań jest zjawisko technoferencji, a więc problem zakłócania relacji społecznych przez urządzenia cyfrowe. Na moich szkoleniach zawsze powtarzam, że zbyt wiele uwagi poświęcamy na funkcjonowanie naszych dzieci w świecie wirtualnym, zbyt rzadko natomiast skupiamy się na nas samych, na naszych zachowaniach w kontakcie z tymi urządzeniami. Z najnowszych badań wynika, że 39% młodych ludzi twierdzi, że ich rodzice zbyt wiele czasu poświęcają na korzystanie z urządzeń cyfrowych. To alarmujące dane. Sami wchodzimy w świat cyfrowy w zakresie, w jakim jest nam potrzebny, jednak, gdy nasze dziecko chce z nami o nim porozmawiać, bardzo często zasłaniamy się nieznajomością, wykazując często brak zainteresowania. To błąd. Wchodźmy w świat cyfrowy naszych dzieci. Nie tylko po to, by dostrzegać ewentualne zagrożenia, ale także, by mieć wpływ na negocjowanie z dzieckiem kształtu rzeczywistości i naszych relacji. Mówiąc w pewnym uproszczeniu – jeśli nie zainteresujesz się youtuberem, nie oczekuj, że twoje dziecko zainteresuje się wspólnym niedzielnym spacerem.

 

Jakub Andrzejczak jest doktorem nauk humanistycznych Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, profesorem Wielkopolskiej Wyższej Szkoły Społeczno-Ekonomicznej oraz kierownikiem Zakładu Socjologii Edukacji, badaczem w dziedzinie edukacji, społeczeństwa i kultury, a także stypendystą amerykańskiej Parrish Foundation. Prowadzi wykłady, konwersatoria i seminaria z wprowadzenia do socjologii, socjologii edukacji, współczesnych problemów socjologii, metodologii badań społecznych i pedagogicznych. Jest autorem publikacji w zakresie kultury popularnej i metodologii badań, jak również recenzji raportów z wyników badań, m in. dla Centrum Rozwoju Zasobów Ludzkich, Instytutu Spraw Publicznych i Rady Monitoringu Społecznego. Jest także członkiem Pracowni Profilaktyki, Resocjalizacji i Readaptacji Społecznej oraz opiniodawcą Dziennika Gazety Prawnej w dziale „Społeczeństwo”.

Zdjęcia: Monika Kraińska