18.06.2018

Rodzina z lepianki

W gąszczu marek oferujących unikatowe ubranka z najlepszych tkanin, jest firma, która kwestię naturalnych surowców ma w małym palcu. Mowa o marce Mouse in a House, a dokładnie  o jej twórcach i właścicielach, którzy oprócz „oddychających” ubranek dla dzieci zbudowali dom, który jest świadectwem ich filozofii życia w zgodzie z naturą.

Jeśli należałoby wskazać jedną osobę, która najlepiej charakteryzuje popularny slogan „bądź bohaterem swojego domu”, to bez wątpienia byłby to Rafał Moszczyński. Ojciec dwójki dzieci, który nie tylko remontował cztery kąty, nie tylko je urządzał, ale przede wszystkim zbudował dom dla swojej rodziny. Sam, własnymi rękami, z pomocą życzliwych osób postawił budynek, do którego wprowadził się ze swoją rodziną ponad rok temu. Dlaczego o tym piszemy? Ponieważ nie jest to zwykły budynek – powstał on w całości z gliny i słomy. „Chcieliśmy mieszkać w domu, który jest inny niż znane nam współczesne budownictwo. Za gliną przemawiał fakt, że jest to surowiec naturalny, oddychający. Takie domy stawiali nasi przodkowie – te budynki są trwałe, a technologia niezawodna” – mówi mi Kinga Dyk – partnerka pana Rafała.

Jej postać w tej historii jest także bardzo istotna. Razem stworzyli markę ubranek dla dzieci Mouse in a House, której filozofia opiera się na wygodzie i sprawdzonych, naturalnych tkaninach: „Nasze ubranka z założenia mają być uniwersalne i komfortowe w noszeniu – dlatego w naszych kolekcjach jest mnóstwo oversize’owych modeli, które rosną wraz z dzieckiem. Sukienka staje się koszulką, gdy dziecko z niej wyrośnie. Ponadto nasze projekty to tzw. unisexy – nadają się zarówno dla chłopców, jak i dziewczynek – oprócz sukienek, oczywiście. Ale naszym największym konikiem jest jakość materiałów, z których powstają kolekcje Mouse in a House. Nie korzystamy z tkanin, które mają włókna poliestrowe. Nasze ubranka szyte są głównie z bawełny, muślinu, lnu i tkanej wiskozy – wszystkie materiały muszą posiadać certyfikaty, które zapewniają bezpieczeństwo w kontakcie z delikatną skórą dziecka” – mówi pani Kinga. Jak widać rodzina Mouse in a House naturę ma wpisaną w geny.

Ich dom mieści się w okolicach centrum Kielc i już od etapów budowy budził żywe zainteresowanie okolicznych mieszkańców: „Mieliśmy stałych gości którzy na bieżąco śledzili postępy w budowie. Reagowali przeróżnie, od zachwytu poprzez zdziwienie na politowaniu kończąc. Nie ma w zasadzie się czemu dziwić. Budowa wyglądała diametralnie inaczej niż inne. Wszędzie leżało drewno, słoma i glina, co wzbudzało spore zainteresowanie” – mówią właściciele . Skąd się wziął pomysł na tak oryginalny surowiec? Pan Rafał zawsze lubił się wyróżniać, poza tym gdy zapadła decyzja o budowaniu domu, chciał uniknąć stresów i nieprzewidzianych kosztów związanych ze współpracą z nieprofesjonalnymi ekipami budowlanymi – o takich sytuacjach słyszał notorycznie i obiecał sobie, że jego dom nie będzie powstawał w mękach. Dlatego zakasał rękawy i postanowił go postawić własnymi rękami. Wraz z partnerką szukali informacji na temat zastępczych surowców budowlanych i tak trafili na znany od wieków miks gliny i słomy.

Zanim jednak zdecydowali o powrocie do pradawnych korzeni, zrobili test – podczas kursów z technologii budownictwa za pomocą gliny i słomy, mieszkali w takim budynku przez klika dni. Dopiero wtedy podjęli ostateczną decyzję, której absolutnie nie żałują. Mieszka się wspaniale. Mimo letnich upałów, w domu panuje przyjemny chłód, a w zimę budynek „nie wypuszcza” nagromadzonego ciepła. „Mamy za sobą dwie zimy w cieplutkim i oddychającym domu, a na dodatek w środku pięknie pachnie naturą” – zachwala naturalny budulec pani Kinga. I rzeczywiście, oprócz walorów praktycznych gliniany dom ma jeszcze jeden, zresztą najważniejszy atut- oddychające ściany, w których o wiele łatwiej dba się o zdrowie niż w zamkniętych murach, często uzupełnianych klimatyzacją. Moszczyńscy są alergikami i wiedzieli, że antyalergiczna glina to najlepszy pomysł, by poradzić sobie z uporczywą dolegliwością.

W jednym z wywiadów, na pytanie, ile kosztowało postawienie domu z gliny i słomy, pan Rafał powiedział: „Nie wiem, nie liczyłem”, widać natomiast, że człowiek z taką pasją oddał całe swoje serce, by stworzyć wymarzony dom dla swojej rodziny. I choć przed nimi jeszcze sporo pracy – całe piętro wymaga wykończenia – to nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło: „Dziewczynki mają swoje pokoje, niestety są jeszcze niewykończone. Póki co mieszkamy wszyscy razem na dole. To bardzo wyjątkowe doznanie, być tak blisko siebie całą rodziną” – mówi pani Kinga. Wygląda na to, że nikomu to nie przeszkadza.

Zdjęcia: Magdalena Berny, Aleksandra Rzońca