24.09.2018

Pomiędzy Polską a Australią, czyli mama trojaczków i jej bycie tu i teraz, niezależnie od miejsca pobytu.

Mówi, że od lat ciężko pracuje na zbudowanie życia, od którego nie potrzeba wakacji i twierdzi, że jest niedaleko. Siłę czerpie z nastawienia do życia, którego nauczyła się kilka lat temu. Cieszy się małymi rzeczami, pogodziła się z przeszłością, nie wybiega za daleko w przyszłość. „Mam wszystko, czego mi potrzeba, reszta jakoś się ułoży” – mówi Dagmara Hicks, żona Australijczyka i mama 7-letnich trojaczków, dwóch córek i syna.

Gdzie urodziły się Twoje dzieci i gdzie spędziliście pierwsze trudne miesiące życia z trojaczkami? Jak wspominasz ten czas?

Moje dzieci urodziły się w Krakowie, nigdy nie brałam innej opcji pod uwagę. Uwielbiam Kraków, to mój dom z wyboru. Tych trudnych okresów w naszym życiu było już kilka. Jeden z nich spędziliśmy w Sydney. Dzieci miały wtedy dziewięć miesięcy, a ja przez rok opiekowałam się nimi sama. Mąż wychodził do pracy o 7.00, wracał o 19.00. Nie znaliśmy nikogo. Jedni dziadkowie byli cały świat drogi, drudzy po drugiej stronie Australii, pół dnia lotu od nas. Na szczęście matki małych dzieci są na całym świecie i szybko poznałam „grupkę wsparcia”. Dzięki tym dziewczynom przeżyłam jakoś ten czas. To wtedy też pokochałam bieganie. Bywało, że mąż wracał, a ja wychodziłam. Biegłam przed siebie, często płakałam, ale wracałam nowo narodzona. To mnie uratowało. Przebiegłam wtedy mój pierwszy półmaraton, choć kiedyś bieganie wydawało mi się sportem dla szaleńców.

Kolejnym trudnym okresem z dziećmi był pierwszy rok przedszkola. Mieszkaliśmy znowu w Krakowie, a ja wróciłam do pracy na pełny etat. To wtedy moje dzieci zaczęły chorować. W ciągu roku zaliczyliśmy kilka razy zapalenie płuc, zapalenia oskrzeli, anginy, zapalenia migdałków, przeziębienia, wieczny katar. Byłam wykończona ciągłym rozkrokiem. W domu mnie nie było, kiedy byłam potrzebna, a w pracy zawalałam. Nasze zgodne dotychczas małżeństwo stało się wiecznym szarpaniem o to, co kto i kiedy zrobi, załatwi, posprząta, czyja praca jest ważniejsza i kto może sobie pozwolić na dzień opieki. Ponownie nie mieliśmy dużego wsparcia, bo jedni dziadkowie zostali w Australii, drudzy byli nadal pracujący, a niani dla chorujących trojaczków w podkrakowskiej wsi nie potrafiliśmy znaleźć. Wtedy ponownie pomogło mi bieganie. Z początkiem wiosny, po tragicznej chorobowo zimie, przebiegłam swój pierwszy maraton. Zmasakrował mnie fizycznie i psychicznie, ale treningi i dyscyplina pomogły mi przeżyć ten trudny okres. Prawdopodobnie podczas jednego z biegów postanowiłam zrezygnować z pracy. Kiedy dzieci miały 5 lat znowu przeprowadziliśmy się do Australii i tak mieszkamy tu już wkrótce dwa lata.

Co z perspektywy czasu zmieniłabyś w swoim podejściu i opiece nad dziećmi?

Pierwsze miesiące były super. Byłam zdyscyplinowana, dzieci miały bardzo dobrą rutynę, której nauczyły mnie pielęgniarki ze szpitala, a ja czułam, że mam to wszystko ogarnięte. Nie piłam tej legendarnej zimnej kawy, brałam rano prysznic, jadłam obiad na siedząco, wychodziłam z domu, ćwiczyłam. Właściwie nic innego wtedy nie robiłam, bo wszystko kręciło się wokół dzieci, ale nie wspominam tego okresu jako traumy. Żałuję, że nie poszukałam wtedy koleżanki z dzieckiem w podobnym wieku. To może wydać się śmieszne, ale żałuję, że nie czytałam blogów, nie dołączyłam do jakiejś grupy, w której, chociaż wirtualnie, mogłabym znaleźć rady, wskazówki. Nawet gadżety dla dzieci sama wyszukiwałam. Trochę przy tym błądziłam, marnowałam masę czasu i pieniędzy. Dzisiaj wydaje mi się, że pod tym kątem jest nieco łatwiej. Z drugiej strony – w razie problemów radziłam się lekarza, nie domorosłych lekarek z forum. Tym samym oszczędziłam sobie tych wszystkich „dobrych rad” i szaleństwa związanego z nadmiarem wykluczających się informacji. Embargo na internet jest bardzo dobrym pomysłem w trakcie ciąży i kiedy dzieci są małe 🙂 Tak więc chyba nie zmieniłabym nic. To był dobry czas. Prawdą jest powiedzenie „małe dzieci, małe problemy”. 

Jak Twoje macierzyństwo wygląda teraz?

Z wielu powodów nie pracuję na etacie. Zajmuję się rozwijaniem własnej marki. Moje dzieci chodzą do państwowej podstawówki, od 9.00 do 15.00 mogę więc zająć się logistyką życia naszej piątki i moimi pomysłami na pracę. Nadal piszę mojego bloga „Cała reszta”, wydałam też swój pierwszy autorski produkt, a za parę dni na rynek wchodzi kolejny. Pracuję też w końcu nad wyczekaną książką.

Codziennie rano wstaję o 5:15 i jadę albo biegać albo na zajęcia do siłowni. Jestem od tego uzależniona. Po ćwiczeniach piję kawę i spoglądam na ocean, nastawiam się na cały dzień, robię krótkie podsumowanie, plan, wsłuchuję się w swoje myśli. Mam kilka minut dla siebie, co jest dla mnie bardzo ważne. Ważniejsze niż dodatkowy sen. Kiedy wracam, poświęcam czas dzieciom. Szykujemy się do szkoły, czytamy, skaczemy na skakance, wieszamy pranie, czyli robimy to, co trzeba zrobić, a jak jest czas, to jeszcze to, na co mamy ochotę. Rano wcześnie zaczynam, bo początek dnia w pośpiechu kiedyś rujnował mi humor na cały dzień. Teraz mam czas, nie spieszę się, dzieci są zadowolone i uśmiechnięte. Wypracowaliśmy wspólnie fajną rutynę.

Uważam się za szczęściarę, bo mogę tak wiele czasu i uwagi poświęcić dzieciom. Tu, gdzie mieszkam obecnie, uznaje się to za dobrobyt i pewną zamożność, jeśli matka może pozwolić sobie na ograniczenie etatu lub wręcz zrezygnowanie z pracy, kiedy pojawiają się dzieci. To dlatego większość Australijek stawia na późne macierzyństwo, któremu mogą się oddać bez żadnych wyrzeczeń.

Wracając do dnia codziennego, po śniadaniu idziemy lub jedziemy na rowerach lub hulajnogach do szkoły. Odbieram dzieci o 15:10 i w zależności od dnia albo zostajemy na placu zabaw czy szkolnym boisku, albo idziemy do parku, na plażę, na basen, albo ktoś idzie do kolegi/koleżanki, albo jedziemy na dodatkowe zajęcia (dzieci chodzą na piłkę, gimnastykę artystyczną/akrobatykę i na taniec, w lecie piłkę zastępuje basen). Po powrocie do domu ćwiczymy pisanie i czytanie. To jest tutaj zadanie domowe, innych prac domowych na tym etapie nie ma, a zadanie ma nie zajmować więcej niż 15-30 minut. Dzieci codziennie mają czytać i uczyć się pisać. Potem kąpiel, kolacja, zwykle po kolacji spędzam z każdym z dzieci czas jeden na jeden, potem wspólne czytanie, czasami czytam też dzieciom indywidualnie i zasypiamy. Przynajmniej raz w tygodniu wychodzę, wtedy od kolacji dziećmi zajmuje się mąż. Kiedy dzieci śpią ja albo jeszcze pracuję, albo odpoczywam. Zwykle przy książce lub filmie. Uwielbiam kino, do którego chodzę bardzo często sama. Aktualnie nadrobiłam repertuar – mieliśmy w Perth festiwal polskich filmów, widziałam „Cichą noc”, „Voltę”, „Twarz” i kilka innych.

Dlaczego wyjechaliście do Australii?

Mąż mieszkał w Polsce prawie 10 lat i chciał wrócić do domu. Chcieliśmy, aby dzieci poznały, co to znaczy mieszkać w Australii, w końcu są w połowie Australijczykami. No i sytuacja w Polsce trochę zaczęła nam przeszkadzać, szczególnie smog, którego skutki wszyscy odczuwaliśmy (mąż ma astmę, dzieci chorowały, ja musiałam biegać w masce, co nie jest takie proste).

Jak wychowuje się dzieci w Australii?

Plus to na pewno klimat. 10 miesięcy w roku jest tu ładna pogoda, więc możemy codziennie pójść do parku, na rower, na piknik. Nie muszę się jakoś szczególnie wysilać, żeby zapewnić dzieciom rozrywkę. Australia jest bogatym krajem, więc infrastruktura jest zachwycająca. Są tu świetnie wyposażone parki, nowoczesne place zabaw, skateparki, ścieżki rowerowe, baseny. Wszystko jest nowe, świeże, jest bardzo czysto. Australia jest pod tym względem prorodzinna. A moje dzieci są tu bardzo aktywne, wiecznie w ruchu. W Australii cokolwiek przyjdzie Ci do głowy – jest możliwe do zrealizowania. Widziałam nawet zajęcia sztuki cyrkowej dla dzieci. Oczywiście są to rzeczy płatne, ale wybór jest ogromny. Ludzkie problemy są jednak takie same na całym świecie. Wszyscy mamy kredyty, gorsze dni, kłopoty rodzinne, brakuje nam cierpliwości, cierpimy na deficyt czasu. To się nie zmienia, niezależnie od szerokości geograficznej. Dolary w Australii nie rosną na drzewach, dzieci same się nie wychowują.

Minus to dla mnie brak bliskiej i dalszej rodziny, brak znajomych, z którymi przyjaźnię się całe życie, brak naszych pięknych polskich tradycji, brak bliskości Europy, do której z Polski można wyskoczyć na weekend i pokazać dzieciom inną kulturę. Australia jest na końcu świata. Niestety. Zagraniczne podróże to ogromny wydatek i mnóstwo czasu, a sama Australia jest ogromna. W styczniu wybieram się z dziećmi na road trip – przejadę 1200 km i nadal będę w tym samym stanie! Minus to również ceny – wakacje, zajęcia dodatkowe, dom w dobrej dzielnicy – to wszystko tutaj jest bardzo drogie.

Jak opiszesz edukację w australijskiej szkole?

Szkoła jest ciepła, otwarta i tolerancyjna, w ciągłym partnerskim dialogu z rodzicami. To pomaga. Dzieci w Australii są dziećmi – są niecierpliwe, głośne, bywają niegrzeczne, znudzone, robią zamieszanie. Nikt się temu nie dziwi, nie ma polskiego wymogu, aby były grzeczne, nie przeszkadzały i trochę bały się dorosłych. W szkole mamy dzieci właściwie z całego świata, o różnej religii, kulturze, kolorze skóry. Uważam, że dla dzieci jest to wspaniała lekcja.

Zaprzyjaźnione matki nie prowadzą wiecznej wojny, która ma lepiej, która ma gorzej, kto robi ładniejsze muffinki i lepiej ogarnia. Wszystkie doskonale widzimy, że codziennie wykonujemy syzyfową pracę i dajemy sobie kredyt na dni, w których przychodzimy do szkoły w dresie, mamy gorszy poranek i natychmiast potrzebujemy kawy. Liczy się nasza mała społeczność, w której dbamy o dobrą atmosferę. W zeszłym tygodniu trzy razy widziałam matki z rocznika moich dzieci łykające na korytarzu łzy bezsilności. Tutaj mam wrażenie trochę mniej się udaje, ludzie są bardziej pewni siebie, więc nie czują, że muszą innym cokolwiek udowadniać. W Polsce jeszcze się tego uczymy. Nadal powiedzenie, że mam dziś dość dzieci uważa się za odważne.

Szkoły są ściśle rejonowe, więc wszystkie jesteśmy sąsiadkami. Lubię to klepanie po plecach, wsparcie, żarty, komplementy. Kiedy ktoś zachoruje, robimy do słoików zupy, kiedy ktoś jest spóźniony, odbieramy cudze dzieci ze szkoły, opiekujemy się młodszym rodzeństwem. A wieczorami chodzimy na wino ponarzekać na mężów i dzieci, po czym pod koniec wieczoru oglądać jednak ich słodkie zdjęcia w telefonach. Mam wrażenie, że nikt nikomu nie zazdrości, bo mieszkam w dzielnicy, w której wszyscy mamy bardzo podobną sytuację.

A jakie ciekawe rozwiązania oferuje szkoła w Australii, których nie ma w Polsce?

Tutaj dzieci idą do szkoły szybciej. Szkoła jest przyjazna, więc nikt nie zastanawia się nad gotowością dziecka. My mieliśmy małe problemy na początku, z językiem, ale one bardzo szybko minęły. Wszyscy starali się nam pomóc, jak mogli – dyrekcja, nauczyciele, inni rodzice, a dzieci szkołę pokochały.

W klasie jest główny nauczyciel i nauczyciel wspomagający. W jednej z klas moich dzieci (chodzą do trzech różnych) jest dziecko autystyczne i dla niego jest dodatkowa pomoc. Do pomagania zachęca się również rodziców. Codziennie w każdej klasie może być dwóch rodziców w wyznaczonych godzinach (tzw. „parent helper”). Wykorzystuję tę możliwość i często chodzę do szkoły (za każdym razem do innej klasy, bo moje dzieci są w różnych klasach). Przyglądam się interakcjom dzieci, analizuję program, podpatruję, co się dzieje. Moje dzieci to uwielbiają. Pomagam nauczycielowi w zaprowadzeniu dyscypliny, w rozkładaniu materiałów, w sprawdzaniu prac dzieci.

Zajęcia zawsze zaczynają i kończą się o tej samej porze. Jest to też duże ułatwienie dla rodziców. I pracodawców. Normalnym widokiem są ogłoszenia, w których jako czas pracy podaje się „godziny szkolne”, bo tutaj, w Australii, te godziny są podobne i zwykle oscylują pomiędzy 9.00 a 15.00.

W szkole obowiązuje mundurek. Nie za bardzo podobał mi się ten pomysł, bo sama pamiętam, że fartucha nienawidziłam. Ale uniformy tutaj w niczym nie przypominają fartucha. To koszulki polo, spodenki, spódniczki i dodatkowo sukienki dla dziewczynek. W całej Australii te uniformy są takie same, różnią się tylko kolorami i logo szkoły. To ogromna wygoda dla rodziców!

Ciekawostką, która ogromnie mnie tutaj zdziwiła, jest fakt, że dzieci każdego roku miksuje się między klasami. To znaczy, że jak w pierwszym roku siądziesz koło Summer, to może się okazać, że w drugim to się już nie uda, bo Summer będzie już chodziła do innej klasy. Na początku bałam się, że dzieciom będzie przykro rozstawać się z kimś, z kim się zaprzyjaźniły i możliwe, że tak będzie, ale są przerwy i jest czas po szkole, który spędza się wspólnie. W końcu wszyscy jesteśmy sąsiadami, więc jeśli z kimś się zaprzyjaźnią, ta znajomość przetrwa. To rozwiązanie ma wiele plusów. Po pierwsze niejako wymusza otwartość. Po drugie zmniejsza szanse na powstawanie grupek. Po trzecie – jeśli nie odpowiada Ci nauczyciel, spokojnie, za rok będziesz mieć innego. Po czwarte – cała szkoła staje się zgraną paczką. Nie tylko dzieci, ale ich rodzice również, bo poznaje się wszystkich uczniów i ich rodziców. Dzięki temu można się bardzo zżyć ze swoją małą szkolną społecznością.

Innym ciekawym rozwiązaniem są przypisani dzieciom koledzy i koleżanki ze starszych klas, z którymi regularnie się spotykają. Te młodsze dzieci na tym korzystają, bo dzięki temu nie czują się zagubione, a te starsze uczą się opieki nad młodszymi. I nie ma nękania młodszych.

W australijskiej szkole obowiązuje rejonizacja. W praktyce oznacza to, że szkoła przyjmuje dzieci, które mieszkają w sąsiedztwie. To dlatego wszyscy jesteśmy sąsiadami, a do szkoły w 98% dni chodzi się piechotą albo jeździ rowerem czy hulajnogą.

Poza tym szkoła podzielona jest na trzy różne grupy (tzw. “fractions”), które cały rok ze sobą rywalizują. Rywalizacja jest głównie sportowa, ale żetony można też dostać za bezinteresowną pomoc, za współpracę, za utrzymywanie porządku. Żetony rozdają nauczyciele, dyrekcja i administracja szkoły, a dzieci potem wrzucają je do urn oznaczonych swoim kolorem. Frakcja, która w danym tygodniu wygrywa, dostaje w piątek na dużej przerwie lody, które rozdaje Pani dyrektor. Każda frakcja ma swój kolor koszulki, którą można ubrać w każdy piątek i na każde wydarzenie sportowe. Super motywacja dla wszystkich uczniów.

Na co kładzie się nacisk w kształceniu dzieci?

Nacisk kładzie się na dążenie do bycia najlepszą wersją siebie, kreatywne myślenie, pracę zespołową, fair play i otwarcie na drugiego człowieka.

Czy to, że masz trojaczki ma tam jakieś znaczenie?

Oprócz tego, że matki ze szkoły dały mi niewidzialną koronę, raczej nie 🙂 Zupełnie zresztą niepotrzebnie ta korona, przecież nie robię nic szczególnego, a wręcz podziwiam mamy trójki dzieci, ale w różnym wieku.

Jak wygląda w Australii opieka zdrowotna w przypadku dzieci?

Z dzieckiem chodzi się tutaj do lekarza pierwszego kontaktu, który, jeśli jest potrzeba, zaleca wizytę u specjalisty. Rodzic w szpitalu traktowany jest jak człowiek, z empatią, z własnym łóżkiem. Szczepienia są obowiązkowe, a rezygnacja z nich ma różne konsekwencje.

Twoje dzieci są dwujęzyczne. Jak porozumiewacie się w domu? Co daje im dwujęzyczność?

Ja rozmawiam z dziećmi po polsku. Po polsku też im czytam i po polsku oglądamy bajki. Mąż rozmawia z dziećmi po angielsku. Dzieci są zachwycone, kiedy powiem do nich coś po polsku przy kolegach albo kiedy w szkole czytam po polsku czy opowiadam o naszej Ojczyźnie. Chodzą też w soboty do polskiej szkoły. Co im to da, nie wiem. To pewnie okaże się w przyszłości.

A jak wyobrażasz sobie ich przyszłość? Możliwe, że będą studiować w różnych krajach….

Nie myślę o tym. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że będę mieszkać w Australii, wyśmiałabym go. Nie planuję aż z takim wyprzedzeniem, nie zamartwiam się wyimaginowanymi problemami. Wychodząc z założenia, że „Zmartwienia to odsetki płacone z góry za długi, których może nigdy nie zaciągniesz”, nie myślę o tym. Pomartwię się, jeśli stanie się to faktem. Na pewno nie będę trzymała dzieci pod kloszem i zmuszała ich do spędzania ze mną każdej wolnej chwili. Marzę o tym, aby wychować pewnych siebie obywateli świata. Granice czy przestrzeń nie mają dla mnie dużego znaczenia. Świat się bardzo skurczył.

A jak wyobrażasz sobie swoją przyszłość, kiedy dzieci dorosną?

Jeśli pytasz o to, jaką będę babcią, to na pewno będę pomagać, jeśli dzieci będą tego chciały, ale raczej nie mam zamiaru wychowywać wnuków, bo od tego są rodzice. Uważam jednak, że wspaniale jest stworzyć wielopokoleniową rodzinę i mieć fajnych dziadków. O związek trzeba dbać, będę więc zostawać z wnukami, aby moje dzieci miały chwilę na pobycie ze swoim partnerem. Cenię to u moich rodziców i teściów.

Ponownie jak poprzednio – nie myślę o swojej przyszłości. Swoją energię koncentruję na dzisiejszym dniu. Życie tyle razy mnie zaskoczyło, że nie marnuję już czasu na drobiazgowe planowanie czegokolwiek. To dlatego nawet mam na ciele tatuaż z napisem „Carpe diem”, a fragment Pieśni Horacego „Chwytaj dzień (carpe diem, przypisek), bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują Bogowie” to moje życiowe motto. 

Dużo gotujesz – co gotowałaś w Polsce, a co przeważa teraz na Waszych domowych talerzach?

Moja kuchnia się nie zmieniła. Dalej królują w niej potrawy z całego świata. Coraz więcej możemy eksperymentować, bo dzieci są coraz bardziej otwarte na nowości. Ostatnio nawet polubiły chili, ku mojej radości, bo uwielbiam ostre jedzenie. Jestem szczęśliwa, kiedy mogę z dziećmi dzielić moje ulubione doznania, jak na przykład sushi train, na który, teraz już w piątkę, wydajemy małą fortunę.

Co inspiruje cię w kuchni?

Uwielbiam jeść i gotować. Podpatruję ulubionych szefów kuchni (Donna Hay i Jamie Oliver aktualne królują), zbieram książki kucharskie, kupuję gazety poświęcone kuchni, śledzę blogi, w restauracjach robię zdjęcia potraw. Wychowałam sobie rodzinę smakoszy.

Biegasz, prowadzisz bloga, dom, ogarniasz rodzinę – jak organizujesz sobie czas? Czy bardzo musiałaś zmienić swoją organizację dnia po przeprowadzce?

Nie. Nie pracuję na etacie, więc kiedy dzieci są w szkole, mam czas na własne projekty i rozwój. Żyję z listą zadań (realistyczną i na miarę możliwości) i jestem bardzo zdyscyplinowana. Bez planu nic się nie wydarzy. Jak to powiedział Franklin „If you fail to plan, plan to fail”. Głęboko w to wierzę, to dlatego nawet mój pierwszy autorski produkt to zestaw do planowania czasu.

Jak biegało Ci się w Polsce, a jak biega się w Australii?

Tutaj często jest za gorąco, w Polsce był smog. I tu i tu są plusy i minusy. Wybrałam takie miejsce do życia tutaj, że na wyciągnięcie ręki mam 9 km nadmorskiej promenady. Ale w Polsce biegałam po polach i też było pięknie. Inaczej, ale też pięknie. Biegając słucham audiobooków, co bardzo każdemu polecam. 

Za czym w Polsce tęsknicie, gdy jesteście w Australii i odwrotnie?

Kiedy mieszkamy w Polsce, tęsknimy za wiecznym słońcem, luźnym podejściem do życia Australijczyków, otwartością, grzecznością, uśmiechem na ulicy i czystością. W Australii tęsknię za byciem u siebie, za rodziną, za przyjaciółmi, za polską muzyką, teatrem, telewizją, radiem, za pysznym jedzeniem, za szykiem i elegancją Polek i za niepowtarzalnym klimatem Krakowa. Można powiedzieć, że tutaj tęsknię za wszystkim, co polskie. Nigdy nie potrafiłam zrozumieć emigrantów, nagle zachłyśniętych zagranicą. I tu i tu są plusy i minusy, trudności, problemy, tak jak mówiłam, mamy podobne. Polska to nie jest kraj bez możliwości, nękany wojną, żebyśmy musieli z niego uciekać, czy się go wstydzić. Australię oceniam obiektywnie. Raj może być wszędzie, gdzie sobie go stworzymy. Gdyby nie mąż, na pewno nie mieszkałabym za granicą. 

Jak wygląda Wasz rodzinny dzień roboczy, a jak spędzacie weekend w Australii? Jak to było w Polsce?

Nasz weekend i tutaj i w Polsce kręci się wokół dzieci. Jeździmy na rowerach, chodzimy na plażę, do parku, gramy w gry planszowe, gotujemy, w każdą niedzielę kolację jemy w „domowym kinie” – oglądając wybrany wcześniej film. Właściwie podobnie wyglądał nasz weekend w Polsce. W zimie chodziliśmy na sanki, lepiliśmy bałwany. W Polsce częściej spotykaliśmy się z rodziną i przyjaciółmi, czego tutaj bardzo nam brakuje. 

Czy macie w planach powrót do Polski?

Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. W Polsce jest mój dom, Polskę pokochał mój mąż. Możliwe, że wrócimy. Przyzwyczailiśmy się do przeprowadzek, mamy barwne życie i nas (w przeciwieństwie do otoczenia) to nie męczy.

Czy planujesz więcej dzieci? 

Nie. Po pierwsze – zawsze chciałam mieć trójkę dzieci. No może nie za jednym zamachem, ale zawsze trójkę:) O konfiguracji płci nie myślałam, ale marzyłam o córce, złożyło się więc idealnie. Po drugie – lubię moje dzieci w wieku, w którym są w stanie wyartykułować swoje potrzeby. Możemy razem robić tysiące fajnych rzeczy, które bawią i cieszą także mnie. Po trzecie – zamknęłam już niektóre etapy – pieluchy, smoczki, nauka chodzenia. Nie chcę już do nich wracać. Po czwarte – trochę się boję. Co by było, gdyby znowu urodziły się trojaczki? 🙂

Skąd czerpiesz siłę na co dzień?

Siłę fizyczną czerpię z nastawienia do życia, zdrowej diety i ćwiczeń. Nałogowo biegam i uprawiam sport, codziennie przynajmniej godzinę. Uwielbiam to. Nie palę, ale za to kocham wino i kawę. I bardzo mało śpię, za mało.

Czego chciałabyś nauczyć swoje dzieci?

Tolerancji, otwartości, ciekawości, empatii. Wychodzi w sumie prawie na jedno 🙂 

 

Zdjęcia: Archiwum prywatne