02.08.2019

VANLIFE, czyli wolność!

Vanfamilyproject to mama Magda, tata Tomek, córka Tola i pies Fala.

Odbywają właśnie swoją pierwszą podróż po Europie – vanem, który w poprzednim życiu był zwykłym samochodem dostawczym. Według nich vanlife to filozofia życia i podczas swojej wyprawy planują już kolejną. Ale to nie wszystko. Dzięki tej przygodzie mają już gotowy plan na swoją starość.

Magda jest wolnym duchem, kochającym podróże, naturę, taniec, wiatr i piasek pod stopami. Praktykuje jogę, od dwóch miesięcy w różnych miejscach na mapie Europy. To ona odpowiada na moje pytania. Jest uparta, niecierpliwa, rodzinna i ma dobrą intuicję. Zawodowo zajmuje się produkcją programów telewizyjnych.

Tomek to idealny miks surfera z prawnikiem, głos rozsądku w rodzinie. Wszystko potrafi zrobić sam i prawie wszystko wie. Nie umie się lenić, uwielbia wszelkie sporty z deską. Magda pomaga mu się wyluzować, a on jej zejść na ziemię.

Tola to ciekawa świata, pełna pasji i radości, wrażliwa i empatyczna prawie już 7-latka. Uparta po mamie.

Fala to ich ukochana towarzyszka podróży, bez której ta wyprawa nie mogłaby się odbyć.

Są w podróży dziesięć tygodni, obecnie znajdują się w Hiszpanii. Na Costa Brava. Tolą przez tydzień zaopiekuje się babcia, aby rodzice mogli spędzić pierwszy od siedmiu lat urlop tylko we dwoje. Śmieją się, że zwariują z nadmiaru czasu i tęsknoty. Potem w pełnym składzie ponownie ruszą w dalszą podróż, choć już w kierunku Warszawy, bo Tola od września zaczyna szkołę.

Czy macie dokładnie opracowany plan Waszej podróży? Jakon wygląda i wedle jakich wytycznych go przygotowaliście? A może decyzje dotyczące odwiedzanych miejsc podejmujecie, będąc już w drodze?

Od początku wiedzieliśmy, jakie kraje chcemy zobaczyć i ile mamy czasu. Spełnieniem marzeń był miesiąc w Skandynawii, o której tak naprawdę myśleliśmy od dawna, ale jakoś się nie składało, bo zawsze jednak wygrywała opcja miejsc, w których można się wygrzać. Wiedzieliśmy na pewno, że zahaczymy o Paryż i Disneyland – bo dawno temu obiecaliśmy to Toli. Potem Normandia, Bretania, od dawna wyczekiwana wyspa Re i Akwitania, gdzie w planach był surfing. Plan zakładał dalszą podróż przez Kraj Basków i Pireneje na hiszpańskie wybrzeże morza śródziemnego i znów do Francji na Lazurowe Wybrzeże i do Prowansji. A potem… zobaczymy. Improwizacja.

Wygląda to na dobrze przemyślaną trasę…

Tak, bo podróże i ich planowanie są moją największą pasją. Mogę spędzać godziny, wyszukując informacji na temat miejsc, które chcę odwiedzić. Ale nie są to nigdy informacje z przewodników. Szukam na zagranicznych blogach, forach, piszę do lokalsów z pytaniem, co polecają – jakie plaże, lokalne targi, mieścinki, knajpki, spoty surf, miejsca na randki, zachody słońca… Na naszej trasie mieliśmy więc zaznaczonych wiele punktów. Zawsze jednak spontanicznie decydujemy, czy chcemy je zobaczyć i rzadko wiemy, gdzie będziemy nocować następnej nocy. Uwielbiamy spać „na dziko”, choć nie zawsze niestety jest to możliwe ze względu na przepisy prawne.

Najlepsza przygoda:

„Któregoś dnia w Norwegii zatrzymaliśmy się na obiad i nagle, gdzieś przy drodze, podeszły do nas dziko żyjące zwierzęta – koń kucyk oraz długowłosa krowa. Przywitaliśmy się grzecznie i naiwnie na znak pokoju daliśmy im jeść, po czym wróciliśmy do gotowania. Po chwili jednak głowa konia znalazła się niespodziewanie w vanie, wywołując wściekłość Fali, po czym koń dorwał się do rzeczy stojących przed samochodem. Zjadł nam kawałek słuchawek i jakieś smakołyki, waląc kopytkiem w fotelik dziecięcy…”

W jakich okolicznościach powstał pomysł na tę wyprawę?

To był bardzo długi proces. I burzliwy! Jesteśmy z Tomkiem parą od prawie dwunastu lat. Ja od zawsze chciałam wyjechać z Polski, choćby na trochę, pomieszkać gdzieś indziej. Miałam tysiąc planów i propozycji, typu przenieść nasze życie do innego miasta w innym kraju albo rzucić wszystko, sprzedawać arbuzy na plaży i surfować. Tomek zawsze był bardziej związany z Polską, bardziej poukładany. Ostatecznie nigdzie nie wyjechaliśmy, a ja chyba gdzieś na dnie serca miałam o to duży żal. Dwa lata temu dorwał nas poważny kryzys, który finalnie zwalczyliśmy i w wyniku nowego startu powstał plan tego wyjazdu. Tomek kupił wcześniej dwa stare vany, które choć bardzo skromne, rozkochały nas w tym sposobie podróżowania i spędzania czasu. Pamiętam dokładnie, jak siedząc w pracy dostałam od Tomka link do bloga rodziny, która od roku mieszka w vanie i podróżuje po świecie. A zaraz potem sms: „A może by tak wyjechać na kilka miesięcy, wziąć urlopy bezpłatne, pooszczędzać…?”. Wkurzyłam się, bo taka wiadomość dla mnie to drażnienie lwa. Odpisałam mu: „Nie żartuj sobie w ten sposób”, a on na to: „Mówię serio”. No i poszło! Mnie się już nie dało zatrzymać. To był kompromis idealny, choć ponoć takie nie istnieją. Tomek mógł kupić kolejny „nowy-stary” samochód, bo motoryzacja to jego największa pasja. Tym razem mógł zająć się adaptacją samochodu na mieszkalny.

 Na Waszym profilu na Instagramie jest nawet fotorelacja z przygotowania samochodu. Co dokładnie trzeba było w nim zrobić, żeby dostosować go do potrzeb takiej podróży?

To właściwe w 100% zasługa Tomka. Ma mój dozgonny podziw i ogromną wdzięczność, bo wszystko zrobił sam, własnoręcznie. Nasz van w momencie kupienia był zwyczajnym, starym dostawczakiem, w którym trzeba było zrobić izolację termiczną od wewnątrz, taką, która miała chronić nas przed skandynawskim chłodem i południowymi upałami (udało się – działa doskonale). Potrzebna też była instalacja elektryczna, która w części mieszkalnej musiała być położona od zera. Na dachu naszego vana Tomek zainstalował panel solarny, który zapewnia nam zupełną niezależność energetyczną. Zabudowa wnętrza była dla niego kolejnym wyzwaniem, bo w tym temacie miał ze mną przechlapane. Bo oczywiście oprócz tego, że miało być praktycznie, musiało być też ładnie. Całą zabudowę wykonał ze sklejki, która jest łatwo dostępnym materiałem, dość wytrzymałym, a do tego lżejszym niż lite drewno. Całość wnętrza zaprojektowaliśmy sami, biorąc pod uwagę nasze potrzeby. Realizacja zabudowy zajęła Tomkowi około trzech miesięcy, przy tradycyjnym trybie pracy w biurze w godzinach 9-17.00. Ale efekt przeszedł nasze oczekiwania i ten stary dostawczak jest od dziesięciu tygodni naszym wspaniałym małym domkiem, z najpiękniejszymi widokami za oknem.

A co z Waszym prawdziwym domem, pracą, formalnościami? W jaki sposób zorganizowaliście się przed wyjazdem?

Nasze mieszkanie wynajęliśmy na trzy miesiące i na czas podróży zawiesiliśmy spłatę raty hipotecznej. Podomykaliśmy tematy w pracy, Tomek u siebie, ja u siebie i wzięliśmy bezpłatne urlopy. Wszystko było wcześniej odpowiednio zaplanowane, realizowaliśmy nasz plan krok po kroku.

 Jak wygląda mniej więcej wyposażenie auta? Jak w nim gotujecie i śpicie? Jak pomieściliście wszystkie potrzebne rzeczy?

Nasz van to około 4,5 m2, a okazuje się, że naprawdę mamy tu wszystko, czego potrzebujemy. Część „sypialniana”, czyli nasze łóżko zamienia się w ciągu dnia w „pokój” Toli, a jej łóżko, które znajduje się nad naszym, staje się szafą. Kuchnia jest salonem, bawialnią i czytelnią. Gotujemy na kuchence gazowej, często na zewnątrz. Wzięliśmy sporo zapasów jedzeniowych z Polski (kasze, makarony, sosy), które uzupełniamy świeżymi lokalnymi produktami, choć muszę przyznać, że od kiedy wjechaliśmy do Francji, żywimy się głównie bagietkami, serami i dżemem figowym:) Poza tym w vanie mamy 30-litrowy zbiornik na wodę, zlew i zewnętrzny prysznic, także z higieną nie jesteśmy na bakier. Co jakiś czas odwiedzamy też kempingi, żeby wziąć ciepły prysznic i przeprać rzeczy. No i żeby Tola poskakała do basenu czy pobawiła się z innymi dziećmi. Choć tak naprawdę najbardziej uwielbiamy kąpiele w oceanie, potem wystarczy tylko spłukać sól. Używamy wyłącznie naturalnych, biodegradowalnych kosmetyków i płynów do mycia naczyń. Ale najważniejsze w tym wszystkim jest to, co znajduje się poza vanem – nieograniczona przestrzeń i najpiękniejsze widoki. Ocean, fiordy, góry, las. Spokój, czas dla rodziny i dla siebie samego. Uwielbiam to!

 Nowi przyjaciele:

„Pewnego dnia trafiliśmy na Szkotów, którzy podróżowali w piątkę (mama, tata i troje dzieci) plus duży pies. Spotkaliśmy się na dworcu, kiedy okazało się, że wszystkim nam uciekł ostatni autobus na kemping pod Paryżem. Nikt nie chciał wziąć do taksówki pięć osób i wielkiego psa, więc ostatecznie zabraliśmy ich zwierzę do siebie. Kiedy dojechaliśmy na kemping, wzbudziliśmy sensację, bo wszyscy pamiętali, że rano wyjechaliśmy z wyżłem, a wróciliśmy z golden retriverem. (Fala została wtedy w Paryżu). Oprócz tego nasza Tola i córka tych Szkotów bardzo się polubiły i od razu chciały nocować wzajemnie w swoich vanach. Na pewno w przyszłości znowu się spotkamy. Vanlife naprawdę zbliża ludzi…”

A jak wygląda Wasz „zwykły” dzień podróży? Jak spędzacie czas?

Każdy dzień jest mieszanką. Jest trochę lenistwa na plaży lub leśnej polanie, trochę sportu w zależności od lokalizacji (surfing, rowery, windsurfing, SUP, yoga), trochę zwiedzania, również zależnie od lokalizacji (przyroda, klimatyczne miasteczka) i zawsze pokonujemy jakiś odcinek drogi w stronę kolejnego interesującego punktu na mapie. Staramy się spędzać nie więcej niż trzy godziny w trasie, średnia wyszłaby pewnie około półtorej godziny jazdy dziennie. Ostatnio jednak zatrzymaliśmy się na pięć dni nad oceanem w okolicy Bordeaux i to był nasz najdłuższy stacjonarny pobyt do tej pory.

 Sami swoi:

„Szuflady w naszym vanie otwierały się przy ostrzejszych zakrętach i potrzebowaliśmy wiertarki, żeby zamontować dodatkowe zabezpieczenie. Podczas pobytu w Norwegii spotkaliśmy stolarza-Polaka, który oczywiście pożyczył nam swoje narzędzia”. Pozdrawiamy serdecznie!”

 Jak Tola czuje się w takim życiu unplugged? Nie tęskni za domem i innymi dziećmi, koleżankami? W jaki sposób rozmawialiście z nią wcześniej o tej wyprawie, jak ją do niej przygotowaliście?

Życie Toli nie tylko w podróży jest mocno „unplugged”. Nie mamy w domu telewizji, Tola nie gra w gry na telefonie czy komputerze, rzadko ogląda bajki. Tak naprawdę to nie jest dla niej nic nowego. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy obejrzała może w sumie cztery filmy w trakcie dłuższych przerzutów. Za to codziennie słucha audiobooków, a wieczorem czytamy. Od samego początku była wdrożona w plan i jego realizację. Bardzo chciała pomagać przy budowie vana i wszystkim opowiadała, że będzie podróżować po świecie i mieszkać w samochodzie. Jest zachwycona podróżą, chłonie ją całą sobą i sprawia, że dla nas ten wyjazd jest jeszcze piękniejszy. Kochamy, kiedy pyta: „A gdzie dzisiaj będziemy spać?” i gdy wieczorem spisuje najważniejsze w jej opinii zdarzenia z dnia w swoim pamiętniku. Ale prawdą jest taka, że Tola to zwierzę stadne. Jest bardzo związana ze swoimi przyjaciółmi i bardzo za nimi tęskni. Pozwalamy jej pisać wiadomości i wysyłać filmiki do bliskich. Bardzo jej to pomaga, choć Tola szybko nawiązuje znajomości z innymi dziećmi, które spotyka w różnych miejscach. Ostatnio na przykład spędziła z dziewczynką z Francji cztery godziny na plaży, non stop się bawiąc. Co jakiś czas zapewniamy jej też typowo dziecięce atrakcje, takie jak park linowy, basen czy koncert. Nie spodziewałam się jednak, że ta podróż będzie miała dla niej aż tak dużą wartość edukacyjną. To, ile dowiedziała się o innych krajach, kulturach i historii różnych miejsc… tego nie nauczy jej żadna szkoła. Ale najcenniejsze dla nas jest to, że codziennie budzi się i zasypia z ogromnych uśmiechem.

To powiedz jeszcze, jak Wy się czujecie podczas tej wyprawy? Co Wam się najbardziej podoba, czym się cieszycie? Jest może coś, co trudno Wam zaakceptować lub do czego ciężko się przyzwyczaić?

Czujemy się najszczęśliwsi na świecie. Najbardziej cenimy sobie szeroko pojętą wolność. To, że nic nie musimy, a wszystko możemy. Kochamy wieczory spędzone na plaży, poranny surfing, spacery po lesie, szum fal, światło zachodzącego słońca. Naprawdę, najszczerzej kochamy w tej podróży wszystko. Każdy poranek, każdy wieczór w nowym miejscu. Doceniamy każdego nowo poznanego człowieka, nowy smak, zapach… Codziennie dziękujemy sobie za to, że spełniamy to marzenie – razem. Bo o mały włos byłoby inaczej.

 Sami swoi nr 2:

„Przez Facebooka znaleźliśmy opiekę Fali na czas naszej wizyty w Disneylandzie. Fala mieszkała w sercu Montmarte, u Polki szkolącej się w pieczeniu chleba. Piękne Paryskie życie! (Natalia, jeśli to czytasz, jeszcze raz bardzo dziękujemy!)”

Czy ten styl życia zmienił coś w Waszym podejściu do codzienności w Warszawie? Czy po powrocie zajdą jakieś mniejsze lub większe zmiany w Waszym życiu?

Vanlife to filozofia życia. Można w pełnym wymiarze cieszyć się wolnością, rodziną i bliskością natury. Skupić się na tym, co jest naprawdę ważne. Ograniczyć ilość posiadanych rzeczy, która na dłuższą metę przytłacza, uprościć swoje życie. Poznajemy siebie, jesteśmy wypoczęci, a więc też cierpliwsi i uważniejsi. Myśląc o powrocie do naszego warszawskiego życia, który nastąpi za mniej więcej miesiąc, szukamy pozytywów tej sytuacji: spotkanie z rodziną i przyjaciółmi, jesienne wieczory przy kominku i nasz dom, który bardzo lubimy. Dzięki tej przygodzie potrafimy docenić wiele spraw z naszej stacjonarnej codzienności.

A jak codzienne przebywanie ze sobą w takich okolicznościach wpływa na Waszą rodzinę? Zmieniło się coś w Waszych relacjach?

Zawsze byliśmy zgraną ekipą, ale przeżywanie tych chwil wspólnie…to jest coś nie do opisania. Nie mamy żadnych dystraktorów. Jesteśmy dla siebie w 100% i to jest cudowne. Wiadomo, że czasem każdy potrzebuje chwili tylko dla siebie. Wtedy ja robię jogę, Tomek idzie na surfing, a Tola rysuje albo buduje domek dla swoich pluszaków. To wszystko odbywa się jednak naturalnie, samo z siebie, bez presji.

Vanlife ma zapewne jeszcze więcej zalet w porównaniu do innych stylów podróżowania…

Jak najbardziej. Podróżowanie vanem pozwala dotrzeć do naprawdę najpiękniejszych i dzikich miejsc. A przede wszystkim nie musisz nic planować. Zostajesz tam, gdzie Ci się podoba i jak długo chcesz. Wśród natury, w małym miasteczku przy ulubionej knajpce – gdzie tylko dusza zapragnie. Ten sposób podróżowania to czysta niezależność i do tego w naprawdę dobrej cenie. I jest jeszcze coś, co w tym stylu podróżowania jest po prostu wspaniałe – to, że spotykasz szczęśliwych, otwartych ludzi. Wszyscy są dla siebie mili, uczynni i gotowi do pomocy.

Jedna wielka rodzina:

„Ostatnio na kempingu ktoś częstował nas swoim spaghetti, bo mu zostało dużo po obiedzie, a kilka dni temu pewien Włoch pukał do każdego vana na postoju i częstował wszystkich sycylijskimi ciasteczkami. Odwdzięczyliśmy się polskimi przysmakami.”

Magda, co poradzilibyście ludziom, którzy marzą o podobnej wyprawie, ale boją się podjąć ryzyko? Nie wiedzą, jak poradzić sobie ze strachem o pracę, pieniądze, życie w ciasnej przestrzeni, niewiadomą w trasie i po powrocie?

Jeśli ktoś o takiej wyprawie marzy, to po prostu musi to marzenie spełnić. Od strony finansowej to naprawdę nie jest trudne przedsięwzięcie. Koszty codziennego życia w vanie nie są wysokie, w naszym przypadku nawet wręcz niższe niż koszty codziennego życia w Warszawie. Trzeba tylko wiedzieć, w jakie miejsce się jedzie i odpowiednio się do tego przygotować. W Skandynawii na przykład śpisz w najpiękniejszych miejscach świata całkiem za darmo, ale za trzy bułki i wodę zapłacisz 70 zł – warto więc mieć ze sobą zapasy jedzenia. W Holandii dla odmiany można spać tylko na kempingach, które są brzydkie i drogie. Naszym dużym kosztowym atutem jest to, że Tomek umie przy aucie zrobić wszystko sam. Mieliśmy po drodze kilka usterek, z którymi uwinął się w pół godziny za pomocą rurki, taśmy i trytytek. Wierzę, że bez jego magicznych umiejętności mogłoby być bardziej stresująco i zdecydowanie drożej.

A co powiesz tym, którzy boją się wyzwań takiej podróży z dzieckiem?

Abstrahując od tego, że Tola jest (odpukać) dzieckiem totalnie niechorującym, nigdy się podróży z maluchem nie bałam. Zawsze jednak mamy wykupione dobre ubezpieczenie podróżne i spakowaną apteczkę. Poza tym jesteśmy w Europie, gdzie służba zdrowia nie odbiega poziomem od naszej rodzimej, a jeśli tak, to raczej na plus. Kolejną zaletą podróżowania vanem jest to, że jeśli już chorujesz, to jesteś „u siebie”, w swoim łóżku. Nie masz ścisłego planu, nie tracisz zaliczki na wycieczkę czy dnia nad basenem w opcji all inclusive. Czekasz, aż choroba minie, a przeczekać chorobę możesz z widokiem na ocean!

Czy po dotychczasowych doświadczeniach będziecie chcieli powtórzyć jeszcze taką wyprawę? Jakie będą Wasze kolejne cele?

Tak! Planujemy następną podróż w przyszłym roku, choć raczej nie na tak długo – Tola zaczyna już szkołę i trzymiesięczna podróż nie będzie realna. Prawdopodobnie będzie to południe Hiszpanii i Maroko. Ale wiele miejsc jeszcze przed nami, kiedyś w przyszłości. Bo naszą starość spędzimy w vanie…

Zdjęcia: archiwum prywatne, a po więcej zajrzyjcie TU.