23.03.2019

Andrzej Cichocki – ojciec, który zmienia życie innych

Jego powołanie to pomoc ludziom, szczególnie tym, którzy potrzebują w życiu radykalnej zmiany. Z potrzeby serca został kapelanem więziennym. „Każdy z nas ma jakiś dar. Ja mam dar podnoszenia ludzi” – mówi Andrzej Cichocki, kapelan więzienny, coach, businessman i ojciec.

Pochodzi z małego miasteczka Rypin. Jego dzieciństwo i lata młodzieńcze były trudne, w dużej mierze naznaczone strachem przed awanturami ojca alkoholika, ucieczkami do domu babci, w którym też nadużywano alkoholu i toksycznymi opiniami lokalnej społeczności. „Mój ojciec jest alkoholikiem. Dzisiaj ma 72 lata i od 22 lat nie pije, ale wtedy pił i był agresywny. W domu panowała psychoza. Przeżyłem to, jak mój ojciec się wieszał, przeżyłem, jak bił swoich kolegów u nas w domu, przeżyłem ,,latające” z czwartego piętra kwiaty doniczkowe, rąbane siekierą meble, więzienie ojca i dużo więcej…” – opowiada Andrzej. Ale ma też z nim dobre wspomnienia. Chodzili razem na boisko, grali w piłkę, biegali, a w domu panował spokój. W takich momentach uważał, że ma najlepszego tatę na świecie. „Niestety te okresy trwały tylko tyle, ile działał esperal, czyli tak zwana wszywka. Kiedy lek przestawał działać, wszystko wracało.”

Jako młody chłopak uciekał od problemów w sport, który trzymał go w ryzach, dawał poczucie własnej wartości i pomógł w dalszym życiu. „Nie wpadłem w złe towarzystwo, bo od dziecka mówiłem sobie, że nigdy nie będę taki jak on. Chciałem innego życia i wierzyłem, że mogę dojść tam, dokąd chcę”. Andrzej chciał wszystkim pokazać, że nie jest taki jak ojciec, mimo że zdarzały mu się bójki z rówieśnikami. Osiągał w sporcie ogólnopolskie sukcesy i parł naprzód. Do szkoły średniej uczęszczał do innego miasta i robił wszystko, aby koszmar domu rodzinnego pozostał tajemnicą. „Kryłem to, nie chciałem, żeby ktokolwiek się dowiedział, że mój ojciec jest alkoholikiem i siedział w więzieniu. Wstydziłem się tego” – wspomina dzisiaj. 

Oprócz sportu w życiu Andrzeja liczył się Bóg. Wtedy, w dzieciństwie i młodości, modlił się co wieczór, klęcząc i prosząc o spokój. Dzisiaj mówi: „To, co wydawało mi się nieszczęściem czy też wyjątkowo trudnym dzieciństwem stało się moim błogosławieństwem. Dzięki temu wszystkiemu jestem tym, kim jestem”.

Zaczął pracować, żeby zarobić na studia prawnicze. Bardzo szybko piął się po szczeblach kariery zawodowej, by kilkanaście lat później być już członkiem zarządu w największych korporacjach na świecie. Nigdy nie przechodził z firmy do firmy na to samo stanowisko. Zawsze był to awans, zarówno rozwojowy, jak i finansowy. W tamtym okresie to również sport definiował kolejne etapy jego życia. Sport pokazał mu, że na sukces trzeba ciężko pracować i że nie zawsze się wygrywa. Nauczył go radzenia sobie z porażką i pokazał, że ciężko pracując można osiągnąć mistrzostwo. „To sport pozwolił mi uwierzyć we własne siły. Moja kariera zaczęła się w mojej głowie. Dawałem z siebie 120%.” W tamtym okresie Andrzej dowiedział się, że jego ojciec zabił człowieka. Postanowił o nim zapomnieć.

Podczas swojej drogi zawodowej nauczył się wiele o organizacjach, ludziach i o sobie. Popełniał błędy jako menedżer i jako człowiek. To wszystko miało wpływ na to, jak kształtował siebie jako lidera. Zrozumiał, że człowiek ma prawo do błędu, pod warunkiem, że wyciąga z niego wnioski, a nie go powtarza. „Droga na szczyt, jeżeli ma być trwała, powinna być świadomym wyborem, a nie dziełem przypadku. To ważne szczególnie wtedy, kiedy z tego szczytu spadasz. Jeśli wszedłeś tam przez przypadek, po upadku się nie podniesiesz. Kiedy wszedłeś tam świadomie, powtórzysz ten sukces.” Duże pieniądze i prestiż nie dały mu jednak poczucia szczęścia. Rozpadły się jego dwa związki, ponieważ nie potrafił ich budować. Uciekał w pracę, gdzie osiągał sukcesy zawodowe, a przy okazji miał wiele okazji do flirtowania i romansowania. „To właśnie będąc na szczycie zacząłem dojrzewać do tego, że nie o takie życie mi chodziło. Nie potrafiłem odnaleźć tego spokoju, który miałem w dzieciństwie. Zacząłem szukać Boga na nowo. Pamiętałem, że to właśnie jako dziecko spokój odnajdywałem w modlitwie.” Wiedział, że musi zmienić swoje życie. 

Andrzej odszedł z korporacji, otworzył swój biznes, odnalazł Boga i zaczął budować nową rodzinę. Zmiana nie była łatwa, ale czuł radość, spełnienie, ufność i wreszcie spokój. „Postanowiłem zbudować cudowną rodzinę i taką dzisiaj mam. Mam wyjątkową żonę i wyjątkowe dzieci. To właśnie te wartości mówią mi, dlaczego coś powinienem zrobić lub czego nie powinienem. Dają mi siłę, żeby wspiąć się jeszcze wyżej, bo wiem, że na tej drodze nie jestem sam. W naszym domu i naszej rodzinie obowiązują wartości chrześcijańskie, to one wskazują granice.”

Kiedyś przed świętami Bożego Narodzenia pastor w kościele, do którego chodził Andrzej spytał, czy jest ktoś chętny, żeby pójść do więzienia i rozdawać więźniom Biblię. Andrzej zgłosił się na ochotnika i, jak się okazało, poszedł tam z jeszcze jednym człowiekiem z kościoła i z byłym gangsterem. Kiedy stamtąd wychodził, wiedział, że będzie tam wracał. Wtedy, w Zakładzie Karnym na Białołęce w Warszawie, podjął decyzję, że będzie służył w więzieniach. Krótko potem w każdym tygodniu był w jednym lub dwóch więzieniach, a te wizyty stały się częścią jego życia. Skończył studia biblijne i został powołany na kapelana więziennego, czyli duszpasterza w danym środowisku. Od tamtej pory nazywa to swoją służbą. „Kiedy byłem tam pierwszy raz, na osadzonych patrzyłem jak na ludzi. Nie widziałem w nich bandytów. Wierzę w to, że każdy z nas rodzi się człowiekiem i dopiero później staje się prawnikiem, lekarzem, piłkarzem czy bandytą. A skoro tak jest, to każdy może wrócić do człowieczeństwa. Oczywiście nie każdy chce, ale każdy może.” Andrzej pragnął pomagać tym, którzy chcą. 

Jego służba ma przygotować ludzi do zmiany, do życia na wolności w taki sposób, żeby już nie wracali do więzień. Ten proces zaczyna się w zakładzie karnym. W spotkaniach grupowych i indywidualnych rozmawiają o Bogu, życiu i o wszystkim, co doprowadziło ich do miejsca, w którym są. „To praca na pełnym zaufaniu i szczerości. Inaczej się nie da. Tylko tak można odbudować ich poczucie wartości” – mówi kapelan, który podczas tych spotkań zachęca więźniów do tego, żeby zaczęli swoje życie na nowo z Bogiem. Oni, słysząc o życiu Andrzeja lub kogoś innego, kto mu w tych wizytach towarzyszy, a kto też przeszedł trudną życiową drogę, zaczynają wierzyć, że zmiana ich życia jest możliwa. Do więzień chodził z Andrzejem jego tata, który zmienił swoje życie właśnie w więzieniu. Tam się nawrócił i przestał pić, a po wyjściu na wolność pomagał i nadal pomaga innym alkoholikom w wychodzeniu z uzależnienia. „Moja próba zobojętnienia się na ojca nie powiodła się. Nie dawałem mu żadnych szans. Byłem przekonany, że znowu zacznie pić i wróci tam ponownie. Nie wrócił i zaczął pomagać innym ludziom wychodzić z nałogu. Dzisiaj mogę powiedzieć, że jestem dumny z tego, jak zmienił swoje życie. Kocham go, a on mnie. Na wiele spraw mamy inne spojrzenie i inne zdanie, ale wiemy, że możemy na siebie liczyć”. Andrzejowi w jego służbie towarzyszą również byli więźniowie, obecnie już wolni ludzie, którzy zmienili swoje życie. „Z mojej perspektywy najważniejsza jest obudzona wiara, że można żyć inaczej. Ci, którzy decydują się zaufać Bogu, zmianę wdrażają na stałe” – podsumowuje kapelan.

Wyjście na wolność nie oznacza jednak końca spotkań. Andrzej i jego rodzina często podejmują byłych więźniów u siebie w domu, zapraszają na święta, spotykają się z nimi w kościele, bo celem jest normalne życie. „Wiem, że jeżeli powiesz ,,A”, to powinieneś też powiedzieć ,,B”. W moim przypadku często tym ,,B” jest właśnie pomoc im na wolności. To bardzo ważne, zarówno dla nich, jak i dla mnie. Oczywiście często padają pytania do mnie czy mojej żony, czy się nie obawiamy podejmując ,,bandziorów” w naszym domu. I dlaczego to robimy. Odpowiedź jest bardzo prosta – wierzymy w zmianę i chcemy w niej uczestniczyć”. Emocjonalnym punktem zwrotnym w służbie Andrzeja jest moment chrztu byłych więźniów, którego sam im udziela. Ochrzcił też swojego ojca.

Na pytanie, co jemu osobiście dają te spotkania, zarówno w więzieniach, jak i w „normalnym” świecie, Andrzej odpowiada: „Radość i poczucie przydatności. To kawałek mojego życia. To cudowne, kiedy możesz iść z kimś drogą, na której kiedyś były tylko wyrwy, przeszkody i smutek, a teraz jest radość np. z pojednania się z synem czy odbudowania rodziny. Kiedy ktoś, kto wcześniej spędził 20 lat w więzieniu wychodzi, a ty spotykasz się z nim po dwóch latach i on dalej jest na wolności i żyje w trzeźwości. Te spotkania dają mi siłę i wiarę, że nie ma takiego bagna, z którego nie można wyjść. Dają mi również ogromną wiedzę, którą wykorzystuję podczas moich szkoleń, wystąpień czy pracy podczas indywidualnych spotkań z klientami. Dają mi wiarę w innego człowieka, zwykle większą niż jego wiara w samego siebie”.

Już wkrótce Andrzej zacznie odwiedzać więzienia w USA, gdzie przebywa obecnie z rodziną. Buduje tam biznes, polegający na pracy doradczej. Do tej pory, z 20-letnim doświadczeniem zawodowym prowadził szkolenia oraz występował jako mówca motywacyjny i ekspert na wielu eventach w Polsce i poza jej granicami. „Moim celem jest zbudować ludzi po to, żeby byli samodzielni i osiągali swoje sukcesy”. W USA zaczyna właśnie swój program w radio i telewizji.

Sam o sobie mówi, że jest wymagającym ojcem, który swoje córki i synów kocha tak samo mocno, choć każdego inaczej, bo u każdego z nich coś innego go fascynuje. „Dzieci powiedziałyby pewnie, że jestem upierdliwy” (śmiech). Z doświadczenia wie, że od ilości czasu spędzanego z dziećmi jeszcze ważniejsza jest jakość tego czasu. Jego zdaniem dziecko powinno mieć poczucie, że czas, który rodzic dedykuje właśnie jemu, jest rzeczywiście dla niego. „Z najstarszym synem, Michałem, wspólny czas spędzamy rozmawiając o naszych planach. Robimy to tylko we dwóch. Z córką Natalią chodzimy na siłownię. Młodsza córka Julia uwielbia, kiedy ma konkursy taneczne i wie, że oglądamy to, będąc na widowni. Z najmłodszym synem mam tzw. czas na film. Tylko on, ja, coś do picia i jakieś przekąski”. W wychowaniu dzieci z perspektywy Andrzeja najważniejsze jest wzajemne zaufanie do siebie. Pozwala ono być blisko siebie i rozmawiać nawet o najtrudniejszych tematach. „Jeżeli moje dziecko nie zaufa mi, to zaufa komuś innemu. To my, rodzice, jesteśmy tymi, którzy odpowiadają za wychowanie dzieci. Nie szkoła, nie kościół, nie koła zainteresowań. My, to nasza odpowiedzialność. Fundamentem dobrego wychowania są: miłość, zaufanie i system wartości”. Dodaje też radę dla młodych ojców, którzy są na początku swojej drogi i próbują odnaleźć się we wszystkich swoich rolach: „To dopiero początek, młody tato. Prawdziwa jazda zaczyna się, kiedy dziecko zaczyna być nastolatkiem do jego 17.–18. roku życia. W tym czasie trzeba kochać i zażywać coś na uspokojenie”.

Na sam koniec Andrzej Cichocki dodaje: „Moje życie zbudowane jest na bardzo mocnym fundamencie i trzech mocnych filarach. Tym fundamentem jest Bóg, a filarami są: moja rodzina, moja służba i mój biznes.” W takiej właśnie kolejności. 

Zdjęcia: Archiwum prywatne