11.05.2018

Bali – podróż, która zmieniła życie

Z Martą Komosą, czyli doradcą holistycznym i mamą 6-miesięcznego Michaela spotkałam się kilka dni przed ich wylotem na Bali. To miała być pierwsza podróż samolotem małego Mikiego, dla Marty z kolei powrót do miejsca, w którym spędziła ostatnie cztery lata swojego życia. Dlaczego się tam znalazła? Co w sobie zmieniła dzięki pobytowi na wyspie tysiąca bogów? Jej historia zaczyna się dość niewinnie. Kupiła bilet i pojechała w samotną podróż, która miała się skończyć po kilku tygodniach. Tuż po wylądowaniu wiedziała jednak, że z Bali zwiąże się na dłużej.

Marta Komosa bardzo szczerze opowiada o swoim życiu i o tym, co sprawiło, że pewnego dnia podczas wakacyjnego pobytu na Bali, sięgnęła po telefon, zadzwoniła do rodziny i poinformowała ich, że zostaje na wyspie. Przynajmniej przez najbliższe trzy lub cztery lata. Tak czuła, że właśnie tyle czasu potrzebuje, by odnaleźć się na nowo. Na Bali pojechała trochę przypadkiem, a trochę dlatego, że słyszała od wielu znajomych o niezwykle silnej energii tej wyspy. O tym indonezyjskim skrawku Ziemi położonym na Oceanie Indyjskim mówi się, że jest wyspą tysiąca bogów, a wielu ludzi przyjeżdża tam, by zagłębić się w siebie. Zupełnie jak Elizabeth Gilbert, autorka i zarazem bohaterka głośnej książki „Jedz, módl się i kochaj”, która w wieku trzydziestu kilku lat wywróciła swoje życie do góry nogami i udała się m.in. na Bali, by zmienić siebie. Martę ta wyspa wezwała. Tak uważa. „W świecie zachodnim rzadko zagląda się w siebie, nie ma się też dużego kontaktu z naturą. Niewielu ludzi ma pojęcie czym jest energia. A energią jest wszystko dookoła nas, słowa, myśli, ludzie. Bali słynie z tego, że ma bardzo silną aurę. To wspaniałe miejsce mocy z dość złożoną kulturą, gdzie hindu przemieszane jest m.in. z buddyzmem. Przyjeżdżają tam ludzie z całego świata, by popracować nad sobą. W naszych realiach zatrzymujemy się dopiero wtedy, kiedy coś się dzieje, rozpada związek, czujemy wypalenie w pracy lub mamy problemy zdrowotne. Zaczynamy zadawać sobie pytania o nas samych i wartości, którymi się kierujemy. Ze mną tak właśnie było” – opowiedziała Marta.

W jej życiu wiele wydarzyło się bardzo wcześnie. Jako nastolatka zakochała się w obcokrajowcu, jako 23 latka wzięła ślub, a rok później wyprowadziła się zagranicę, by być blisko męża. Myślała, że to jest właśnie to, czego chciała. Niestety kilka lat później jej związek się rozpadł się, a ona wróciła do Warszawy, by poskładać swoje życie na nowo. „Wspierałam się terapią i wciąż zadawałam pytania kim jestem, kim chce być, czego pragnę naprawdę” – zdradziła. Stan zawieszenia trwał przez kilka lat, aż do momentu, gdy nie postanowiła pojechać na Bali. Zostawiła pracę w agencji eventowej i spakowała walizkę. Miała układ z szefem, że wyjeżdża na trochę, ale jak wróci do Polski, to praca wciąż będzie na nią czekać. „Oczywiście, że czytałam „Jedź, módl się i kochaj”. Wiele osób uzna pewnie, że to głupia amerykańska książka, ale historia, którą opowiedziała autorka przydarza się wielu osobom. Mnie także” – przyznała.

Pierwsze tygodnie na Bali, po tym już jak poinformowała swoich bliskich, że nie wraca, przypominały trochę tułaczkę po wyspie. Jeździła, dużo zwiedzała i szukała swojego miejsca. W końcu trafiła do Ubud, czyli położonego wewnątrz wyspy, wśród pół ryżowych i dżungli, miejsca które z roku na rok zdobywa coraz większą popularność wśród osób z zachodu. To centrum duchowości, jogi, kultury i medytacji. „Ubud w sanskrycie znaczy uzdrowienie” – zdradza Marta. To właśnie tam poznała Meghan, Amerykankę z Nowego Jorku, która razem ze swoim mężem Balijczykiem od lat organizuje słynny BaliSpirit Festival, przyciągający tłumy ludzi. „Gdy pierwszy raz się tam znalazłam nie mogłam uwierzyć, że w jednym miejscu jest tylu pięknych ludzi. Nie chodzi mi wcale o ich wygląd zewnętrzny. Mam na myśli niesamowitą energię, jaką emanowali. Uśmiechali się całymi sobą” – opowiada Marta. Z Meghan, która dała jej pracę przy organizacji festiwalu szybko się zaprzyjaźniła. „Napisałam do niej, że w Polsce pracowałam przy eventach. Od razu spotkałyśmy się i usłyszałam, że zaczynam następnego dnia. Ale jak to? Czym będę się dokładnie zajmować. Meghan stwierdziła, że to wyjdzie w praniu” – śmieje się.

Koszty życia na Bali nie są wysokie. Jeśli przyjeżdżasz tam z kapitałem, to możesz wydzierżawić ziemię, ponieważ obcokrajowcy nie mogą jej kupić, i budujesz piękną willę w cenie zakupu warszawskiej kawalerki. Marta miała jednak skromne oszczędności, więc wynajęła po prostu mieszkanie. „Uznałam, że jeśli mam zarabiać 3,5 tys. w Warszawie i tyle samo na Bali, to zdecydowanie bardziej wolę żyć na Bali” – przyznała.

„Nigdy nie miałam poczucia, będąc w Indonezji, że coś mnie omija” – uważa. Na przestrzeni lat zdefiniowała na nowo w swojej głowie pojęcia takie, jak „kariera”, czy „sukces”. Zmieniło się jej to po pobycie w Luksemburgu, gdzie mieszkała z byłym mężem. Pracowała wtedy w firmie rekrutującej ludzi do korporacji. „Takie życie stanowiło dla mnie wtedy punkt odniesienia. Myślałam, że kończymy studia, a potem zaczynamy budować swoje CV. I nie można pójść inną drogą, bo przecież jak zepsujemy sobie CV to nikt nas już nie przyjmie. Czasami tęskniłam za Polską i zastanawiałam się właśnie, czy coś mnie nie omija. Znajomi robili kariery w korporacjach, a ja poprzez zmiany miejsc, nie pięłam się po szczeblach w żadnej firmie. A może powinnam pójść inną drogą? Wytrzymałam w takim stanie świadomości 3 lata. Wkrótce zorientowałam się, że jest to kompletnie nie dla mnie. Wierzyłam w inny świat, w którym ludzie żyją wolniej, bardziej świadomie i swobodniej” – wspomina Marta.

Na Bali pomogły jej różne formy medytacji. Spróbowała nawet vipassany, polegającej m.in. na obserwowaniu swojego oddechu przez osiem godzin dziennie. Jadąc na Bali nie miała poczucia, że potrzebuje przyjąć lokalną religię, aby rozwijać się duchowo. Marta pochodzi z katolickiej rodziny, w której świat religijny był dosyć uporządkowany. Do swoich pierwotnych przekonań, dodała nowe. Najlepszym lekarstwem na jej duszę okazał się w końcu świadomy taniec. „W Ubud żartujemy, że mamy nasz „kościół”, czyli Sunday Dance. To miejsce, gdzie można wytańczyć swoje serce. Co niedzielę gromadzą się tam ludzie, by wejść do środka i tańczyć w rytmach nowoczesnych mantr, czy muzyki etnicznej. Nie ma tam używek. Każdy może robić to, co chce, byleby szanował innych i ich przestrzeń. „Ludzie wpuszczani są do środka partiami. Przed budynkiem niektórzy stoją nawet po 2 godziny”.

Życie Marty zaczęło zmieniać się na dobre, gdy na początku zeszłego roku zorientowała się, że jest w ciąży. Jej dziecko było chciane, ale nieplanowane, jak sama się śmieje. Od dłuższego czasu czuła już, że jest gotowana na macierzyństwo i chce być mamą. Nie prowadziła jednak bardzo uporządkowanego życia, więc decyzję o założeniu rodziny odłożyła na później. Nie na długo, ponieważ dość szybko od momentu, gdy uzmysłowiła sobie, jak bardzo chce mieć dziecko, zaszła w ciążę. Nie była jednak w stałym związku z tatą Michaela, który jest podróżnikiem i vagabondem (luźno tłumacząc – włóczęgą). Zastanawiała się więc, czy sama ze wszystkim sobie poradzi. „Gdy zaczęłam podejrzewać, że jestem w ciąży, postanowiłam jeszcze chwilę poczekać ze zrobieniem testów. Moja głowa nie nadążała za tym, co się wydarzyło. Potrzebowałam chwili, by ochłonąć, poukładać sobie wszystko i zmierzyć się z wewnętrznymi lękami” – zdradza Marta.

Na Bali spędziła połowę ciąży. Bardzo chciała tam urodzić, ale ze względów zdrowotnych musiała na czas porodu wrócić do Polski. Miała cesarskie cięcie, chociaż marzył jej się poród naturalny w ukochanym Ubud. „Wiesz, jak bym to zrobiła, gdybym została na Bali?” – zapytała mnie z uśmiechem. Jak? „Urodziłabym w wannie w pięknej willi moich znajomych, pomimo tego, że porody domowe są w Indonezji nielegalne” – przyznała. Na Bali odbywają się porody lotosowe, poród jest wydarzeniem dużo bardziej mistycznym, niż tylko fizycznym. Oczywiście są też różne szpitale, jeśli potrzebna jest pomoc lekarzy.

W Ubud jest jednak pewne szczególne miejsce – Centrum Naturalnych Narodzin Bumi Sehat, założone przez amerykańską położną filipińskiego pochodzenia. Robin Lim przyjechała na Bali w latach 70. i otworzyła klinikę, w której nie ma lekarzy tylko świetne położne, lokalne i zachodnie. Lim słynie z tego, że jeździ do miejsc, dotkniętych kataklizmem. Gdy nagle stanie się coś bardzo złego, w wyniku stresu kobiety zaczynają wcześniej rodzić. By pomóc ludziom Robin udaje się do nich i przyjmuje porody. „Jest naprawdę niezwykłą kobietą, o której jest głośno na całym świecie” – podkreśla.

Jak dzisiaj wygląda życie Marty? Jest szczęśliwą mamą Mikiego. Przez ostatnie miesiące spędzone w Polsce łączyła świeże macierzyństwo z doradztwem holistycznym i pomaganiem kobietom w odnalezieniu siebie. W każdą pełnię księżyca i nów prowadziła również „Kręgi kobiet” – spotkania z osobami, zaglądającymi w głąb własnej duszy. Po czterech latach spędzonych na Bali, tak jak sobie pierwotnie założyła, poczuła, że ma już coraz więcej wiedzy i doświadczenia, które chciałaby przekazać innym. „Nie wiem, może po Bali przeniesiemy się do Portugalii? Ostatnio powstaje tam coraz więcej świadomych społeczności” – zastanawia się. Kilka dni po naszej rozmowie miała jednak wylecieć z synkiem na Bali na sześć tygodni.

P.S: Tuż przed publikacją tego artykułu, napisałam do Marty z pytaniem „I jak?”. „Cześć! Jest nam cudnie, Miki się super rozwija, zostajemy jednak dłużej” – odpisała. Czyżby Bali nie chciało jej jeszcze wypuścić?

 

Zdjęcia: archiwum prywatne Marty Komosy