04.05.2018

Z dziećmi na koniec świata

Na spotkanie z Natalią Sitarską i Łukaszem Smolińskim, czyli z założycielami kulinarno-podróżniczego bloga Tasteaway, nie było łatwo się umówić. W zeszłym roku spędzili w trasie 160 dni. Odwiedzili m.in. Japonię, przejechali Skandynawię kamperem, zaliczając koło podbiegunowe, a także po raz kolejny zrobili wypad do mekki azjatyckich smaków, czyli Tajlandii. W tym roku ich kalendarz podróżniczy zapowiada się podobnie. W końcu udało mi się ich złapać tuż po powrocie z Australii, dokąd wyjątkowo udali się bez 1,5 rocznej Jagody i 7-letniego Maksa. Opowiedzieli mi, dlaczego zaczęli częściej jeździć po świecie, gdy pojawił się na świecie ich syn, skąd wziął się pomysł na bloga i dlaczego ich dzieci nie histeryzują w samolotach.

Chyba każdy bloger dobrze pamięta moment, w którym jego wpisy przestają czytać jedynie bliscy, a zaczyna szersza grupa użytkowników. W przypadku Tasteaway sprawa jest prosta. Był to koniec sierpnia 2014 roku, 32 urodziny Łukasza. Właśnie wtedy początkujący wówczas bloger zaprosił do jednej z modnych warszawskich restauracji całą swoją rodzinę. Miało być przyjemnie i smacznie. Okazało się inaczej, co Łukasz i Natalia skrupulatnie opisali na swoim blogu. Ich post szybko się rozprzestrzenił w sieci docierając do ponad 100 tysięcy internautów, co było dużym sukcesem, zwłaszcza, że w tamtym czasie Tasteaway czytało ok. 10-15 tysięcy osób miesięcznie. Na popularność wpisu zadziałała nie tylko krytyka, którą ludzie lubią zazwyczaj czytać, bardziej niż pozytywne opinie, ale również znane nazwisko właściciela opisanej restauracji. „Zaczęliśmy rozumieć jak to wszystko działa i co interesuje odbiorców. Nie oznacza to jednak, że postanowiliśmy pisać tylko negatywne recenzje o miejscach, które odwiedzamy. To po prostu nie jest w naszym stylu” – wspomina Łukasz. Jaki jest więc ich styl? Na pewno bezpośredni. Łukasz i Natalia piszą szczerze to, co myślą i dlatego, na ich posty czeka dzisiaj prawie 200 tysięcy osób miesięcznie. Wśród nich jest spora grupa rodziców z dziećmi, którzy inspirują się podróżami Łukasza, Natalii, Maksa i Jagody. „Czasami zdarza się, że na lotniskach podchodzą do nas Polacy i dziękują za nasze posty, bo dzięki rekomendacjom odważyli się na przykład pojechać z niemowlakiem na drugi koniec świata”- zdradzają.

Znakiem rozpoznawczym tego podróżniczego duetu jest dwójka dzieciaków, które zabierają ze sobą praktycznie wszędzie. Łukasz i Natalia zawsze lubili podróżować i poznawać ciekawe zakątki świata, jednak paradoksalnie zaczęli więcej jeździć, kiedy w 2011 roku pojawił się na świecie Maks. Wtedy też powstał blog. Łukasz był wtedy współwłaścicielem agencji reklamowej, a Natalia, z zawodu socjolog i badacz marketingowy,  przebywała na urlopie macierzyńskim. Mniej więcej  dwa i pół miesiąca po narodzinach Maksa, we troje udali się w podróż po Europie. „Było dosyć intensywnie, ponieważ pojechaliśmy  z małym dzieckiem. Zrobiliśmy mniej więcej 10 tys. km. samochodem. W czasie tego wypadu stwierdziliśmy, że tyle fajnych miejsc odwiedziliśmy, więc dobrze byłoby to gdzieś zapisywać. Nie myśleliśmy wtedy o blogu, jak o projekcie biznesowym, ponieważ chodziło nam bardziej o posiadanie pamiątki z podróży, czy podzielenie się ze znajomymi wrażeniami i adresami fajnych restauracji, niż o zarabianie pieniędzy” – przyznał Łukasz. 

Pierwszy wpis na blogu, który nie nazywał się wtedy jeszcze Tasteaway, a Widelcem przez świat, powstał w październiku 2011 roku. „To była zapowiedź tego, o czym chcieliśmy pisać, czyli o podróżach i jedzeniu” – dodała Natalia. Dlaczego akurat o tym? Już wtedy kochali zwiedzanie i ciekawe smaki. W 2009 robili zdjęcia jedzeniu, zanim stało się to modne. Ale Łukaszowi chodziło o coś jeszcze. „Jako nastolatek trafiłem do prestiżowego, warszawskiego liceum, do którego uczęszczało sporo osób z zamożnych rodzin. Ich rodzice byli dyrektorami dużych firm, prowadzili własne biznesy. Ja pochodziłem ze skromniejszej rodziny i zdarzało się, że nie mogłem pojechać na wycieczkę szkolną, bo rodzice nie mieli na to pieniędzy. Mając takie doświadczenia, tkwiła we mnie potrzeba dojścia do wszystkiego samemu. Chciałem, aby było mnie stać na to, na co kiedyś nie było stać moich rodziców. W pewnym sensie próbowałem zrekompensować sobie tamten czas” – przyznał Łukasz.

Dzisiaj wyjazdy są dla niego i Natalii częścią codzienności pomimo, że życie zawodowe mocno wiąże ich z Warszawą, zwłaszcza poprzez cukiernię DESEO Patisserie & Chocolaterie, którą prowadzą. Nie chcieli być także jednymi z tych rodziców, którzy po założeniu rodziny, zaczęli sobie dawkować przyjemności. „Z naszych obserwacji wynika, że wielu młodych ludzi z małymi dziećmi, przeszło na drugą stronę mocy. Nie mogą już robić tego, czy tamtego, tylko dlatego, że ich Jaś, czy Zuzia ma swój rytm dnia. To zupełnie nie nasz klimat. Nasze dzieci przyszły do naszego życia i uczymy je, by lubiły to, co my” – podsumowała Natalia.  W zeszłym roku spędzili 160 dni w podróży i praktycznie wszędzie zabierali ze sobą roczną Jagodę i 7-letniego Maksa. I nigdy nie żałowali, że nie pojechali wypocząć na rajską wyspę tylko we dwójkę, bez „ogonów”.  „Różni ludzie mają różne filozofie życiowe. My zabieramy ze sobą dzieci, tylko tak planujemy całą podróż, żebyśmy wszyscy mieli odpowiednie atrakcje” – twierdzi Łukasz. „Mamy patent na wyjazdy rodzinne. Często podróżujemy z innymi parami z dziećmi w podobnym wieku, co nasze. W zeszłym roku pojechaliśmy na trzy tygodnie do Japonii. Kilkumiesięczna Jagoda większość czasu przesypiała w wózku. Maks miał za to koleżankę rówieśniczkę, z którą cały czas się bawił, więc można powiedzieć, że mieliśmy dziecko z głowy”- śmiała się Natalia. 

Podobnie było pod kołem podbiegunowym, gdzie udali się w grupie liczącej czterech dorosłych i piątkę dzieci. „Maks wstawał wcześnie rano, zjadał pośpiesznie śniadanie, potem biegł się bawić i meldował się z powrotem o godzinie 23. Padał w pięć minut” – wspominają.

Póki co żadna z ich wspólnych podróży z dziećmi nie zakończyła się długim pobytem w szpitalu, chorobą tropikalną, czy fatalnym urazem, z którym muszą się zmagać do dzisiaj. Oczywiście na początku ich rodzice i bliscy przestrzegali ich przed dalekimi wyprawami w nieznane, próbując ostrzec ich przez potencjalnym niebezpieczeństwem. Dzisiaj już nie komentują ich wyborów, ani wypadów na inny kontynent. Widzą w końcu, że nic złego się nie dzieje. „W sumie tylko raz się zdarzyło, że w trakcie wyjazdu musieliśmy odwiedzić z Maksem szpital. To było w Stambule. Maks dostał zapalenia ucha. Zadzwoniliśmy do recepcji, by powiedzieć jaka jest sytuacja i dowiedzieć się, gdzie możemy udać się do lekarza. W ciągu kilku minut zorganizowano nam wizytę w pobliskim szpitalu. To była zabawna historia, ponieważ do lekarza poszła z nami pani z recepcji, menedżer i ochroniarz. Wszyscy chcieli nam pomóc, chociażby w tłumaczeniu rozmowy podczas badania. Na miejscu okazało się jednak, że lekarz świetnie posługiwał się językiem angielskim, a szpital spełniał wszelkie europejskie normy” – wspominał Łukasz. Druga „mrożąca krew w żyłach” historia wydarzyła się podczas ich pierwszego wspólnego bardziej egzotycznego wypadu do Meksyku. „Pod koniec pobytu nie zasłoniliśmy łóżeczka Maksa moskitierą. Nasza czujność została uśpiona, ponieważ przez cały wyjazd nie widzieliśmy żadnych insektów. Niestety rano, jak się obudziliśmy, zauważyliśmy, że Maks miał chyba z pięćdziesiąt ukąszeń komarów na twarzy. Od razu pojechaliśmy do lokalnej przychodni prywatnej. Tam również spotkaliśmy się z profesjonalną obsługą” – zdradziła Natalia.

Choroby podczas wakacyjnych wyjazdów nie są jednak jedynymi bolączkami młodych rodziców, którzy dla bezpieczeństwa wolą siedzieć z dzieckiem na działce niż wyjeżdżać gdzieś dalej. Na internetowych forach można natknąć się na spanikowane mamy i przerażonych tatusiów, którzy straszą się wzajemnie opowieściami o histeriach na pokładach samolotów. Natalia i Łukasz mają niewiele do powiedzenia w tej kwestii, ponieważ Jagoda i Maks nie zrobili w samolocie niczego takiego, co mogłoby się później stać rodzinną anegdotką. Grzecznie znoszą wielogodzinne podróże. Może raz zdarzyło się, że jedno z nich płakało przez piętnaście minut, ale to by było na tyle. „Jeśli dziecko widzi, że rodzice są spokojni i nikt nie stwarza presji, to dlaczego ono miałoby wpadać w histerię?” – uważa Łukasz. Poza tym jak przystało na wyluzowanych rodziców, nigdy nie mieli oporów przed puszczaniem dziecka na wycieczki po pokładzie samolotu. W końcu, jak sami żartują, nigdzie się nie zgubi. I trudno się z nimi nie zgodzić.

Patrząc na bloga Natalii i Łukasza można odnieść wrażenie, że zwiedzili już połowę świata. Na liście państw, do których dotarli można znaleźć europejskie kurorty we Włoszech, czy Francji, ale także bardziej egzotyczne miejsca, jak Birma, czy Makau. Szczególne miejsce w ich sercach zajmuje Azja południowo wschodnia. Jeżdżą tam przede wszystkim po obłędne jedzenie i widoki. „Za każdym razem, gdy wracamy z Azji obiecujemy sobie, że może teraz pojedziemy gdzie indziej, na przykład do USA. Nigdy tam  jeszcze nie byliśmy. Jednak, gdy zaczynamy planować kolejną wyprawę, to znowu kupujemy bilety do Tajlandii, czy na Sri Lankę”- zgodnie przyznają. Może jednak przez jedną z ostatnich wypraw zrobią sobie przerwę od Dalekiego Wschodu i zdecydują się na inny kierunek. Na początku 2018 roku wybrali się w ponad 40-dniową podróż, podczas której odwiedzili m.in. południowy Wietnam. Wcześniej odwiedzili północną część  tego kraju, skąd mają magiczne wspomnienia. Tym razem postanowili zobaczyć południe. No i spotkało ich małe rozczarowanie. Nie dopisała im pogoda. Jedzenie było nieporównywalnie gorsze od tego, jakie można spróbować w prawdziwych wietnamskich knajpach w Polsce. Na plaży pogryzły ich muszki piaskowe, a ludzie okazali się zdecydowanie mniej sympatyczni niż w  Tajlandii czy na Tajwanie. „Często stykaliśmy się z cwaniactwem, a Wietnamczycy nie byli przyjacielsko nastawieni. Chcieli wyciągać pieniądze, jednocześnie oferując towar bardzo niskiej jakości. Wyszli z założenia, że skoro już pewnie nigdy nas nie spotkają, to mogą wcisnąć nam byle co” – przyznał Łukasz. W Wietnamie również utrudnione było podróżowanie z dziećmi. „Lubimy wolność i swobodę, dlatego gdziekolwiek jesteśmy staramy się wynająć samochód. W Wietnamie nie można od tak tego zrobić, chyba że wynajmuje się samochód z kierowcą. Zanim podpisze się umowę z firmą, trzeba przedstawić dokładną trasę przejazdu, co oznacza, że nie ma możliwości, by nagle gdzieś zboczyć i odkryć coś nowego” – dodali.

Coś nowego odkryją jednak podczas podróży zapewne jeszcze nie raz, ponieważ na liście miejsc niezdobytych wciąż widnieje kilka pozycji. Jest to m.in. Ameryka Północna i Południowa, Afryka, Kaukaz, a także państwa takie jak Kirgistan, czy Iran. „To bardzo interesujące zakątki, które na 100 procent zobaczymy” – uważają. I aż czasami trudno uwierzyć, że to wszystko planują, prowadząc w Warszawie trzy firmy, pisząc bloga, ogarniając dom i dwójkę dzieciaków, które bez wątpienia już teraz mogą się czuć jak obywatele świata. 

Zdjęcia: Tasteaway