01.08.2018

Wielofunkcyjna Mama i jej podróżnicza rodzinna pasja. Poznajcie Oplotkę

CzworoNas – tak brzmi nazwa ich konta na Instagramie, na którym rodzina Karoliny zaraża pozytywną energią. Karolina i Jacek podróżują po najbardziej egzotycznych zakątkach świata, a w tych niezwykłych wyprawach towarzyszą im dwie córeczki: Julka oraz Zosia. Czas pomiędzy podróżami dzielą na pracę i wychowywanie dzieci. Karolina tworzy wielofunkcyjną biżuterię, bo sama jest wielofunkcyjną Mamą.

Swoich podróży wyczekują z utęsknieniem. Wracając z jednej, planują kolejną. To dla nich jak powietrze. Żeby żyć w pełni świadomie potrzebują zwiedzać świat, chociaż raczej go chłoną niż przemierzają. Jedzą to co lokalni mieszkańcy, spędzają czas z miejscowymi, bo tylko w ten sposób podróż ma dla nich sens. Chcecie wiedzieć jak to robią, że z jednym plecakiem przemierzają we czwórkę odległe kraje?

PODRÓŻE

Do perfekcji opanowaliśmy pakowanie dużego plecaka na podróż – mówi z uśmiechem Karolina. Jednego dla naszej czwórki ze wszystkim, co wydaje nam się w podróż konieczne, a drugiego na nasz aparat i wymienne obiektywy. Zdjęcia są dla nas tak ważne, że potrafimy zatrzymać się tylko po to, aby szybko dopasować obiektyw i złapać chwilę. To nasze wspomnienia, magiczne chwile, które dzięki temu zostają z nami na długo – dodaje. Fotografie mają za zadanie nie tylko uwieczniać piękne widoki, ale przede wszystkim być pamiątką dla dziewczynek. Karolina tłumaczy, że są teraz tak małe, że pomimo wielu przeżyć i emocji mogą nie pamiętać wszystkiego, co widziały i gdzie były. Zdjęcia będą dla nich swego rodzaju przewodnikiem po wspomnieniach. A wspominać będą mogły godzinami. – Podczas jednej z naszych podróży do Tajlandii mieszkaliśmy w parku narodowym w środku dżungli, gdzie mieliśmy okazję poznać pewnego Pana. Podczas wszystkich naszych wspólnych wypraw ani na chwilę nie wyciągnął aparatu… Wiecie dlaczego? Po prostu go nie miał. Opowiedział nam, że każdą chwilę chce przeżywać tu i teraz. Na wszystko chce patrzeć własnymi oczyma, a nie przez pryzmat okienka w aparacie. Szczerze mówiąc, od tego momentu zaczęłam się nad tym zastanawiać. Patrząc jednak na to, jak ulotna jest nasza pamięć i ile rzeczy zaprząta ją na co dzień, uznałam, że u nas to by się nie sprawdziło. Kocham zdjęcia z naszych podróży. Jeśli tego nie zakodujemy to wiem, że za kilka lat nam to umknie. Mój mąż jest pasjonatem fotografii, więc to dodatkowo na nas działa – dodaje Karolina. Nie dziwi mnie to, bo z dziećmi zwiedzili między innymi Kubę i Wietnam. Trudno nie robić zdjęć w tak pięknych i odmiennych zakątkach świata. Plecak rodzinny, plecak ze sprzętem, a do tego przydałyby się jeszcze wolne ręce, by pchać wózek z młodszą córeczką lub w razie potrzeby wziąć na ręce starszą. I w drogę.

Pytam jaki był najtrudniejszy moment podróżowania z dziewczynkami, na co Karolina odpowiada – Najtrudniejszy był moment, gdy młodsza córka miała pół roczku, a starsza około trzech a wybieraliśmy się do Wietnamu. Musiałam wtedy spakować wszystko, co potencjalnie może przydać się przy tak małym dziecku. Począwszy od słoiczków z jedzeniem po pampersy. W końcu nie wiedzieliśmy, co nas tam zastanie, czy dzieci będą mogły tam coś zjeść. Pół roczku to za wcześnie, aby żywić dziecko lokalnym jedzeniem. Ta wyprawa kosztowała nas trochę stresu. Później wiedzieliśmy, że będzie już tylko z górki – mówi z zadowoleniem Karolina. Każda podróż była dla nich wyzwaniem, bo obawiali się jak dziewczynki zniosą na przykład wielogodzinną podróż samolotem. Teraz widzą, że ich lęki często były wyolbrzymione. Ponadto im córeczki są starsze, tym lepiej znoszą podróże, co daje Karolinie i Jackowi duży komfort planowania kolejnych wypraw. – Gdy wracamy z jednej, już myślimy o kolejnej.

Wyzwaniem w podróży z tak małymi dziećmi jest na pewno kwestia wyżywienia. Chociaż teraz nie ma z tym większego problemu, bo cała czwórka podczas pobytu w danym kraju je to, czym żywią się miejscowi.

Jak to w życiu, nie zawsze jest kolorowo – przyznaje Karolina. Uświadomiłam sobie, że im bardziej ja sama pozwalam sobie na dystans, tym więcej spokoju i luzu jest w dziewczynkach. Na co dzień staramy się nie otaczać zbędnymi przedmiotami i stosem zabawek, dlatego też jadąc w podróż nie brakuje im tego. Nie zabieramy ze sobą całego majdanu. Staramy się, aby kreatywnie potrafiły spędzać czas, bawić tym, co napotkamy. Czasami są to po prostu puste butelki z kamyczkami. To wszystko brzmi tak prosto. Ale często bywa tak, że dzieci potrzebują swoich ulubionych przedmiotów w miejscach innych niż ich dobrze znany teren, czyli dom, aby tę namiastkę codzienności mieć przy sobie w podróży. Stwarza im to pewnego rodzaju poczucie bezpieczeństwa. Jak radzą sobie z tym Oni? – Nasze dzieci oczywiście mają swoje skarby, dostają sporo zabawek na urodziny czy święta, ale to nie jest wszystko. Staramy dać im jak najwięcej naszego czasu. Robimy razem różne rzeczy, począwszy od wspólnych spacerów po aktywne spędzanie czasu w Warszawie. Wtedy, będąc na wyjeździe, one nie czują się ograniczone, bo nie mają rzeczy do zabawy, ani też pozbawione czegokolwiek, bo mają nas. Mamy siebie. I to jest dobry trop. – Im nie są potrzebne zabawki, im jest potrzebna Mama, która wieczorem je przytuli, opowie bajkę i to, żeby rodzina była w komplecie. Znacznie ważniejsze jest to, kto jest z nami, niż to, co zabraliśmy w podróż. Karolina potwierdza, że najważniejsze są codzienne rytuały. A im więcej wspólnych spraw połączy nas z dziećmi, gdy są małe, tym mocniejsza więź zostanie na przyszłość. Przychodzi taki moment, że dzieci rosną a wtedy potrzebują nas nieco mniej. Żeby nie było, że totalnie obeszli się bez czasoumilaczy, Karolina przyznaje, że dziewczynki zawsze zabierają swoje ulubione maskotki Stefana i Henia, do tego mają zgranych mnóstwo audiobooków z słuchowiskami dla dzieci. Zarówno Julka, jak i Zosia uwielbiają ich słuchać, więc włączają je dziewczynkom. Podobnie z zapachami, zawsze starają się, aby jakiś zapach, który towarzyszy im w domu był obecny także w podróży. – To może wydawać się drobiazg, ale przynosi fajne efekty.

Pomyślicie: „Ok, ale co z przygotowaniem medycznym?” – Owszem jest. Karolina żartuje, że Jacek jest niepoprawnym optymistą i zakłada z góry, że nic się nie wydarzy, ale razem mają świadomość, co może się przydać. Ich apteczka jest niewielka, ale są przygotowani na różne ewentualności. Nie znajdziesz tam aspiratora do nosa w razie kataru, ale uniwersalne produkty, które w razie konieczności mogą bezpiecznie podać dzieciom. – Są to takie produkty, które każdy rozsądny rodzic zabierze w podróż. Nie oszukujmy się, w każdym miejscu na ziemi dalej czy bliżej znajduje się placówka medyczna, która w razie konieczności udziela pomocy.

Jak na odmienność kultur i ludzi reagują Zosia i Julka? I jak na nich reagują lokalni mieszkańcy? To także mnie zastanawiało. Jak się okazuje, ważną rolę w odczuciu Karoliny odgrywa pryzmat religii. W Azji w większości ludzi wyznaje buddyzm. To widać i to czuć. Azjaci są niezwykle cierpliwi, serdeczni i ciepli. Ta wiara wpływa na nich, chcą pomagać, mimo że także chcą na tej turystyce zarobić, to nie jest to nachalne i nadrzędne. Poza tym dla Azjatów słowiański typ urody, który niewątpliwie posiadają Karolina, Jacek i dziewczynki, jest tak samo egzotyczny, jak dla polskiej rodziny wygląd mieszkańców poznawanego kontynentu. – Dziewczynki są blondynkami z niebieskimi oczami, więc robią tam furorę. Nie mają też problemu, aby spędzać czas z dziećmi z Azji, aby wspólnie się bawić i poznawać. Dzięki tym podróżom są bardziej otwarte. Odmienny język czy kolor skóry nie robią na nich wrażenia. Będąc na Malediwach, wybraliśmy wyspę zamieszkałą przez lokalnych ludzi z dala od pięknych hoteli z broszurek. Tam moja starsza córka poznała pewną dziewczynkę, z którą nie umiała się dogadać, a bardzo chciała. Po powrocie do domu powiedziała nam, że koniecznie na następny raz musi się nauczyć tego języka. To była dla niej motywacja, a dla nas chwila ogromnego wzruszenia. Mogła przecież się zbuntować i powiedzieć, że nie chce nigdzie jeździć, bo nie potrafi się porozumieć. A tutaj poszła w zupełnie inna stronę. To chwile, dla których wiem, że warto podróżować z dziećmi.

Bardzo pomaga im to, że Karolina i Jacek dbają o to, aby córki nie robiły sobie w głowie ograniczeń. – Dobra energia zawsze do Ciebie wraca.

Jak być mile widzianym turystą? Na to ta czwórka także ma swoje sposoby. Zawsze starają się nauczyć kilku zwrotów w języku, który obowiązuje w danym państwie. – Uważamy, że to ukłon w stronę mieszkańców. Wyraz szacunku. Nie każdy musi znać angielski, a gdy usłyszy, że zadałeś sobie trud, aby się z nim porozumieć, od razu obdaruje cię uśmiechem. Mimo, że angielski króluje na świecie, okazuje się, że są miejsca, gdzie w tym języku nie da się porozumieć. – Największym zaskoczeniem pod tym względem była dla nas Kuba. Mieliśmy spory problem, bo jak się okazało tylko nieliczni znają tam angielski, a w większości ludzie mówią po hiszpańsku. Ani ja, ani Jacek nie znamy tego języka. Być może jest to znak, żeby się go nauczyć. Ten kierunek okazał się dla całej czwórki sporym wyzwaniem. – Ten kraj był dla nas trudnym miejscem, zarówno pod względem komunikacji, jak i pod kątem jedzenia. Znajomi mówili nam, że tam raz nie ma Internetu, dwa – nie ma, co jeść. Myślałam sobie: bez przesady przecież wszędzie jest co jeść. A tu zaskoczenie. Wchodziliśmy do sklepów i okazywało się, że na półkach są tylko pomidory w puszce, ocet i jakaś niewiadoma mielonka. Próbowaliśmy ulicznego jedzenia, które dla porównania, w Azji zawsze jest dostępne i jest dobre, tutaj było naprawdę niezjadliwe. Lokalni ludzie byli jacyś… roszczeniowi. Do tego komunikacja. Horrendalnie drogie taksówki, brak możliwości wypożyczenia na przykład skutera. Przetrwaliśmy, ale nie było łatwo. Czuliśmy się zawiedzeni. Oczywiście muzyka, klimat, krajobrazy i miejsce samo w sobie przepiękne, ale turystycznie z dziećmi trudny kierunek. Tutaj zrodził się w Karolinie i Jacku dylemat, czy dać tej części świata jeszcze szansę, czy podróżować już tylko w kierunku Azji, która zawsze daje możliwość poczucia miejsca całym sobą. Przemyślą, ale chyba z taką żyłką do podróżowania zaryzykują. Choćby we dwoje.

DOM

Dziewczynki lubią wracać do domu. Obie pochodzą z Warszawy mają tutaj dziadków, rodzinę, przyjaciół. Gdy wracają do domu ich życie wraca na znany tor: przedszkole, praca i tajemnicze miejsce na poddaszu ich mieszkania, w którym Karolina oddaje się swojej pasji. Ręcznie wykonuje wielofunkcyjną biżuterię, która odzwierciedla to, co Karolina ma w duszy. Ziemię, podróże, wszechstronność, delikatność i dbałość o detal. Biżuteria wielofunkcyjna, ponieważ można ją nosić na wiele sposobów. Bransoletkę, którą w zależności od potrzeby można założyć na rękę, kostkę lub wpleść we włosy. Do tego nazwa – OPLOTKA. Zabawne, ale pomyślałam, że właśnie taka jest Karolina. Oplata Cię swoją pozytywną energią, pasją z jaką opowiada, historiami. Wszystko zdaje się tutaj ze sobą współgrać. – Moje pasja stała się moją pracą. Każdą rzecz z kolekcji wykonuje ręcznie sama. Z dbałością o detale. Moje klientki wiedzą, że czasami muszą poczekać na swoją wymarzoną Oplotkę nieco dłużej, bo akurat wyjeżdżamy. Ja z kolei staram się dać im wyjątkowy produkt, który zostanie z nimi na lata.

Pomysł na własny biznes przyszedł naturalnie. – Pracowałam w agencji reklamowej, ale w wolnym czasie lubiłam robić biżuterię. Początkowo była ona zupełnie inna, niż ta którą teraz zastaniecie na stronie Karoliny. Kilka lat temu Karolina była kolorowym ptakiem. Ubierała się w jaskrawe ubrania. Zaczęła tworzyć sobie bransoletki i zakładała je do pracy lub na spotkania. Szybko wpadły one w oko znajomym, którzy zapragnęli mieć takie same. Później Karolina przeszła metamorfozę swojego stylu, a wraz za nią zmieniła się OPLOTKA. Teraz jest dokładnie w takim miejscu w jakim chciałaby być. Od podstaw na poważnie zaczęła rozbudowywać swoje działania. Dzięki doświadczeniom jakie zdobyła pracując w agencji i wsparciu Jacka udaje jej się samej prowadzić swój biznes. Nie wyobraża sobie, aby ktoś inny zajmował się jej sprawami. – Jestem tutaj dla moich klientek, dla kobiet, które chcą mieć swoją własną Oplotkę. Czy ktoś napiszę do mnie na Instagramie, czy poprzez stronę, czy zadzwoni, zawsze po drugiej stronie spotka mnie, Karolinę. Ja chętnie doradzę, szczerze powiem ile należy poczekać na realizacje zamówienia, spakuje ją i wyślę. Jeśli komuś bardzo zależy, bo chce na przykład sprawić komuś prezent, to ja to zrobię. Moim szczęściem jest mój mąż, który dał mi w tym ogromne wsparcie. To nie jest typ faceta, który przyjdzie po pracy i usiądzie na kanapie. Pomagamy sobie na każdej płaszczyźnie. On wykąpie dziewczynki, poczyta im na dobranoc. Mam ten komfort. Bardzo mi kibicuje, chwali, a to z kolei dodaje mi energii do działania.

Podróże, wychowywanie dzieci oraz obowiązki, z którymi każda z nas zmaga się codziennie wymagają dobrej organizacji czasu, ale i balansu. – Nie będę ukrywała, że wyjeżdżamy także razem tylko we dwoje. Ja i Jacek. Wychodzę z założenia, że aby w naszym życiu wszystko dobrze funkcjonowało, potrzebny jest balans. To jak nasza rodzina wygląda, i nie mówię tu tylko o naszej rodzinie, ale ogólnie, to równowaga pomiędzy rolami, jakie odgrywamy. Mam na myśli to, że jestem mamą, mam swój biznes, ale jestem też żoną i kobietą. Jacek też ma swoje obowiązki. Do tego są dzieci. Pomimo tego chciałabym, żeby nasza małżeńska relacja była super. Nigdy nie zapominam o sobie samej. Nie chodzi tutaj o czysty egoizm, ale o to, żebyśmy my, jako kobiety czuły się ze sobą dobrze. Wtedy będziemy bardziej efektywne na każdym innym polu. Dopóki nie żyjemy w zgodzie ze sobą, nie będziemy umiały zbudować pozytywnej relacji czy to z partnerem, czy z dziećmi. Nie będziemy w tym prawdziwe.

Tej równowagi Karolina nauczyła się poprzez swoje podejście do życia, które w pewnym momencie zaskoczyło ją trudna chorobą. Wyszła z niej zwycięsko i nauczyła się czerpać szczęście z każdej chwili, podejmować ryzyko, realizować marzenia. Bardzo staramy się z Jackiem znaleźć tę odrobinę czasu tylko dla siebie, dla nas dwoje. Dzięki temu mamy siłę, dobrze się dogadujemy i wspieramy. A to przekłada się na nasze dzieci. Na to jak się do nich zwracamy i jak je wspólnie wychowujemy. Fajna i zdrowa relacja między rodzicami przekłada się na wyobrażenia dzieci o świecie. W końcu wzorce czerpią z nas, są naszym lustrem. To jest niezaprzeczalne. W tym, co mówi Karolina jest dużo wyjaśnienia, co do powodzenia tych wszystkich rodzinnych eskapad. Bo w innych warunkach klimatycznych, innej kulturze, emocjach i wrażeniach niż te, które doskonale znają z życia w mieście, coś musi ich tak dobrze cementować, że nie dają się zwariować i ponieść niepotrzebnym kłótniom.

Zdjęcia: archwium prywatne, Aneta Zamielska