09.07.2018

Gdy z pary uchodzi para. Czy da się być rodzicem i partnerem jednocześnie?

Kiedy na świecie pojawia się dziecko (pierwsze lub kolejne), wszystkie inne sprawy idą w odstawkę. Niestety, często do kąta jest odsyłana nasza relacja z partnerem. Po kilku tygodniach czy miesiącach działania „na autopilocie”, minimalnej ilości snu i sekundach wyrywanych dla siebie, dojeżdżamy do ściany. Co zrobić, żeby tworząc relację z nowym członkiem rodziny, nie zaniedbać człowieka, z którym tę rodzinę założyłaś? Jak dzielić się obowiązkami bez poczucia, że podział jest niesprawiedliwy? Na wszystkie pytania odpowiadają Ula Malko, psycholożka, założycielka Ośrodka Wsparcia i Rozwoju Bliskie Miejsce oraz jej mąż Kacper Woźniak, psycholog założyciel Wolnej Szkoły Demokratycznej, rodzice Gucia i Teosia.

Bliskie Miejsce jest dedykowane rodzicom małych dzieci. Prowadzicie konsultacje, psychoterapię, organizujecie warsztaty, mediacje rodzinne. Czy trafia do was wiele par, które są na skraju rozstania, bo pogodzenie roli rodziców i partnerów jest dla nich bardzo trudne?

Ula Malko: W Bliskim Miejscu prowadzę konsultacje i mediacje i zazwyczaj rodzice, którzy do mnie trafiają, są w jakimś kryzysie. Pojawienie się dziecka bardzo dużo zmienia. Czasem przychodzą do mnie mamy, które zaczynają od opowiadania od problemie z dzieckiem ale potem okazuje się, że trudno im porozumieć się z partnerem. Na kolejne spotkanie przychodzą już razem. Rozmawiamy wtedy o tym, że trudności mogą wynikać z faktu, że różne strategie, które działają w parze, nie działają gdy jest nas troje albo więcej. Czasem okazuje się, że rodzice mają całkiem różne wyobrażenia związane z rodzicielstwem, partnerem, dzieckiem. Na warsztatach dla par, które prowadzimy z Kacprem, uczestnicy opowiadają, jak wiele obszarów w ich życiu wymagało zmiany, jak wiele rzeczy ich zaskoczyło i – co bardzo przejmujące – jak bardzo poczuli się samotni w nowej roli.

Sami przez to przechodziliśmy, więc wiemy o czym mowa. Pojawienie się dzieci to taka zmiana, na którą ciężko się przygotować zawczasu. Otoczenie udziela takich oklepanych rad, w stylu: „wyśpij się na zapas”, „wyjedźcie w ostatnią romantyczną podróż” etc. Ale jak się pojawia dziecko, to trzeba się wszystkiego uczyć w biegu, dawne strategie biorą w łeb, większość wymaga radykalnego przeformułowania. Choćby te, dotyczące odpoczynku. Dawniej dla relaksu czytałaś książki, a teraz masz na czytanie trzy minuty tuż przed zaśnięciem. Jeśli w ogóle.

Kacper Woźniak: Albo żeglowanie, które uwielbiam, teraz wymaga zupełnie innego podejścia. Starszy syn po raz pierwszy pojechał z nami na łódkę, jak miał dwa lata. Dla mnie ta wyprawa była całkiem udana.

Ula: A dla mnie była koszmarem, bo niemal cały czas siedziałam z małym dzieckiem pod pokładem. Jednocześnie starałam się mieć kontakt z tobą i resztą towarzystwa, która siedziała na górze. Więc od tego ruchu “góra – dół” miałam mdłości. Kolejne wyprawy z Teosiem wymagały zaplanowania na nowo, a na część Kacper jeździł po prostu z przyjaciółmi. Z Guciem, który teraz ma dwa i pół roku, jeszcze nie odważyliśmy się wybrać w rejs. Przy jego wielkiej potrzebie ruchu i chęci robienia wszystkiego tego, co starszy brat, trzeba by go przywiązać do masztu (śmiech), albo zatrudnić nianię.

Na początku wielu rodziców stara się zachowywać tak, jakby pojawienie się dziecka nie wymagało żadnej korekcji planów czy przyzwyczajeń.

Ula: To między innymi dlatego, że dzieci w przestrzeni społecznej i dookoła nas, jest jednak dość mało. Trudno jest podpatrywać, jak sobie radzą inni. Poza tym jakoś tak się składa, że “dzieciaci” z “niedzieciatymi” nie rozmawiają o “takich sprawach”. Moje klientki często opowiadają, że ich niemowlę było pierwszym, z jakim miały bezpośredni kontakt. W naszym towarzystwie, w pewnym momencie pojawiło się więcej maluchów i pamiętam, ile nam to wszystkim dało. Pamiętam ulgę którą poczułam będąc w grupie, gdzie inne matki mierzyły się z podobnymi do moich wyzwaniami. A na spotkaniach bez dzieci można było trochę odreagować napięcie i stres, np. otwarcie powiedzieć, że rodzicielstwo to jednak trudna rzecz, że na nic nie ma czasu. Wygadanie się jest potrzebne przy każdej zmianie w życiu.

Kacper: Powiem nawet, że posiadanie jakiejś grupy odniesienia to pierwszy czynnik konieczny, by móc uporać się z kryzysem w związku, albo nawet – jego profilaktyka. Widzę to często w trakcie warsztatów. Uczestnicy pod koniec mówią, że dobrze było zobaczyć, że „nie tylko ja tak mam”. To bardzo oklepane, ale tak właśnie jest. Okazuje się, że inne pary też rozmawiają tylko o dzieciach nawet jak są bez nich, że też kłócą się o małe rzeczy, że problemy się nawarstwiają. W grupie buduje się poczucie wspólnoty, można też podpatrzeć, jakie rozwiązania działają w innych rodzinach.

Mam małe dziecko. Dla mnie i mojego partnera brak czasu dla siebie, brak odpoczynku jest chyba największym problemem.

Kacper: Dla nas znalezienie sposobu na samodzielne i wspólne ładowanie baterii też było, i jest, największym wyzwaniem. Jak budować związek i być razem, gdy nie ma się tyle czasu, przestrzeni i miejsca w głowie, co dawniej?

Ula: Przez długi czas mieliśmy takie przeświadczenie, że musimy odpoczywać razem, że musimy być razem, robić coś z dziećmi, że wszystko musi być po równo. Ale przyszedł taki moment, kiedy byłam już tak strasznie zmęczona, że chciałam odpocząć sama. I w głowie mi siedziało, że jeśli powiem, że chcę spędzić czas bez Kacpra, choćby pojechać do moich rodziców i tam się wyspać, to Kacper będzie na mnie zły. Może pomyśli, że stawiam bycie z koleżankami ponad bycie z nim? Rozmawialiśmy o tym, że nie chcę, żeby traktował te wybory, jako podejmowane przeciwko niemu. Okazało się, że on w ogóle tak nie myśli! Dzięki temu mogłam o siebie trochę zadbać i naładować akumulator. A potem z przyjemnością robiłam coś wspólnie z nim. Przedtem, nasze wspólne wieczory wyglądały tak, że ja zasypiałam na kanapie w trakcie oglądania filmu czy serialu. Ani nie byłam wyspana, ani czasu razem nie spędziliśmy – to rodziło kolejną irytację. Daliśmy sobie większą wolność i prawo do zadbania najpierw o siebie, potem o związek.

Kacper: Ale to nie jest tak, że od razu mieliśmy wszystkie rozwiązania. Na początku popadaliśmy w pułapkę symetrii. Jak ja wyjechałem na cztery dni, to potem Ula musiała mieć cztery dni dla siebie. Wyszliśmy z tego, rozmawiając o faktycznych potrzebach, a nie o arytmetyce. Mieliśmy taką fazę, że dzieliliśmy się wszystkimi domowymi obowiązkami po pół. Zmywanie, pranie,– raz ja, raz ty.

Ula: I w pewnym momencie poczułam, że tego wszystkiego jest tak dużo, jest taki chaos, że nie ogarniamy. Usiedliśmy z kartką i wypisaliśmy, co robimy. Zrobiliśmy listę rzeczy, o których trzeba myśleć i zrobić. Zakupy codzienne ale i sezonowe, pranie, zmiana opon, opłaty, etc. W ogóle nie chodziło o to, żeby te listy miały tę samą długość. Bo dla mnie ogarnianie samochodu to koszmar.

Kacper: A dla mnie robienie przelewów, płacenie podatków. Fizycznie mnie to boli.

Ula: Każde z nas wybrało te rzeczy, które lubi, albo które mu nie przeszkadzają. Te listy bardzo nam pomogły. Zwłaszcza, że uwolniliśmy się od przymusu symetrii i nie musieliśmy się zastanawiać, czy wymiana czterech opon jest równa zrobieniu dwóch przelewów. Szliśmy tropem tego, kto co lubi albo może wziąć na siebie. Dzięki temu ograniczyliśmy liczbę rzeczy, o które się kłócimy. I bardzo szybko reagujemy, sprawdzamy, co się dzieje, żeby nic nie urosło do rangi katastrofy, staramy się by nie narastała w nas irytacja.

Kacper: Nauczyłem się tego sprawdzania od Uli. Jak coś mnie niepokoi, to staram się o tym jak najszybciej porozmawiać. Brak utajonych oczekiwań, wywalanie wszystkiego wprost bardzo pomaga. Jasne, na początku było burzliwie, bo ciężko bez emocji rozmawiać o trudnych rzeczach. Ale to oczyszcza i klaruje sytuację.

Ula: My sobie wprost mówimy wiele rzeczy. Ale przede wszystkim się lubimy, więc jak widzę, że Kacper jest w słabej formie, chłopaki dają czadu, a jemu cierpliwość się kończy, to szybko mówię: “Idź się przewietrzyć”. Robię to z troski o niego i nas, daję mu czas na oddech. Bo jak go nie dostanie, to wybuchnie, będzie katastrofa i zbieranie okruchów potrwa długo.

Czy teraz gdy chłopcy są nieco więksi, macie więcej czasu dla siebie?

Ula: Nie tyle mamy go więcej, ile – w innych momentach. Teoś chodzi do szkoły, Gucio do punktu dziennego opiekuna i dzięki temu odkryliśmy coś fantastycznego, mianowicie, możemy sobie wziąć wolny dzień w pracy! Wtedy mamy nie tylko czas dla siebie, ale też wolna głowę. Możemy pójść do kina, wyspać się, porozmawiać, pobyć.

Kacper: Wprawdzie do tej pory udało nam się to tylko dwa razy (śmiech).

Ula: My też lubimy robić różne rzeczy osobno a potem sobie o tym opowiadać, wzajemnie się inspirować tym, co nas ciekawi.

Wiele osób, które przychodzą do Bliskiego Miejsca, ma takie silne przekonanie, że wolny czas trzeba zawsze wykorzystać produktywnie: ja zrobię obiad, ty leć po zakupy, potem pranie, rachunki i na relacje nie zostaje nic. Jak wpadamy z Kacprem w taki kierat, to ciężko nam się zatrzymać i zastanowić, co będzie, jeśli nie zrobimy czegoś z tej naszej długiej listy zadań. Czasem stoimy przy garach, marząc o tym, żeby się poprzytulać, uprawiać seks, iść do kina, być blisko. Naprawdę czasem można ugotować makaron i podać go z sosem ze słoika. Ale ocena społeczna takich decyzji bywa surowa. To będzie potraktowane jak lekkoduchostwo i marnowanie czasu. A przecież tyle daje! Ostatnio, na naszych warsztatach, pary miały takie zadanie by przez 15 minut rozmawiać ze sobą. Byli bardzo zaskoczeni, jak dużo im to dało! Zatrzymali się, nie myśleli o tym, co powinni robić, albo co w tej chwili zawalają, ale byli obecni i otwarci na partnera.

Myślę, że to poczucie winy, o którym wspominała Ula, jest nieodzownym elementem macierzyństwa.

Ula: Media, zwłaszcza społecznościowe, kreują wizję rodzicielstwa idealnego. I taka kobieta, która całymi dniami zajmuje się dzieckiem, traktuje Instagram czy Facebooka jako swoje okno na świat. Wygląda przez nie, a tam wszystkie matki pieką dzieciom ekologiczne muffinki do przedszkola. Te dzieci są czyściutkie, mama ma czas na wszystko, w dodatku perfekcyjny makijaż i idealnego męża, który uwielbia spędzać czas z maluchami, kiedy ona czyta najnowszy bestseller.

Kacper: I oboje łączą pracę z wychowaniem dzieci i swoim związkiem (śmiech).

Ula: Nie chcę demonizować mediów społecznościowych. Ale wiem, że czasem trudno jest nabrać dystansu do tego, co przekazują. Bo skoro innym mamom się udaje, a mi nie, to znaczy, że ze mną jest coś nie tak.

Z drugiej strony Facebook czy Instagram może być dla mamy miejscem, w którym dostaje dużo wsparcia. Gdzie tego wsparcia mają szukać ojcowie?

Kacper: Kobiety dużo ze sobą rozmawiają. Szukają pomocy. Ojcowie – zupełnie nie. Choć pojawią się takie zorganizowane inicjatywy, jak warsztaty dla ojców czy grupy wsparcia, to jednak niewielu mężczyzn z nich korzysta. A przecież po urodzeniu dziecka ojcowie czują się tak samo samotni, jak matki. Ja też to czułem. I moi znajomi również. Ale siedzieliśmy cicho, przecież facet z drugim facetem nie gada o tym, że jest mu niełatwo, bo trzeba być twardym. Mamy to zakorzenione kulturowo. Na własnym przykładzie zaobserwowałem, jak mało faceci ze sobą rozmawiają. Od lat spotykałem się z moimi kumplami, żeby pograć na konsoli. Gdy wracałem do domu, Ula pytała, co tam u kogo słychać, a ja szczerze odpowiadałem: “Nie wiem”. To ona dopytywała: “Co w takim razie robiliście przez te sześć godzin?”. To ja na to: “Graliśmy w gry, piliśmy piwo i było bardzo fajnie”. Nie wierzyła, że w ogóle nie wymieniamy się informacjami. Więc podzieliłem się tym z kumplami. I okazało się, że ich żony też pytają, co u nas, i oni też nie wiedzą. Ustaliliśmy, trochę prześmiewczo, że podczas każdego takiego spotkania każdy z nas mówi jedno zdanie, żeby było co powiedzieć żonom. Np. “wczoraj bolała mnie noga, ale już mi przeszło.” “A mnie wkurzają moje dzieci, bo mam ich dosyć.” Robiliśmy taką rundkę, a z czasem ten prześmiewczy rytuał zaczął pełnić funkcję rozmowy. Teraz zdarza nam się, że nie gramy, tylko gadamy. Udaje nam się rozmawiać o wszystkim. Jednak to wymagało czasu. Znamy się dwadzieścia lat, ale rozmawiamy od dwóch.

Ula: Mam wrażenie, że źródłem większości problemów w związku, gdy pojawia się dziecko, jest fakt, że partnerzy przestają ze sobą rozmawiać. Nie ze złej woli, tylko właśnie braku czasu, sił.

Kacper: A jak rozmawiają, to rozmowa jest w kawałkach. Kiedy jesteś rodzicem, musisz mieć mnóstwo miejsca na pulpicie, na te setki niedokończonych rozmów. Zwykle po dwóch zdaniach musisz wstać i zająć się dzieckiem.

Ula: Do tego, często, na początku dzieci w jakimś sensie przesłaniają nam, kobietom cały świat, trochę się w nich zatapiamy. Takie zauroczenie i zaabsorbowanie pojawia się, bo uczymy się siebie nawzajem, ale dla partnera to może być trudne. Nagle kobieta nie łapie z nim nawet kontaktu wzrokowego tylko stale patrzy na dziecko przy piersi lub w jej ramionach.

Kacper: Wielu ojców mówi mi, że ich ojcowie byli bardziej „na dystans”. Oni sami próbują budować bliską relację, bywa to wyzwaniem, bo to często trochę jak wydeptywanie drogi w nieznanej dżungli. Niezależnie od swoich prób po drodze gdzieś czują, że gubi się ich relacja z partnerką, albo obraca się głównie wokół tematów związanych z dzieckiem.

W dodatku my też czasem wchodzimy w rolę ekspertki od dzieci i uważamy, że “same zrobimy lepiej”.

Ula: I nawet pani psycholog nie uniknęła tej pułapki (śmiech). Teoś urodził się trochę za wcześnie i był bardzo mały. Pamiętam dobrze jak Kacper przyszedł do nas, do szpitala i po raz pierwszy próbował go przebrać. Teoś zaczął płakać, a ja miałam natychmiast odruch, żeby wstać i ratować sytuację, bo przecież już cztery razy go przewinęłam w nocy, więc jestem ekspertką. Nie wiem, co mnie zatrzymało. Czy Kacpra stanowcze: “Daj mi spróbować”, czy jakiś przypływ rozsądku? Potem rozmawiałam z koleżankami, o tym że naprawdę warto się zatrzymać i pozwolić mężczyźnie robić coś po swojemu.

Mówiliście, że do rodzicielstwa nie da się przygotować. A jak dziecko już jest, to w ogóle nie ma czasu na obmyślanie strategii. Jedziemy na instynkcie i autopilocie. Jak z tego wybrnąć?

Kacper: Kilka rzeczy przed porodem na pewno można zrobić. Można pójść do dobrej szkoły rodzenia. Ja dowiedziałem się tam mnóstwo o małych dzieciach takich rzeczy, które mi się potem bardzo przydały. Pogadałem ze specjalistami, posłuchałem, jak sobie radzą inni rodzice. Ważne jest jednak przede wszystkim żeby rozmawiać, rozmawiać i jeszcze raz rozmawiać. Jeden z ojców na warsztacie opowiedział o tym, jak ważne dla niego i jego żony były rozmowy jeszcze przed pojawieniem się dziecka. Okazało się, że ponieważ wychowali się w zupełnie innych domach bardzo potrzebowali omówić, jak wyobrażają sobie wspólne życie z dzieckiem. Tematy takie jak wspólne spanie z dzieckiem, branie urlopu rodzicielskiego, karmienie piersią wywoływały wiele emocji i myśli, którymi mogli się zająć, zanim pojawiło się dziecko.

Bardzo dobrym przygotowaniem jest też pobycie w domu, gdzie są inne dzieci.

Ula: Nas z autopilota wytrącił fakt, że Teoś okazał się bardzo wrażliwym człowiekiem. Więc wszystkie wyobrażenia zostały zweryfikowane. Bo ten człowiek nie chciał być noszony przez innych, nie lubił jazdy samochodem. I trzeba było zrobić “STOP” albo ryzykować zderzenie ze ścianą. Zdążyliśmy się zatrzymać. Trzeba było wyjść poza schematy. Znaleźć nowy sposób na spędzanie świąt, wakacji. Zamiast objazdówek – siedzenie na działce i spędzanie czasu tak, żebyśmy i my na tym skorzystali. A kluczowe dla mnie zdanie, które powtarzam sobie w trudnych chwilach, brzmi: “To minie”. Kiedyś już nie będziesz go karmić piersią non stop, kiedyś wyjdzie z pieluch, kiedyś przestanie rozrzucać jedzenie.

Kacper: Kiedyś się wyprowadzi z domu, a my ruszymy w podróż dookoła świata (śmiech).

Zdjęcia: Aneta Zamielska