14.12.2018

Tata z pasją: Dwie córki i scena, czyli ojcowskie wyzwania solisty baletu

Od trzydziestu lat balet to jego pasja i zawód. Ma dwie córki, 17-letnią Anastazję i 10-letnią Amelię, dla których jest po prostu tatą, a nie pierwszym solistą Polskiego Baletu Narodowego. Po spektaklu w teatrze odrabia z Melą lekcje albo zawozi Anastazję na zajęcia jazdy konnej. „Jestem fajnym tatą” – mówi o sobie Maksim Woitiul.

Przygodę z tańcem zaczął w wieku pięciu lat na Białorusi, w której się urodził i wychował. Najpierw był taniec towarzyski, jednak już wtedy dostrzeżono jego talent. Kilka lat później mama namówiła go na szkołę baletową. Chciała, żeby zwiedził świat i miał lepszą przyszłość niż ta, którą oferowała ówczesna Białoruś. Dostał się bez problemu, choć na jedno miejsce przypadało aż czterdzieścioro dzieci. Do dziś mówi swojej mamie: „Mama chciałaś, to się dostałem”. Zajęcia z baletu odbywał poprawnie i starał się dla dobrych stopni, bo jego tata powtarzał, że jeśli coś zaczął, powinien robić to dobrze i do końca. Pasja przyszła z czasem. 

Nauka trwała osiem lat. Kiedy wreszcie zaczęły się przedstawienia i wieczorne pobyty w teatrze, kolorowy świat zaczął kusić młodego Maksima. Gdy jego rówieśnicy układali się już do snu, on mógł przebywać jeszcze poza domem wśród dorosłych tancerzy i chłonąć atmosferę spektakli. Świat baletu stał przed nim otworem. Maks postanowił opuścić Białoruś, żeby móc tańczyć i zarabiać w Niemczech. Stawki tancerzy w jego kraju były dosłownie głodowe. Polska miała być tylko przystankiem. Został tu jednak na dużo dłużej, mimo szansy na pracę w Toronto. Po prawie rocznym pobycie w Kanadzie stwierdził, że jego miejscem do tańca, pracy i życia jest właśnie Warszawa. I tak tańczy tu już prawie 20 lat.

W międzyczasie został tatą. Ciepłym, wrażliwym i nadopiekuńczym – tak sam siebie określa. Ale przede wszystkim fajnym, za które to określenie jego młodsza córka nazywa go żartobliwie narcyzem. W życiu zawodowym jest skupiony, zdystansowany i może się wydawać niedostępny, ale dla córek jest w stanie zrobić wszystko. Dzięki artystycznej duszy ma różne pomysły na kreatywne spędzanie wspólnego czasu. Anastazja jest już prawie dorosła, ale z Melą uwielbia się wygłupiać i wariować, przytulać ją i ściskać, choć ciągle od niej słyszy, że to obciach. Mówi, że nie umiałby wychować syna, w dyscyplinie i bez takiej dawki czułości. 

Ojcostwo to dla niego motywacja. Do pracy i samodyscypliny. Ma dla kogo żyć, na kogo pracować i tego się trzyma. „Gdybym nie miał dzieci, to może zakończyłbym karierę i próbowałbym robić coś innego. Dla córek muszę jednak pracować, bo muszę o nie dbać” – mówi Maks, choć nigdy nie chciał, by poszły w jego ślady. Zdaje sobie sprawę, że balet to ciężki kawałek chleba. Nie ma gwarancji sukcesu i potrzebny jest tu silny charakter oraz upór, walka samego ze sobą. A przede wszystkim ogrom pracy, zanim zobaczy się pierwsze efekty.

Nie każdy potrafi w tym wytrwać, dlatego wiele osób rezygnuje po drodze. Anastazja i Amelia nie tańczą, ale Maks chciałby, aby znalazły swoje pasje, które poprowadzą je przez życie i które staną się ich zawodem. Nie chciałby, żeby musiały wykonywać pracę, której nie lubią i nie szanują. „Zależy mi też na tym, aby moje córki miały kontakt ze sztuką, bo dzięki temu pozostaną otwarte na świat i będą otaczać się ciekawymi ludźmi” – dodaje. Nie myśli jeszcze o tym, że kiedyś wyjdą za mąż. Nie czuje zazdrości, ale na pewno nie pozwoli skrzywdzić żadnej z nich. Kiedy pytam o wartości, jakie stara się przekazać swoim dzieciom, Maks odpowiada: „Przede wszystkim, żeby robiły dobrze wszystko to, co robią. Żeby umiały dobrze pracować, starannie i porządnie. Żeby przykładały się do tego, co robią, bo bez pracy niczego się nie osiągnie.” Dlatego przy odrabianiu lekcji z Melą namawia ją na ćwiczenie pisania w brudnopisie, zanim napisze na czysto. Dodatkowo zależy mu na tym, aby jego dzieci dzieliły się tym, co mają z bliskimi. Żeby nie były egoistami i zawsze myślały o innych. Począwszy od częstowania słodyczami po dbanie o swoją rodzinę w przyszłości.

 Maks oddziela życie zawodowe od prywatnego, ale do dziś wspomina sytuację, gdy kilka lat temu na krótko przed spektaklem zadzwoniła do niego wychowawczyni jego starszej córki i oznajmiła mu przez telefon jej słabe wyniki na zakończenie półrocza. Przeżył tę informację tak bardzo, że nie był w stanie pomalować się do spektaklu i musiał poprosić o pomoc charakteryzatorkę. A chwilę później musiał zatańczyć i był to dla niego jeden z najtrudniejszych występów. Kiedy dziewczynki były mniejsze, często bywały w teatrze, na próbach i spektaklach taty. Maks sadzał je za kulisami, choć twierdzi, że dziwnie się czuje, gdy bliscy obserwują go podczas tańca. „Innym wydaje się często, że artysta baletu jest nierealny, z innego świata, jakby z bajki. Tylko tańczy i się modli. Sam miałem takie doświadczenie z dzieciństwa, kiedy poznałem pewną balerinę. W rzeczywistości to normalny człowiek ze swoją codziennością” – opowiada. „Po spektaklu wracamy do domu i żyjemy tak jak inni. Dla moich córek balet i spektakle to po prostu moja praca, a ja jestem dla nich zwyczajnym tatą.”

Zdjęcia: Kasia Rękawek