04.12.2019

Tata z pasją: Paweł Kunachowicz

Paweł Kunachowicz to człowiek, który nie boi się wyzwań i żywiołów. W pracy zawodowej potrafi wziąć odpowiedzialność za drugiego człowieka zabierając go w wysokie górskie szczyty lub na ultratrudną trasę narciarską. W życiu prywatnym ponad wszystko uwielbia spędzać czas ze swoimi synami, Kosmą i Tytusem. Gdy o nich opowiada, to mam wrażenie, że gdy są razem dla niego naprawdę nie liczy się nic innego. Rodzicielstwa, tak jak i pracy, nie stawia w żadnych sztywnych ramach. Tata dojrzały i zaangażowany, ale i trochę szalony.

Przewodnik górski, ultramaratończyk, instruktor narciarstwa, wspinacz, a w tym wszystkim przede wszystkim tata. Sporo ról do pogodzenia. Jak Pan sobie z tym radzi?

Z górskich i sportowych aktywności zrobiłem sobie jedno z zajęć zawodowych. Połączyłem pasję z pracą. Inne zobowiązania zawodowe uporządkowałem i ograniczyłem do tych, które przynoszą trochę pieniędzy i mnie interesują. To pozwoliło mi mieć więcej czasu na życie rodzinne. Wyrzuciłem jałowe relacje ze znajomymi, zachowując tylko te cenne i dbając o nie jeszcze bardziej. Moje obowiązki to rodzina, relacje, praca i moja pasja. Im bardziej jest to zintegrowane tym lepiej dla nas i tym mniej nas rozrywa w różnych kierunkach. I tak nie damy rady wszystkiego zrobić i wszędzie być. Trzeba coś wybrać i coś poświęcić. Niestety to nie jest ani przyjemne, ani proste. A na dodatek zawsze do mnie wraca pytanie, czy dobrze zrobiłem.

Wygląda na to, że świetnie to prosperuje. Alpy, Himalaje, Hokkaido… dużo i często Pan podróżuje. Nawet teraz łapiemy Pana w biegu, pomiędzy przystankiem dom a kolejną podróżą.

Podróż stała się moim stylem życia wiele lat temu. W ten sposób pracuję, odpoczywam, szukam inspiracji, a momentami pewnie też uciekam. Moim coraz częstszym pragnieniem jest jednak mniej podróżować. Mam wrażenie, że się już „napodróżowałem” i teraz szczególnie cenie sobie osadnictwo, spokój i kontemplowanie wybranego miejsca. Z czasem intensywność przeżyć i ich głębokość wypiera ilość wrażeń jakie niosą ze sobą zmienne sytuacje w podróży. Kiedy się zatrzymujemy, mamy większą szansę dostrzec to, co jest w wybranej chwili cenne. Podróże kształcą – to wiadomo nie od dziś. Kształtują naszą osobowość i na pewno wywierają ogromny wpływ na to, jak postrzegamy innych i otaczający nas świat. Dają otwartość i wzbudzają ciekawość, która jest darem. Podróżując, z czasem możemy zapomnieć o ocenianiu i zastąpić to ciekawością.

I to stara się Pan zaszczepić w swoich dzieciach?

Ostatnio czytałem dzieciom na dobranoc książkę „Kuferek Adama Mickiewicza”. Wciągnęła mnie i zainspirowała. To opowieść o życiu, historii i twórczości pokazana przez pryzmat podróży. Zafascynowało mnie, jak bardzo Mickiewicz był podróżnikiem, jak bardzo lubił zmieniać otoczenie, jakim był obywatelem świata i jak wielowymiarową postacią stał się dzięki językom i miejscom, w których działał. Miejsca w których był: Francja, Szwajcaria, Watykan, Drezno, Berlin, Imperium Osmańskie, Krym, Moskwa, Petersburg i jego spotkania z Puszkinem, Goethem i innymi. Czytając książkę dla dzieci o wielkiej podróży, ta postać zafascynowała mnie znacznie bardziej niż kiedy uczyłem się w szkole o tym, że „Adam Mickiewicz wielkim poetą był”.

Jak przykładowo wygląda Pana rok, w sensie podróżowania a spędzania czasu z rodziną?

Pracujemy z Beatą na zmianę. Mamy rodzinny kalendarz, w który wpisujemy nasze zawodowe zobowiązania. Staramy się, żeby nasze dzieci zawsze były z którymś z nas, kiedy jesteśmy w pracy. To zazwyczaj się udaje. Nie lubimy ich zostawiać z kimś obcym, kiedy sami gdzieś coś robimy. Niezależnie, czy to jest praca czy odpoczynek. Nie sprawia nam wielkiej frajdy pojechać na tydzień bez dzieci i popijać winko. Pewnie przez ostatnich sześć lat nie zostali bez nas więcej razy niż palce jednej ręki, najwyżej dwóch. Podczas, gdy nasze dzieci mają ferie szkolne lub w inne wolne dni, nie biorę żadnej pracy i jestem z synkami. Tylko dla nich. W górach, nad morzem lub w domu. Kiedy Beata wyjeżdża lub ma dni wypełnione pracą, przejmuję opiekę i zabawę z dziećmi. Wtedy od rana aż do usypiania jestem z nimi. Robię śniadanie, odprowadzam do szkoły, jadę na trening hokeja czy na narty. Wspólnie się bawimy, wyprowadzamy naszego psa Mimi na spacer, robimy zakupy i gotujemy. Lubię ten czas, który mamy tylko dla siebie. Mam sporo wolnych tygodni, kiedy nie ma dobrych warunków w górach, żeby uprawiać przewodnictwo. Nasze mieszkanie na wsi sprzyja celebrowaniu rodzinnego życia. Wspólnie z Beatą często się zastanawiamy i pytamy, dlaczego w Warszawie zawsze gdzieś pędzimy i tak trudno nam zjeść razem kolację. A kiedy jesteśmy na wsi, wszystkie kolacje, śniadania, przygotowania robimy razem z dziećmi i okazuje się, że to jest banalnie proste. Część projektów podróżniczych czy nagrań Beaty realizowaliśmy rodzinnie. Ja byłem producentem i nianią zarazem. Dzieci szwendały się między kamerą a Beatą. Pomimo wielu projektów i podróży, dużo czasu spędzamy razem.

A zawodowo?

Zawodowo, początek roku spędzam na wyspie Hokkaido w Japonii. Jeżdżę tam na nartach w najlepszym puchu świata, który ma nawet swoją nazwę: Japow (Japan powder). Przez pozostałą cześć roku mieszkam w Chamonix Mt Blanc w Alpach francuskich, przy granicy ze Szwajcarią i Włochami. Mam blisko do pracy na Mt Blanc, Matterhorn, Eiger czy Monte Rosę. Z pracy wracam do domu, do Beaty i chłopców. Beata dzieli swój czas i energię pomiędzy Warszawę, gdzie pracuje a Chamonix, gdzie odnajduje spokój i ciszę. Na jesieni jeżdżę na wyprawy w Himalaje, do Ameryki Południowej lub trekking do Azji. Między wyjazdami przylatuję do Warszawy popracować i przygotować różne projekty związane z górami, nieruchomościami, sportem czy spotkać się ze wspólnikami z naszej restauracji Guga w Gdańsku. No i pogadać z kolegami: tymi co są i od zawsze na mnie czekają.

Zrezygnował Pan z pracy w kancelarii prawniczej, aby w życiu robić coś zupełnie przeciwnego do sztywnego ośmiogodzinnego czasu pracy. Aby być przewodnikiem górskim i brać odpowiedzialność nie tylko za siebie, ale i za życie innych ludzi. Ogromnie odpowiedzialne zajęcie. 

W świecie przewodników wielu jest takich, którzy zamienili finansowo atrakcyjne i prestiżowe kariery na przygodę, poczucie wolności i pracę w górach. Mam takiego kolegę w Chamonix: Anglika, który wiele lat był architektem i projektował skomplikowane szpitale. Na Alasce brałem udział w wyprawie, której kierownikiem był gość po medycynie na uniwersytecie w Insbrucku. Znam przewodników prawników, socjologów czy informatyków. Wielu z nas na początku w górach było tylko z pasji, a potem zamieniliśmy to również na regularną pracę, nie rezygnując z tej pasji.

Co w swojej pracy ceni Pan najbardziej, co w niej tak wciąga?

Najbardziej w swojej pracy cenię wolność, przyrodę i sport. Moja praca zawsze była bez szefa, a ta jest jeszcze bardziej, bo moi klienci w przeciwieństwie do innych miejsc, także nie są moim szefami. Czasami, szczególnie tym ważnym prezesom, zajmuje trochę czasu zrozumienie, w jakich występujemy rolach. Klienci płacą mi za to, że będą robić to, o co ich proszę w zamian za to, że pozostaną bezpieczni i przeżyją wyjątkową przygodę, która bez przewodnika nie jest dla nich dostępna. Zjadą na nartach z góry, o której nawet nie pomyślą, że da się z niej zjechać, wejdą na wysoki szczyt i podrapią chmury po brzuchach, będą się wspinać po urwiskach zarezerwowanych dla zawodników RedBulla, pojadą na trekking lub wyprawę w odległe niewiarygodnie piękne miejsca na świecie i spotkają ludzi pełnych inspiracji. Ale to kontakt z naturą jest dla mnie najważniejszym elementem pracy. Przyroda jest bogactwem, które uzależnia. Im więcej jesteś w naturze, tym więcej chcesz w niej być. Im bardziej czerpiesz z obcowania z przyrodą, tym bardziej w tej przyrodzie chcesz się rozpłaszczyć, wtopić i stanowić z nią jedność. Wyjątkowe uczucie, które wzbiera wtedy, kiedy jesteś w lesie, w górach, nad wodą, kiedy wędrujesz w nocy w świetle księżyca i czołówki (lampy osadzonej na kasku lub na czapce).

Tyle przeżyć i wrażeń w pojedynkę. Jak zatem przyjście na świat chłopców zmieniło Pana postrzeganie siebie? Czy była to dla Pana rewolucja?

Na początku myślałem, że to będzie rewolucja. Zanim synkowie przyszli na świat myślałem, że to zmienia wszystkie przyzwyczajenia, że wiąże się z ograniczeniami, rezygnacją, znojem i przemodelowaniem życia, rozpoczęciem procesu dziadzienia i nudziarstwa. Teraz wiem, że – owszem – świat się zmienia, ale ta zmiana jest tylko na lepsze, jest płynna i – w naszym przypadku – przyjście na świat chłopaków stało się impulsem do życia w lepszym świecie. Wymagało to jednak wysiłku od Beaty i ode mnie. Musieliśmy się postarać. Ponieważ dalej chciałem robić to, co robię, być w górach i żyć w naturze – chłopcy tylko przyczynili się do lepszego i pomogli nam podjąć decyzję, żeby osiedlić się pod Mont Blanc, abyśmy mogli być blisko miejsc dla nas ważnych i żyć według bliskich nam reguł eko. To oni dali nam w prezencie piękne miejsce, o którym marzyliśmy, mieszkając w Warszawie. Dali nam styl życia, który nam służy. Sami chodzą do szkoły, o której mnie w dzieciństwie nawet się nie śniło. Wszystkie dzieci powinny mieć możliwość uczenia się w miejscu, które stawia na naturę i indywidualne talenty. Takie miejsce, które pielęgnuje odrębność i odpowiada na pytania. Bezcenne.

Wspinał się Pan na Mont Blanc, biegł w maratonach górskich, to do czego porównałby Pan rodzicielstwo?

Rodzicielstwo jest odrębnym wymiarem, przestrzenią, światem i doświadczeniem. Nie potrafię tego porównać z jakimkolwiek doświadczeniem. Jest bogactwem, zbiorem zobowiązań, żywiołem i lustrem, w którym możemy lepiej poznać siebie. Nie znam innej takiej przestrzeni, która by łączyła w sobie tak wiele i była tak odrębna.

Pięknie to Pan ujął. Z Beatą Sadowską, wychowujecie dwóch synów Tytusa i Kosmę, czy oni zdają sobie sprawę z tego jak trudna i odpowiedzialna jest Pańska praca, gdy wyjeżdża Pan z domu?

Nie zdają. Żyją w świecie, w którym jest to normalna praca jak praca listonosza w Warszawie. Dla nich sprzęt wspinaczkowy czy narciarski jest czymś tak zwyczajnym jak laptop, z którym rodzice ruszają rano do biura w mieście. Moi profesjonalni koledzy, którzy przewijają się przez nasz dom są fajnymi, uśmiechniętymi, pełnymi zabawy, mówiącymi we wszystkich językach świata wujciami, którzy chodzą do pracy z nartami lub liną na plecach. Mam czasami wrażenie, że narty bardziej im się kojarzą z robotą i treningiem niż z wakacjami. Z drugiej strony odczuwają w swoim otoczeniu uznanie, jakim przewodnicy cieszą się w Chamonix. W szkole opowiadają, że tata jest w górach i właśnie widzi ich klasę z tego albo innego szczytu, że tata był na Alasce, że znają Japonię, bo tata jeździ tam co roku na nartach, że wiedzą, gdzie są Andy, bo tata najbardziej lubi góry w Peru, że najwyższy szczyt w Afryce to Kilimandżaro.

Geografię na pewno mają w małym palcu. Jednak Wasza praca nie jest typowym zajęciem.

Myślę, że oni dostają od nas inną definicję pracy. Oboje z Beatą jesteśmy freelancerami, oboje pracujemy bardzo dużo, ale samodzielnie, bez ustalonych z góry godzin. Pracujemy ze zmiennym rytmem, różnymi sukcesami i porażkami, z bardzo różnymi ludźmi i przy bardzo wielu projektach równolegle. Nasza praca jest naszą pasją. Nie mamy koszmarnych poniedziałkowych poranków ani barowo-klubowych piątków. Jesteśmy całkowicie wtopieni w naszą pracę. Nasi chłopcy dostają przekaz, że warto dużo pracować i że praca ma wzbogacać, a nie być męczarnią, że ma przynosić pieniądze, ale kasa nie stanowi o wartości osoby czy pracy, wreszcie, że praca ma nie być nudą czy walką o wpływy.

Czy oni mają już swoje dziecięce plany na to, kim chcieliby być, gdy dorosną? Czy zauważa Pan w nich pewne dominujące cechy?

Jednym z ważniejszych wyzwań dla rodziców to zobaczyć talent u swoich dzieci i go wesprzeć. Nie narzucać swojej wizji, swojego pomysłu, swojego braku, swojego wymagania, tylko zrozumieć, zaakceptować i wesprzeć swoje dzieci w tym, w czym są najlepsze. Zrobić samemu rachunek sumienia, wiedzieć kim sami jesteśmy i pogodzić się z tym, kim nasze dziecko jest albo chce być. Nie wymyślać, nie kombinować komuś kariery wbrew. Nie robić na siłę z lapety sportowej Roberta Lewandowskiego, zapisując do wszystkich najlepszych szkółek piłkarskich. I odwrotnie, dać szansę na sport, jeśli dzieciak ma do tego dryg, a nie katować zaawansowaną matematyką. To się i tak nie uda. Nie posyłać bezmyślnie na trzydzieści trzy zajęcia dodatkowe, bo a nuż, widelec zostanie astronautą NASA albo będzie miał kupę kolegów i relacji, które mu pomogą zaistnieć w telewizji. Nie świrować, że musi być „naj”, że w ogóle coś musi. Nie kalkulować, że tu zarobi, a tam będzie klepać biedę. Raczej obserwować, dawać przestrzeń i inspirować. Dostrzegać ograniczenia i wzniecać talenty. Zgadzać się i wspierać to, co nasze dzieci lubią, co jest autentyczne i zdrowe. Nasze chłopaki wychowują się w pewnym dość specyficznym świecie. Jest to świat sportu, niestety sportów ekstremalnych i pięknej przyrody, a z drugiej strony widzą mamę w telewizji i kolorowych gazetach. Myślę, że bliskie są im wszelkie aktywności sportowe i te, gdzie jest dużo ludzi, relacji i zarazem dużo przestrzeni do kreacji. Po mamie mają wybitną pamięć, talent do języków, poczucie humoru, otwartość na innych ludzi i upodobanie do ubierania się na opak. Z tymi talentami i takim otoczeniem narzucają się pewne drogi rozwoju, ale to nie musi być aktualne za kilka lat. Na razie grają w hokeja, wspinają się, trenują judo i jeżdżą na nartach. Poza tym w szkole dużo siedzą w lesie pod kamieniem i słuchają w różnych językach opowieści o świecie. Koledzy i koleżanki pochodzą z odległych części świata i mają różny kolor skóry. Kochają swoją szkołę.

Jest Pan bardzo zaangażowanym Tatą, będąc na sto procent z synami w domu. Jak zatem znosi Pan rozłąkę z nimi?

Stawiam na jakość, a nie ilość. Kiedy jestem z nimi, to jestem w 100%. Mam wrażenie, że daje im więcej czasu niż gdybym chodził do biura. Bardzo lubię spędzać z nimi czas. Kiedy jesteśmy razem, nie potrafię robić nic innego. Nie pracuję, nie trenuję, nie czytam. Nawet nie próbuje łączyć wspólnego czasu z nimi z innymi zobowiązaniami. Po całym dniu nasz dom jest wywalony do góry nogami, szafa z ubraniami jest skotłowana, jedzenie miesza się z zabawkami na podłodze. Wielka torba Ikea jest pełna zabłoconych lub mokrych ubrań i czeka na zmiłowanie przy drzwiach wejściowych. Pies albo zachudzony albo spasiony.  Beata to wszystko ogarnia, gdy wraca, bo ja zazwyczaj już nie mam siły i zwyczajnie nie potrafię. Mam swoje obawy, ale też znajduję w tym przyjemność, kiedy Beata jedzie do pracy a my z synkami zostajemy sami. Na dzisiaj moja granica to 9 dni non stop bez mamy. Powyżej 9 dni chyba bym nie dał rady. Po pięciu kończy się jedzenie, po siedmiu – czyste ubrania, po dziewięciu – mamy taki Armageddon, że jak mama by nie przyjechała, to chyba nikt by nas już nie odkopał i nie domył (śmiech).

Taki codzienny soczysty czas sprawia, że rozłąka jest chwilą wytchnienia i nabrania zdrowego dystansu. Oczywiście po kilku dniach przychodzi tęsknota, która przemienia się w chęć wspólnego spędzenia czasu, przytulenia, poczytania, pójścia nad strumień czy pogadania o tym, jak było w szkole. Podczas każdej takiej rozłąki jeszcze bardziej zdaję sobie sprawę z tego, jak ważne są nasze wspólne rodzinne chwile i jaki to cenny dar być razem.

Czego uczy Pana praca, co być może przekłada się na to jakim jest Pan tatą?

Nie wiem czy na to, jakim jestem tatą czy w ogóle na to, kim jestem. Góry niesłychanie otwierają ludzi na opowieści o swoich losach i karierach. Spędzamy wiele godzin na podejściach i zejściach, wychodzimy na tygodniowe wycieczki narciarskie, jeździmy na długie wyprawy w wysokie góry – wszędzie tam jest wiele przestrzeni i dużo czasu, żeby podzielić się doświadczeniami. Wśród klientów miałem wiele osobowości. Często powtarzam historie o tych najbardziej inspirujących jak kucharz Rolling Stonesów, kapitan jachtu Richarda Bransona, piloci Swissa, właściciel banku inwestycyjnego, freaki z firm technologicznych, kontrolerzy lotów z lotniska Heathrow w Londynie czy żołnierze sił specjalnych Bundeswehry. Niesłychane są przygody tych ludzi. Wielu z nich jest pogodnych, wesołych, odnosi wielkie sukcesy. Wielu ponosi porażki, boryka się z rozwodami, alkoholizmem, przegraną, wygraną, brakiem kasy, nadmiarem kasy, brakiem sensu, nadmiernym przekonaniu o własnym sensie, brakiem przyjaciół czy otaczającym dworem lizusów. Obserwowanie tego i przyglądanie się temu, a także słuchanie o ich profesjonalnym życiu bardzo mnie wzbogaca. Czasami mam wrażenie, że mógłbym usiąść za sterami łodzi podwodnej, handlować na giełdzie miedzią czy pracować nad rozwojem silników elektrycznych w Chinach. Dowiaduję się o wielu niuansach z wielu różnych dziedzin. Mam nadzieję, że dzięki temu uczę się też pokory, nieoceniania i niezazdroszczenia.

Jakie wartości chciałby Pan przekazać swoim chłopakom?

Mamy kanon wartości, który każdego dnia staramy się przekazać naszym dzieciom. Być dobrym dla innych, otwartym, wspierać się z bratem, kochać naturę i sport, mówić kilkoma językami jak native, mieć refleksje nad sobą i światem. Reszta jest dla mnie dość obojętna. Nie cenię szkół ani tradycyjnej edukacji. Jest jakimś kompletnie prymitywnym konceptem z XIX wieku. I większość prywatnych szkół tego nie załatwi, bo albo nie ma boiska albo nie ma ochoty tłumaczyć prawdziwych wartości. A prawdziwe wartości to natura, spokój umysłu, matematyka, sport i języki, otwartość na świat. Pewnie jeszcze sztuka, ale na tym się nie znam.

Czego szczególnie Panu brakuje, gdy jest poza domem?

Potrafię spać w każdych warunkach. Spałem, wisząc na linach w górach, na podłodze w samolocie, na śniegu na lodowcu, na cmentarzu pomiędzy nagrobkami, w zoo w Lyonie obok wybiegu dla lwów, na kamieniu podczas górskiego ultramaratonu, w hotelach z 5* i psich budach na pustyni, ale na starość w podróży zaczyna mi brakować mojego wygodnego łóżka i podusi. W podróży zaczynam się zapadać w swój magiczny wewnętrzny świat. I pewnie Panią rozczaruję i nie odpowiem tak, jak się powinno odpowiadać. Nie brakuje mi czegoś lub kogoś. Mój świat wypełnia mnie w całości. Obserwuję, patrzę na ludzi, oglądam chmury w samolocie, zamiast oglądać ostatni kinowy hit, przyglądam się przyrodzie, patrzę na to, co mijam jak na najlepszy spektakl. Oczywiście jest tak, że sentymenty do mnie przychodzą od czasu do czasu, tęsknie i jestem ciekawy, co tam u mojej bandy słychać, ale brakiem bym tego nie nazwał.

I nie zdarzają się myśli, pakuję się i wracam, to trwa już za długo?

Zdarzają. Częściej niż rzadziej. Czasami mam nierozpakowane torby i sprzęt po jednym wyjeździe, a już muszę ruszać dalej. Wtedy robi mi się słabo. Z tego też powodu przestałem jeździć do Japonii na dwa czy trzy miesiące w zimie i zamiast tego jeżdżę na trzy tygodnie. Z drugiej strony, jak dłuższy czas nie mam perspektywy na jakąś przygodę czy pracę na wyjeździe, to zaczynam się nudzić. Szczególnie jak zbyt dużo czasu spędzam w mieście. Na szczęście coraz mniej jestem w Warszawie. Naszą bazą jest teraz Chamonix we Francji. Najlepsza miejscowość alpejska na świecie. I tam lubię wolniejsze tempo i mniej wyjazdów. Odkąd tam mieszkamy, ograniczam długie podróże. Coraz bardziej doceniam te miejsca, które znam i Europę.

Oboje z Beatą kochacie podróże i podróżujecie z dziećmi. Czy to jest trudne czy chłopcy bez problemu wpadli w wasz rytm?

Oni są podróżnikami od zawsze. Tytus pierwszy raz poleciał do Azji mając 8 tygodni. Teraz podróżują raz w roku na dłuższym dystansie, prawie cały czas weekendowo i kilka razy narciarsko, spędzając czas w samolocie lub samochodzie. Pewnie nie jest to dla nich największa wygoda, ale są do tego tak przyzwyczajeni jak do mycia zębów rano i wieczorem. Kiedyś leciałem sam z niespełna półtorarocznym Tytusem do Brazylii. Podróż trwała 27 godzin. Trzy samoloty, prom i łódka. Kiedy wsiadałem do samolotu w Paryżu na lot transkontynentalny, widziałem przerażenie w oczach pasażerów-sąsiadów, a kiedy dolatywaliśmy do Rio współpodróżnicy uwielbiali nas obu i przez zaspane oczy widziałem, jak z rozczuleniem poprawiali Tytusowi kocyk i podusie pod głową. Mówili, że nie widzieli jeszcze takiej ekipy podróżników. Chłopaki potrafią wstawać o 4 rano i pakować się w śniegu do zimnego samochodu, zmiany stref czasowych traktują zwyczajnie. Mają trening. Beata oczywiście przygotowuje ich do każdej podróży: kulinarnie i zapewnia rozrywkę bardziej ambitną niż gapienie się w komórkę czy ekran ipada. To pomaga. Podróżowanie, jak każda aktywność, wymaga wysiłku i rodziców i dzieci, ale nie przesadzałbym, że jest to jakieś nadzwyczajne wyzwanie czy ryzyko.