23.10.2019

Singapurskie slow life

Szczery uśmiech, sportowa sylwetka, naturalna słowiańska uroda. Oto Luiza Jacob – założycielka i projektantka warszawskiej marki Dream Nation. Prężnie rozwijająca się firma, piękna pracownia na Saskiej Kępie, udane życie rodzinne. Do tego niezwykła osobowość twórczyni marki, która uparcie i konsekwentnie realizowała wizję ekologicznego życia zawodowego i prywatnego w duchu slow life. I nagle punkt zwrotny – Luiza rzuca wszystko i wraz z rodziną emigruje do dalekiego Singapuru. Dwa lata po przeprowadzce rozmawiamy z Luizą o tym, jak to jest całkowicie zmienić swoje życie, żyć bez wsparcia rodziny i przyjaciół, odnaleźć nowy dom i być szczęśliwym w dalekim kraju.

Co skłoniło Cię do tak drastycznej życiowej zmiany i jak podjęliście decyzję o emigracji? Dlaczego właśnie Singapur?

Od kiedy sięgam pamięcią, czułam, że Polska nie jest dla mnie i że nie chcę się tam zestarzeć. A z wiekiem nauczyłam się cenić czas i nie tracić go na toksyczne związki, a taka była moja relacja z zimą w Warszawie… (okres od listopada do kwietnia był dla mnie ciężki). Zakładając optymistycznie, że będę żyć jeszcze 40 lat, z czego 20 (cennych ze względu na zmęczenie materiału) miałabym poświęcić czemuś, co mnie osłabia psychicznie i fizycznie? Kiedy tylko siadałam do plusów i minusów za pozostaniem w Polsce, zawsze wychodziło mi więcej „przeciw” … Kiedy osiem lat temu związałam się z moim partnerem Michałem, jednym z pierwszych wspólnych mianowników było marzenie o emigracji. Przez kilka lat kombinowaliśmy z Florydą, bo mieliśmy tam rodzinę, ale na szczęście nie wyszło. W końcu, kiedy miałam chwilowy kryzys wiary, Michał dostał kilka ofert pracy: z Luksemburga, Mediolanu i Singapuru. Wybór był prosty, bo Luksemburg wydawał się nudny, a Włochy ekstra, ale za 10 lat – na emeryturę.

Byłaś właścicielką jednej z pierwszych marek, które szturmem zdobyły polską scenę streetwear. Nie żal Ci było lat poświęconych na budowanie marki, własnego showroomu, wyjazdów na zagraniczne targi?

Na Dream Nation poświęciłam sześć lat i w momencie wyjazdu do Singapuru czułam się totalnie zmęczona. Kiedy zaczynałam kroić pierwsze legginsy w domu, nie marzyłam nawet, że będzie z tego poważny biznes i chyba nigdy nie byłam na to psychicznie gotowa. Największy fun miałam, kiedy działo się to na małą skalę, bez ciśnienia – jak coś wymyśliłam i uszyłam, rzeczy szły do ludzi, które je nosili, ale nic nie musiałam, czułam się wolną artystką. I nagle wydarzyła się okładka „Wysokich Obcasów” i wszystko się zmieniło. Szłam do parku i ludzie mnie zaczepiali, dostawałam dziesiątki maili z pytaniami, kiedy będą nowe rzeczy, zaczęło się ciśnienie. A ja miałam małe dziecko i byłam w ciąży z drugim. Pracowałam do samego porodu i od razu po urodzeniu młodszego syna wróciłam do pracy. Dziećmi zajmowała się niania na full time, bo mama „musiała” rozwijać firmę. Kiedy Marcus mial 10 miesięcy, zostawiłam go ze starszym Marcelem na miesiąc moim rodzicom, bo miałam tyle wyjazdów jeden po drugim… I jasne, świetnie było być w Las Vegas, Tokio czy Londynie, ale zjadało mnie poczucie winy. Gdybym szyła dresy z gotowej dzianiny z hurtowni, mogłabym wiele pracy oddać innym, ale ja wymyśliłam sobie projekt, którym tak naprawdę byłam ja. Materiały z certyfikatami zamawiałam z wyselekcjonowanych eko-fabryk na całym świecie. Potem jechały one do ekologicznych drukarni, w których drukowano moje autorskie wzory. Godziny spędzone nad projektami nadruków, potem godziny nad projektami ubrań, a po nich godziny na krojenie prototypów. W pewnym momencie robiłam jednocześnie bieżące kolekcje – damską, męską i dziecięcą – plus trzy kolekcje na targi na kolejny sezon. Do tego dodaj katalog, sesje zdjęciowe, social media, które też chciałam, aby były spójne, więc moje własne. Żyłam w ciągłej frustracji, że albo za mało robię w pracy, albo że za mało czasu spędzam z dziećmi. Kiedy w końcu okazało się, że wyjeżdżamy do Singapuru, poczułam wielką ulgę, że mogę ten projekt zawiesić. Jest to – i zawsze będzie – moje dziecko, włożyłam w tę markę wiarę i serce, rozwinęłam się jako artystka i nauczyłam wiele od strony praktyczno-biznesowej, ale nadszedł czas, by dać z siebie więcej moim chłopcom.

Z tej perspektywy wydaje się, że wyjazd za granicę spadł Ci z nieba. Opowiedz o samej przeprowadzce. Był płacz, burzliwe pożegnania i depresja po przyjeździe do nowego domu? Czy raczej euforia?

Michał wyjechał pierwszy – dwa tygodnie po tym, jak dostał pracę. A ja zostałam sama ze spakowaniem naszego całego „starego” życia w kartony. Człowiek do takiego momentu nie zdaje sobie sprawy, ile ma niepotrzebnych rzeczy. Bardzo chciałam zacząć z czystą kartą, przewartościować życie i z czasem zdecydować, czego mi tak naprawdę z tych kartonów potrzeba. Postanowiłam więc wyjechać z trzema walizkami. Pierwsze mieszkanie wynajęliśmy w pełni urządzone, były tam nawet garnki i talerze, więc po przyjeździe czułam się trochę jak w hotelu i to było fajne, bo bardzo lubię hotele. Singapur mnie zachwycił, bo był październik, a my mieliśmy słońce, palmy, plaże i baseny.

Brzmi jak bajka… A jak teraz, z perspektywy dwóch lat w Singapurze oceniasz swoje życie sprzed przeprowadzki? To była dobra decyzja? Dla Ciebie samej i dla Waszej rodziny?

Po dwóch latach życia tutaj moja relacja z Singapurem wyszła z fazy ślepego zakochania i zaczęłam widzieć w nim wady – plus oczywiście idealizować Warszawę. Ale nadal czuję, że była to najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć. Na pewno tęsknię za rodziną i za przyjaciółkami, dopiero będąc tutaj doceniłam, jakimi wspaniałymi ludźmi się otaczałam w Warszawie. Na szczęście co 2-3 miesiące ktoś do nas przylatuje i ten wspólny czas bardzo przyjaźnie na odległość umacnia. Bo jednak w Polsce spotykaliśmy się na kilka godzin co jakiś czas, a teraz, jak ktoś mnie odwiedza, to jesteśmy razem non stop przez trzy tygodnie – gdyby to przełożyć na te warszawskie wyjścia, to akurat by się zamknęło w roku (śmiech). Bardzo się zbliżyłam z moimi chłopcami, bo spędziłam z nimi przez te dwa lata więcej czasu niż ostatnie sześć lat w Warszawie. Zmiana życiowa była jednak ogromna i potrzebowali mojej bliskości tutaj. Nie wyobrażam sobie, żebym tuż po przeprowadzce oddała ich niani, a sama poszła do pracy. Wreszcie czuję, że ich wychowuję, że stajemy się partnerami i przyjaciółmi. Jestem też dumna z mojego partnera Michała, bo rozwija się tu zawodowo, a w Polsce dużo energii poświęcał na moją firmę.

Jak wygląda Wasze życie w Singapurze? Dla Was, czyli dla rodziny z dziećmi?

W lipcu przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania. Ponieważ chcemy tu zostać na dłużej, postanowiliśmy wynająć mieszkanie nieumeblowane i urządzić je po swojemu. Jak większość ekspatów, mieszkamy w tzw. condominium, czyli na zamkniętym osiedlu z basenami, kortem tenisowym, siłownią i tarasami do grillowania. Udało nam się znaleźć mieszkanie z drabinką do basenu prosto z naszego tarasu! Więc chłopcy po szkole wskakują do wody, żeby się schłodzić i popływać. I wiem, że brzmi to jak jakieś „wow”, ale wierz mi, takie są tutaj standardy życia. Po pracy czy szkole musisz się zrelaksować i odstresować, a wiadomo, że jest gorąco, więc basen – nawet mały – musi być. Dzieci chodzą do szkoły-nieszkoły, bo klasy liczą po dziewięciu uczniów, a lekcje kończą się o 12.45 i nie ma prac domowych! Pamiętam traumę polskiej podstawówki i bardzo chciałam im tego oszczędzić. Po pierwsze dzieciństwo, a po drugie nauka – a nie odwrotnie. Moim zdaniem podstawówka ma dzieciaki zachęcić do edukacji w przyszłości, a niestety często wychodzą z niej z traumami i blokadami do dalszej nauki. Na pewno łatwiej żyje się tu bezdzietnym, bo oprócz wynajmu mieszkania szkoły są największym wydatkiem w życiu ekspatów. Lokalsi, którzy narzekają, że płaci im się mniej niż przyjezdnym, dostają jednak mieszkania i szkoły od państwa.

Wskakiwanie do basenu po szkole faktycznie brzmi nierealnie! A jakie są największe różnice kulturowe między Polską a Singapurem?

Polska jest biała i katolicka, a Singapur wielokulturowy, a co za tym idzie – wielojęzyczny i wielowyznaniowy. W tym małym państwie-mieście żyją w zgodzie ze sobą buddyści, muzułmanie i chrześcijanie, mówiący w różnych językach urzędowych. Myślę, że model, jaki tu wypracowano, jest ewenementem na skalę światową, bo przy tym miksie rasowym przestępczość właściwie nie występuje, a wzajemny szacunek czuć na każdym kroku. Już od wczesnych lat szkolnych uczy się dzieci tolerancji. 21 lipca obchodzony jest Racial Harmony Day i wtedy dzieci przychodzą w swoich narodowych strojach i opowiadają innym o własnej kulturze. Święta religijne są tu równie ważne i dzięki nim jest w roku ponad 10 dni wolnych od pracy. I tak np. od kilku dni Singapur jest barwnie udekorowany, bo za tydzień jest wielkie hinduskie święto Deepavali. Idziemy wtedy do kolegi Marcusa z klasy na tradycyjną hinduską imprezę – nie mogę się doczekać, bo uwielbiam patrzeć na Hinduski ubrane w sari i kocham ich jedzenie. Dla moich dzieci to też ważne doświadczenie, bo poznają różne religie z całego świata.

Na pewno dzieciaki bardzo rozwija poznawanie ludzi z innych kultur i innych krajów. Tak samo jak podróże. Opowiedz o podróżach z dziećmi – macie tak blisko do wymarzonych z perspektywy Polski rajskich miejsc…

Czasem dostaję komentarze pod zdjęciami na Instagramie, że mam wypasione życie, bo ciągle gdzieś wyjeżdżamy. Rzeczywiście, co dwa miesiące jesteśmy na wakacjach, ale nie dlatego, że śpimy na pieniądzach tylko dlatego, że Singapur ma do tego idealne położenie geograficzne. Lot do Tajlandii zajmuje mniej niż godzinę, a kosztuje tyle, co pociąg na trasie Warszawa-Gdańsk! Podobnie z bazą noclegową – ostatnio wynajęliśmy ze znajomymi piękną willę na Bali, która kosztowała za dobę mniej niż przyczepa na Helu.

Wakacje w egzotycznych miejscach, życie wśród ludzi mówiących w innych językach… Jak Twoje dzieci odnalazły się w nowym miejscu? Mieliście jakieś problemy wynikające ze zmiany języka, kultury, przyjaciół?

Starszy Marcel przez dwa lata chodził w Warszawie do szkoły dwujęzycznej, więc podstawy angielskiego miał i dzięki temu po dwóch czy trzech miesiącach tutaj zaczął płynnie mówić. Z młodszym Marcusem było gorzej, bo kiedy tu przyjechaliśmy, nie dość, że nie pisał i nie czytał nawet po polsku, to jeszcze poszedł do chińskiego przedszkola, więc to mu dodatkowo cały proces skomplikowało. Dlatego przez pierwsze miesiące nie chciał wychodzić na dwór i bawić się z innymi dziećmi. Frustrowało go, że ich nie rozumie. Na szczęście tuż po przyjeździe poznaliśmy dwie polskie rodziny z dziećmi w podobnym wieku, więc towarzystwo do zabawy było. Teraz, po dwóch latach, mówią tak dobrze, że czasem między sobą czy z innymi polskimi dziećmi wtrącają angielskie słowa. Jest to bardzo zabawne.

Wszystko to składa się na ogromne życiowe zmiany… Co przeprowadzka zmieniła w Waszym życiu oprócz oczywistych aspektów wynikających z samej zmiany miejsca zamieszkania?

Nie będzie przesadą, kiedy powiem, że przeszłam w Singapurze osobistą rewolucję. Kiedy odzyskałam czas, który wcześniej poświęcałam pracy i energię, którą zabierała mi zima, zajęłam się zmianą stylu życia na zdrowszy. Dotarło do mnie, że najlepsza rzecz, którą mogę zrobić dla siebie i dla planety, to przejść na weganizm. Na szczęście klimat singapurski bardzo mi tą decyzję ułatwił, bo wybór świeżych owoców i warzyw jest tu ogromny – jemy je przez cały rok. No i nareszcie zaczęłam się ruszać! Pływam cztery razy w tygodniu, trzy razy w tygodniu chodzę na zajęcia jogi prowadzone na plaży, raz w tygodniu na ściankę wspinaczkową. Do szkoły z dziećmi jeździmy rowerami. Kiedy patrzę na swoje zdjęcia sprzed dwóch lat, zastanawiam się, czy to na pewno ja.

Sporo czasu poświęcasz na sport i zdrowy styl życia. Czy nadal zawodowo związana jesteś z projektowaniem? Nie tęsknisz za szalonymi czasami Dream Nation?

Lubię projektować, więc czasem robię printy na zlecenie dla innych firm, ale nie planuję związania się z modą na cały etat. No chyba, że pewnego dnia zapuka do mnie chiński inwestor, zdejmie ze mnie ciężar biznesowy, a mi pozwoli tylko projektować – wtedy zgodzę się na Dream Nation Azja (śmiech).

Opowiedz, co robisz dla siebie w kwestii zdrowia i urody. W Polsce, jak wiadomo, już wkrótce będziemy walczyć z przesuszoną od kaloryferów skórą i włosami. Jakie problemy urodowe masz w Singapurze?

Niewątpliwie plusem życia w tak wilgotnym klimacie jest fakt, że skóra jest tu super nawilżona. Balsamu do ciała zupełnie nie potrzebuję. Natomiast na twarz nakładam codziennie lekki krem z filtrem. Bardzo lubię azjatyckie kosmetyki, więc używam lokalnych toników, serum na noc i obowiązkowo – roślinnych hydrolatów, którymi spryskuję twarz i ciało. Lubię też azjatyckie kosmetyki do włosów, które chronią je przed słońcem i morską wodą.

Ostatnie pytanie, raczej retoryczne. Czy polecasz wakacje w Singapurze?

Lecąc do Azji, koniecznie trzeba zahaczyć o Singapur – chociaż na kilka dni! To świetny miks klimatu wakacyjnego – palmy i woda – z kulturą, jak na przykład dzielnica hinduska czy chińska. Do tego akcent supernowoczesny: multimedialne muzea czy bary na dachach drapaczy chmur. Już samo lotnisko Changi, które od siedmiu lat znajduje się na pierwszym miejscu listy najlepszych lotnisk na świecie, robi niesamowite wrażenie. W nowej części lotniska nazwanej „Jewel” znajduje się 40-metrowy wodospad otoczony tropikalną dżunglą. Singapur to zdecydowanie miejsce przyjazne dzieciom. Oprócz plaży i wody dzieciaki mają do zwiedzenia Universal Studios, galerie sztuki nowoczesnej z multimedialnymi wystawami, a wycieczka motorówką na okoliczne wyspy będzie dla nich totalną atrakcją.

Dziękujemy za wywiad i do zobaczenia w Singapurze! Życie Luizy i jej rodziny możecie śledzić na Instagramie: @luiza_jacob

Wywiad dla nas gościnnie przeprowadziła Judyta Wajszczak