05.09.2018

12m2 i cały świat, czyli jak żyje się w kamperze!

Myślisz – rodzina w kamperze, widzisz romantyczne obrazki robione o zachodzie słońca, w tle volkswagen – ogórek i klimaty boho. Dokładnie tak wyglądała pierwsza kamperowa wyprawa Marty – fotografki, blogerki, autorki przepisów i jej córki, wówczas dwuletniej- Mii. Zjeździły Nową Zelandię. Potem przyszła pora na europejskie wyprawy rodzinne. Właśnie wracają z Wysp Brytyjskich do Berlina. Przez Hiszpanię i Portugalię, bo czemuż by nie.

Z Martą rozmawiam przez Skype. Nie widzimy się, bo zaparkowała samochód gdzieś na poboczu autostrady, w okolicach Newcastle i połączenie jest na tyle słabe, że nie „udźwignęłoby” wideo. Wystarczy nam głos. W tle słyszę Tomka, męża Marty i Mię, ich 3-letnią córkę. Są w podróży od dwóch miesięcy. W połowie września planują zjechać do Berlina, choć Marta po cichu liczy, że po kilku dniach w przedszkolu Mia zarządzi powrót „na trasę”. Wtedy, jeśli się uda, będą podróżować aż do następnej jesieni. Choć zjeździli prawie cały świat, to dopiero druga kamperowa wyprawa całej rodziny. Najpierw dziewczyny, we dwójkę wyruszyły do Nowej Zelandii. Marta za grosze wynajęła kultowego Volkswagena „ogórka” z lat sześćdziesiątych i przez trzy tygodnie jeździły po Nowej Zelandii. Brzmi bosko? „I było, chociaż maksymalna prędkość, jaką rozwijał nasz samochód to 60 km/h a przez ostatnie trzy dni psuł się nieustannie. Ale Mia była zachwycona, dlatego po powrocie do Berlina postanowiłam z moim mężem, Tomkiem, że kupujemy kampera,” wspomina Marta.

WŁASNE CZTERY KÓŁKA

Dlaczego od razu zdecydowała się na zakup? Bo długoterminowy wynajem plus ubezpieczenie to gigantyczne koszty. Taniej było kupić 25-letni samochód i jeździć nim, dopóki się nie rozwali. „A rozwalił się podczas powrotu do domu. Na jednym z autostradowych zjazdów odpadło koło,” śmieje się Marta. „Szkoda, bo to był bajecznie wygodny kamper. Ten nowiutki, którym jeździmy teraz, nie dość, że jest mniejszy, to też się psuje,” zdradza, ale dodaje też, że „życie na drodze” uodparnia człowieka na takie historie. Ilekroć pada elektryka czy pęka rura, zalewając cały dobytek, Marta po prostu się śmieje. “Ponoć, gdy człowiek robi plany, pan bóg się śmieje. A z nas ma chyba ubaw nieustannie, więc śmieję się razem z nim,” przyznaje podróżniczka.

INSTAPODRÓŻ

Każdy etap wyprawy rodziny jest dokumentowany na Instagramie. Konto Marty obserwuje 420 tys. osób. I zapewne większość, tak jak ja, widząc jej poranki przy kawie w najbardziej malowniczych zakątkach Europy, totalnie jej zazdrości i zastanawia się, jak logistycznie zorganizować taką wyprawę. “Podróżowanie kamperem wydaje się skomplikowane, ale w rzeczywistości nie ma nic prostszego,” zdradza Marta. “Tę pierwszą wyprawę niepotrzebnie komplikowałam. Myślałam, że będzie drogo, a było zdecydowanie taniej, niż przy tradycyjnych podróżach. Zapakowałam zdecydowanie za dużo rzeczy, chciałam koniecznie zrealizować wszystkie punkty programu. W tym roku jest zdecydowanie łatwiej,” Marta wylicza rzeczy, które zabrała na pokład domu na kółkach: ubrania, ale nie za dużo, bo raz na 10 dni robią pranie, trochę naczyń i rekwizytów do zdjęć (nawet w trasie Marta codziennie pracuje jako fotografka i stylistka jedzenia), koszyk zabawek dla córki, ale i tak najważniejszą zabawką jest plastelina, Kindle zamiast książek, jedzenie, które zabiera najwięcej miejsca. “Wyszłam z założenia, że jak czegoś zabraknie – dokupimy. I jedyne co trzeba było kupić to rower dla Mii.” Czy kamperowa kuchnia kulinarnej blogerki jest wypasiona? “Zdecydowanie nie. Jest mała i gdy gotuję w samochodzie, nie ma miejsca dla nikogo więcej,” przyznaje. Ale nawet w tej ograniczonej przestrzeni Marta potrafi wyczarować cuda. Jej blog i instagram, zanim stał się kroniką podróżniczą, traktował przede wszystkim o jedzeniu. Marta robiła fenomenalne śniadania i fotografowała je tak, że ślinka ciekła. Robi to do dziś, choć przyznaje, że element podróżniczy był tą odmianą, której potrzebowała. A gdy ma dość gotowania w aucie, wyciąga grill, który rodzina pokochała. Nie wymaga od kucharza siedzenia w ciasnej kuchni, no i potrawy jedzone z widokiem na morze czy ocean smakują najlepiej. I choć Marta, Tomasz i Mia zwiedzają najpiękniejsze miejsca w Europie, rzadko zaglądają do restauracji i jeszcze nigdy nie zdarzyło im się zatęsknić za “zwykłym” życiem do tego stopnia, żeby zaparkować pod hotelem i spędzić noc w wynajętym pokoju. Czasem tylko odwiedzają znajomych mieszkających na trasie. Wówczas noc w klasycznym łóżku jest dziwna, ale kąpiel w wannie jest ultraprzyjemna, bo choć w samochodzie Marty i Tomasza jest prysznic, nie należy on do najwygodniejszych. “Ale to i tak ogromne udogodnienie. W poprzednim aucie w grę wchodziło tylko polewanie się kubkiem z wodą,” wspomina mama Mii.

NIE MA RUTYNY

Czy mieszkając w samochodzie i codziennie pokonując kilometry, da się ustalić jakiś plan dnia? “Każdy dzień jest inny, bo Mia codziennie ma inny nastrój i ochotę, na co innego. Ale zawsze wstaję o 6 rano, robię dobrą kawę, piję ją i patrzę co mam do zrobienia. Zaczynam robić kolejne rzeczy, dopóki Mia nie wstanie, w międzyczasie mój partner też zaczyna pracę. Jak Mia się budzi, robię jej śniadanie, idziemy się bawić na zewnątrz. Tomasz kończy pracę i na jakieś 2 godziny ją przejmuje, żebym ja mogła wyrobić się ze wszystkim. Praca jest skończona o 13 i możemy decydować, co robimy dalej. Jeśli ruszamy w trasę, planujemy to z mapą w ręku, żeby zatrzymać się w jakimś ciekawym miejscu. Nie korzystamy z kempingów i wyznaczonych miejsc. Lubimy dzikie miejscówki, z pięknymi widokami,” opowiada Marta. “Odkąd urodziła się córka, mam jakieś 40 proc. mniej czasu na pracę, ale dzięki temu jestem bardzo zorganizowana. No i przecież moja praca nie jest pracą: robię jedzenie, fotografuję je i jem. To jest bardzo proste,” śmieje się.

DZIECIŃSTWO BEZ PRĄDU

Mia zupełnie nie tęskni za “cywilizacją”. Cały czas spędza z rodzicami. Mnóstwo rozmawiają, czytają książki, bawią się. Totalnie dzieciństwo “unplugged”. “Nasze dziecko zrobiło się bardzo otwarte, ciekawe, nie ma żadnych granic. W niczym nie widzi problemów i jest totalnie wolna. Zastanawiam się, jak to będzie, gdy wrócimy do miasta i będzie trzeba iść do przedszkola,” przyznaje Marta. W ich wypadku edukacja domowa nie wchodzi w grę, bo niemieckie prawo nie dopuszcza takiego rozwiązania. Jeśli więc Mia będzie chciała dalej mieszkać “w autku” rodzina rozważa powrót do Polski, bo tutaj homeschooling jest dopuszczalnym rozwiązaniem. Zwłaszcza że Marta i Tomek podróżują przez cały rok. Zimą uciekają w miejsca, gdzie jest cieplej, ale kampera zostawiają w Berlinie. “W marcu mieszkaliśmy w chacie rybackiej nad oceanem, w Portugalii. Plaża była naszym podwórkiem. Zero tursytów. Jeździliśmy po północnej Portugalii, dom był w dobrej cenie. I to fantastyczne miejsce na pierwszą kamperową wyprawę z małym dzieckiem. Portugalczycy uwielbiają dzieci! Wcześniej, byliśmy w Finlandii na safari z psami husky,” wylicza podróżniczka. A jak to wygląda od strony finansowej? “Te koszty wszystkie się równoważą. Ja szukam dobrych okazji, więc wydajemy tyle samo, ile na życie stacjonarnie, w Berlinie,” zdradza.

RODZINNA TRADYCJA

Choć jest wiecznie w trasie, Mia ma świetny kontakt z dziadkami. Bardzo często rozmawiają na Skype, a rodzice Marty bardzo kibicują wyprawom córki i wnuczki. ” Moi rodzice nigdy nie powiedzieli, że zwariowałam pakując małą do kampera, bo sami robili podobnie. Gdy byłam dzieckiem, rodzice też wozili nas po świecie, samochodem z przyczepą. Mam dzięki temu fantastyczne wspomnienia i liczę, że z Mią będzie podobnie. A póki co widzę, że moja córka niesamowicie cieszy się z tego, że ciągle jest z nami. Gdy rano budzi się, wystawia buzię zza kotary oddzielającej łóżko od “reszty” samochodu, widzę, że jest najszczęśliwszym dzieckiem na świecie. Czego chcieć więcej?”

 

Zdjęcia: Archiwum prywatne