04.05.2018

Zuza Kuczyńska – mama w świecie wielkiej mody. Dziecko to nie rewolucja. Zuza Kuczyńska o stylu, instynkcie i sukcesach.

Gdy Zuza Kuczyńska, założycielka uwielbianej marki bieliźnianej Le Petit Trou, zaszła w ciążę, wszyscy przekonywali, że dziecko wywróci jej życie do góry nogami. Żegnaj przepiękne, uporządkowane mieszkanie na Saskiej Kępie! Żegnajcie przemyślane, świetne stylizacje! Wyjazdy na targi mody bieliźnianej w Paryżu? Zapomnij! Gdy na świat przyszedł Stefan, Zuza, zamiast słuchać „wszystkich” posłuchała swojego instynktu.

Dała sobie szansę na naukę, przestrzeń na pomyłki, a przede wszystkim czas na rozkoszowanie się macierzyństwem i realizowanie pasji. Nam tłumaczy, jak pogodzić prowadzenie międzynarodowej marki z wychowaniem dziecka, podpowiada co zrobić, by nie wychodzić do pracy w pidżamie i zdradza, jakich ubrań nigdy nie będzie w szafie jej syna. Oto opowieść o macierzyństwie w wielkim stylu.

Umawiając się z tobą na wywiad, liczyłam się z tym, że będzie nam towarzyszył Stefek – twój syn. A tymczasem przyszłaś solo. Kto zajmuje się maluchem, gdy ty pracujesz?
Oczywiście jego tata, a mój narzeczony – Wojtek.

Wiesz, to nie jest takie oczywiste… (śmiech)
Na szczęście dla nas jest. Gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży, Wojtek był bardzo zaangażowany. Od razu wiedzieliśmy, że gdy mały przyjdzie na świat, będziemy się dzielić opieką nad nim. Z kilku powodów. Przede wszystkim – prowadzimy własną firmę. Więc klasyczny urlop macierzyński, kiedy to mama zostaje z dzieckiem w domu, nie wchodzi w grę. Nie byłabym w stanie na pół roku czy rok pożegnać się z Le Petit Trou! Jasne, dzielenie opieki nad dzieckiem wymaga organizacji. Ale tego można się nauczyć. My każdego wieczora planujemy następny dzień. Ustalamy priorytety, bywa, że co do godziny dzielimy się opieką nad synem. Dzisiaj ja wstałam do niego rano. Potem przejął go tata, ja jeszcze trochę dospałam i pojechałam spotkać się z tobą. Zanim wrócę do domu, zajrzę jeszcze do butiku, a potem Wojtek będzie mógł ogarnąć swoje sprawy. Ten system nam się sprawdza, choć cieszę się, że od września Stefan pójdzie do żłobka. Na pewno będzie nam wszystkim łatwiej.

W twoich ustach opieka nad małym dzieckiem brzmi jak bajka.
Wszystko zależy od podejścia. Mamy z Wojtkiem rozsądnie podzielone obowiązki. Działamy według planu. Na wszystko jest czas. Nawet jak coś się wysypie, to nie ma tragedii, bo dajemy sobie margines na błędy i wiemy, że plany można i czasem trzeba zmienić. Stefka nie da się zaprogramować, tak że z zegarkiem w ręku robi to i to. Czasem śpi 20 minut, czasem 2 godziny. A mimo wszystko życie toczy się dalej.

Czy już w ciąży miałaś takie rozsądne podejście do macierzyństwa?
W życiu staram się działać instynktownie. Słuchać siebie. W ciąży nie okładałam się poradnikami i nie konsultowałam wszystkiego z doktorem Google. Na początku trochę czytałam, ale szybko doszłam do wniosku, że nie jest to dla mnie dobre, bo wiedza o tym, co może się wydarzyć, raczej mnie przerażała. Uznałam, że nie muszę wszystkiego wiedzieć od razu. Gdy Stefek się urodził, wielu rzeczy uczyłam się razem z nim.
Mam mnóstwo koleżanek, które wszystko przeczytały, wszystko wiedziały. A ja szłam własnym rytmem. Bo nie uważam, że aby być dobrą matką w praktyce, trzeba być najpierw mistrzem teorii. Jasne, na początku byłam przerażona, ale też dawałam sobie czas i przestrzeń na błędy oraz niewiedzę. Nie muszę od razu być specem od przemywania pępka czy usypiania. Mogę się tego nauczyć w trakcie.
Miałam na początku jakieś założenia, które bardzo szybko wzięły w łeb. Na przykład dotyczące karmienia piersią. Chciałam to robić co trzy godziny, mieć wszystko uregulowane. A tu się okazało, że z karmienia piersią w ogóle nic nie wyszło, bo nie miałam mleka. Dałam sobie pozwolenie na to, żeby o karmienie nie walczyć, skoro nie czułam się na siłach. Zamiast systemu „co trzy godziny”, jest na żądanie. Nic nie zrobiłam według własnych założeń i okazało się, że nic się strasznego nie stało.
Gdy byłam jeszcze w ciąży, patrzyłam na mamy, które robiły pewne rzeczy inaczej, niż ja to sobie planowałam i myślałam: „Ocho, ja to tak robić nie będę.” Cóż, już pierwszego dnia po narodzinach Stefka uświadomiłam sobie, że planowanie czegokolwiek w opiece nad noworodkiem, układanie strategii, to błąd nowicjusza, który błyskawicznie jest naprawiany przez samo dziecko. Chyba jedyne założenie, jakie zostało zweryfikowane pozytywnie to to dotyczące ubierania małego. Choć i na tym polu zdarzyło się kilka niespodzianek.

Jakich?
Nie znoszę kombinezonów! A gdy byłam w ciąży, kupiłam ich sporo, bo wydawały mi się takim fajnym rozwiązaniem, a teraz sprawdzają się tylko na noc. Tymczasem uwielbiam rzeczy dwuczęściowe. Jak się ubrudzi, to zdejmuję tylko górę, nie muszę go przebierać całego. Kupując zabawki, podejmuję przemyślane decyzje. Z ubrankami — zdarzają mi się spontaniczne zakupy.

Jak opisałabyś styl swojego syna?
W zasadzie jest bardzo podobny do mojego. To zrozumiałe, bo kupuję mu te rzeczy, które ja uważam za ładne. Na razie nie nosi dżinsów, bo mam wrażenie, że krępują ruchy malucha. Zatem ma sporo szerokich, miękkich, wygodnych spodni. Do tego nieskończona ilość skarpetek, które albo gubi, albo zjada. Gdy wychodziłam z domu, konsumował właśnie kolejną parę. Jego ubrania są monochromatyczne. A jeśli pojawiają się desenie to są to paski, kratki, kropki. Znakiem rozpoznawczym Stefka są czapki. Na zimę wełniane i grube takie, które potrafią spiąć całą stylizację.
Najchętniej kupuję ubrania w internecie albo w H&M, który uwielbiam. Do tego pidżamy z organicznej bawełny marki Lovis Organic, ubranka Newbie i czapy od Mille Baby. Zupełnie nie odnajduję się w dziecięcych sklepach typu Smyk. Jest za dużo rzeczy i się gubię, nie potrafię się zdecydować.

A czego w jego szafie nie ma?
Ubrań z bohaterami z kreskówek, t-shirtów z napisami, takich klasycznych „dziecięcych” rzeczy z misiami, kotkami i Świnką Peppą. Choć wiem, że jak pójdzie do przedszkola, zacznie mieć kontakt z innymi dziećmi, pewnie będzie się domagał takich ubrań. Będę to musiała jakoś przeżyć, choć łatwo nie będzie (śmiech). Zdecydowanie bardziej wolałabym, żeby Stefan się przebierał. Chodził w kostiumach Batmana czy strażaka. Ale co ma być, to będzie.

Patrzę na ciebie i wydaje mi się, że macierzyństwo zupełnie nie zmieniło twojego stylu.
Zmiany są, ale nie diametralne. Lubiłam bycie w ciąży, podkreślanie brzuszka, stylizacje bardziej w stylu boho, choć marzyłam o tym, czego kobiety w ciąży nie mają, czyli o talii. Chciałam w końcu założyć grube dżinsy bez streczu, z wysokim stanem i wpuścić do środka sweter. Więc gdy urodziłam, z radością powitałam jesień i moje stare ubrania. Choć w szafie pojawiło się kilka rzeczy, których nigdy nie miałam: sportowe buty, puchówka, którą bardzo lubię, choć nigdy takiej nie nosiłam, wreszcie mam ciepłą czapkę, ciepłe buty. Nadal staram się łączyć style: jest casualowo-kobieco, ale z większą dawką wygody. Ostatnio kupiłam super sportowe spodnie – dresowe, ale takie bardziej modowe, niż do biegania, z baskinką, fajnym pasem. Wyobrażam sobie, że na wiosennych spacerach ze Stefkiem super się sprawdzą!

Miałaś taki moment, że po urodzeniu Stefka chodziłaś wyłącznie w dresach i pidżamach?
Absolutnie nie. I bardzo się cieszę, że udało mi się tego uniknąć. Na początku przychodziło do nas dużo gości, co mobilizowało mnie do tego, żeby jakoś wyglądać. Jak mam gorszy dzień, to zadbanie o siebie bardzo mi pomaga. Stefek lubi obserwować jak się szykuję. Wsadzam go do leżaczka, idziemy do łazienki i ja poprawiam sobie humor, a on ma show. Dlatego nie zdarzyło mi się chodzić w dresach czy wyjść z domu w pidżamie.
Na dodatek, od razu po urodzeniu Stefka wróciłam do pracy. Ostatnie maile wysyłałam chyba z porodówki, a po tygodniowej wizycie kontrolnej u lekarza, Wojtek podrzucił mnie do butiku i zostałam tam na dwie godziny. Aż nie mogłam w to uwierzyć, że mogę sobie na to pozwolić. Byłam bardzo szczęśliwa!
Całą ciążę byłam bardzo aktywna, chyba bardziej niż jestem teraz. To wynika z tego, że moja praca jest dla mnie przyjemnością. Nie jest stresująca, więc nie muszę od niej uciekać. Wszystkie problemy potrafię rozwiązać. Potrzebuję mojej pracy, żeby czuć się spełnioną, szczęśliwą. Codziennie staram się chwilę popracować, dzięki temu wracam do Stefka z większą energią, poczuciem, że zrobiłam coś dla siebie. Wydaje mi się, że to jest ważne. Dlatego, gdy mały miał 4 miesiące, postanowiliśmy z Wojtkiem pojechać na targi do Paryża. Synek został z moją mamą. Oczywiście bardzo to przeżywałam, ale wiedziałam, że nic mu się złego nie stanie i nie czułam się winna z tego powodu.

Jak ty to wszystko pogodziłaś?! Ciąża, wprowadzenie Le Petit Trou do Net-a-Porter, Zalando…
Byłam tak podekscytowana, że miałam wrażenie, że wybuchnę. Działo się tyle dobrych rzeczy naraz. Byłam bardzo szczęśliwa. Ponieważ rozmowy z Net-a-Porter trwały już pół roku, byłam gotowa na wyzwania. Nie stresowałam się tymi zmianami. Gdy jeździłam na pierwsze spotkania, byłam na początku ciąży. Nikt o tym nie wiedział. Zresztą dość długo nie było nic widać. Potem nawet starałam się celowo wypinać brzuch, żeby nikt nie pomyślał, że się objadłam (śmiech). W ogóle mam wrażenie, że ta ciąża zapoczątkowała całą serię dobrych zdarzeń. W ciąży zaprojektowałam dużą kolekcję, która właśnie wchodzi do sklepów. Choć znajomi spodziewali się, że będzie w niej cała masa biustonoszy do karmienia, nie ma ani jednego. Mimo to mamy karmiące donoszą, że staniki Le Petit Trou super się sprawdzają, bo rozpinają się z przodu. W najnowszej kolekcji jest jeden komplet bielizny, który zaprojektowałam właściwie dla siebie — bardziej sportowy, z elastycznego tiulu, który jest miękki i ultrawygodny, właśnie takiego brakowało mi w ostatnim trymestrze. Potem gdy urodził się Stefek, zadebiutowaliśmy na Net-a-Porter, kolejne sklepy za granicą chcą sprzedawać naszą bieliznę. Rozwijamy się.

Wygląda na to, że choć bycie mamą oznacza trochę zmian, w twoim życiu nie doszło do żadnej rewolucji.
Czeka nas jedna duża zmiana – będziemy musieli, niestety, wyprowadzić się z naszego cudnego poddasza na Saskiej Kępie. Mieszkanie ma 45 metrów kwadratowych i o ile teraz jeszcze się w nim mieścimy, za rok będzie ciężko. Mimo to jestem z siebie dumna – choć mamy mały metraż udało się uniknąć totalnego bałaganu. Jestem estetką, lubię otaczać się pięknymi, ale i przemyślanymi przedmiotami. Bałam się, że dziecko to uniemożliwi. A tymczasem zabawek mamy niewiele, bo mam wrażenie, że te dla maluchów są brzydkie. Gromadzimy wszystkie na jednej macie edukacyjnej. Dopóki się mieszczą i da się wszystko zebrać i przenieść dalej – no problem. Nie mamy już pięknej ratanowej kołyski, bo Stefek już się w niej nie mieści. Niestety, małe mieszkanie wymaga ogromnej konsekwencji, nawet wobec dzieci.

A życiowo, coś się zmieniło?
Wszyscy mówili, że życie mi się wywróci do góry nogami, że będzie ciężko. Jasne, na początku nie było łatwo. Ale nie ma tej rewolucji, którą mnie straszono. Moje życie jest nadal moje. Połączyłam macierzyństwo z pasją i pracą. I to wszystko się zazębia. Mam fantastycznego partnera, którego kocham jeszcze bardziej niż zanim pojawił się Stefan. Ponoć młodzi rodzice często doświadczają kryzysu w związku. Nas zupełnie to ominęło. Mam wrażenie, że po sześciu latach razem dziecko wprowadziło nową energię, pozwoliło nam odkryć siebie z zupełnie nieznanej perspektywy.
Jasne, nie byłam jeszcze w kinie, ale nie mam z tego powodu żalu. Nie czuję się ograniczona przez macierzyństwo. Wiadomo, że nie każdy dzień jest perfekcyjny. Zaskoczyło mnie to, że żyję normalnie. Wszystko jest możliwe, gdy ma się dziecko.

autor: Ola Zalewska
foto: Aneta Zamielska