22.12.2018

Newbie Lovers: Monika Kraińska

Monika Krainska prowadzi blog Lemoniada oraz Instagramowe konto pod podobną nazwą – Monika.lemoniada. Być może już dała Wam się poznać jako autorka niezwykłych zdjęć, zwykłych momentów. Swoim dzieciom postanowiła zbudować dzieciństwo pełne przyrody, przygód i wrażeń. Życie dzielą pomiędzy obowiązki bliżej miasta, a egzystowanie blisko natury. Czy łatwo jest znaleźć taki azyl? O to zapytaliśmy Monikę.

Co zrodziło się najpierw pomysł na bloga, czy pomysł na Instagram?

Najpierw powstał blog i to dobre dwa lata przed tym, jak założyłam konto na Instagramie. Potrzebowałam miejsca dla siebie, w którym mogę się spełnić, robiąc to, co lubię, a że lubię robić zdjęcia, postanowiłam połączyć bycie full-time mom z moją pasją. Z czasem blog stał się pewnego rodzaju odskocznią od codziennych obowiązków i jednocześnie motywatorem do dalszego działania.

Jak traktujesz swoje konto na Instagramie?

Moje konto na Instagramie to dla mnie album wspomnień. Moi obserwatorzy widzą tylko kilka ujęć jakiegoś wydarzenia, a ja mam w głowie pozostałe kadry z tego, co się tego dnia zdarzyło. Jak na przykład to, gdy Ignaś zgubił na grzybach nożyk, który znaleźliśmy dopiero kilka miesięcy później. Jak w zeszłe lato trawa na polu przed naszym domem wyrosła tak wysoka, że wszyscy bawiliśmy się w niej w chowanego. Jak Janek zostawił w błocie przy strumyku kalosze, bo tak mu utknęły, że nie mógł ich wyciągnąć. Jak Helenka siedziała w koszyku pełnym śliwek, zjadając je z takim apetytem, że aż jej po brodzie ciekły. Jak robiłam wianki z polnych kwiatów, a owce mi je zjadły – i mogłabym tak wymieniać bez końca, bo z tymi kadrami wiążą się właśnie takie wspomnienia, które przywołujemy, gdy scrollujemy mój Instagram.

Gdy patrzę na nie mam wrażenie, że kochasz fotografować Waszą rzeczywistość. Kadry na zdjęciach są bardzo estetyczne, te obrazki z waszego życia pasują do siebie niczym puzzle.

Tak, uwielbiam fotografować naszą codzienność. Uwieczniać chwile swobody i beztroski, kiedy nie gonią nas obowiązki, a my po prostu możemy być razem ze sobą i robimy to, co lubimy. Wtedy zdjęcia robią się same.  A żeby wszystko ładnie ze sobą współgrało, staram się zachować pewne dominujące barwy czy elementy, które co i rusz się pojawiają. Nie jest to wyjątkowo trudne, bo są to głównie kolory i rzeczy, którymi lubię się otaczać.

Uczyłaś się fotografii czy to raczej Twój szósty zmysł, wrodzony talent?

W moim przypadku fotografia to przede wszystkim pasja. Bardzo lubię robić zdjęcia i uwieczniać na nich moich bliskich. Swoją przygodę z fotografią zaczęłam od aparatu analogowego mojego taty, po który chętnie sięgam do dziś. To dzięki niemu nauczyłam się inaczej patrzeć na świat. Gdy przesiadłam się na fotografię cyfrową, miałam wiele chwil zwątpienia. Przeszkadzała mi całkowicie inna plastyka obrazu, a dochodzenie do tego jak osiągnąć dany efekt zajmowało mi, mam wrażenie, dużo więcej czasu niż innym, co czasami mocno mnie irytowało. W końcu chyba znalazłam swój styl, który niektórzy nazywają talentem (śmiech).

Bloga prowadzisz w bardzo rodzinnym i ciepłym klimacie. Dzielisz się tym, jak wygląda życie mamy trójki dzieci.

Chce pokazać, że życie z dzieciakami nie jest wcale nudne i wypełnione tylko obowiązkami. Rodzicielstwo to przygoda, tylko trzeba chcieć brać w niej udział i być zaangażowanym. Gdy zostałam mamą byłam przekonana, że takie ogólnikowe i powierzchowne podejście w wychowaniu dzieci jest już przeżytkiem. Zdziwiłam się, widząc tak wielu rodziców, którzy najzwyczajniej nie dostrzegali własnych dzieci. Nie słuchali, co mówią, zbywali ich prośby i bagatelizowali ich problemy, bo z naszej perspektywy wydawały się błahe. To takie odczucie, jakby nie spędzali ze swoimi dziećmi czasu, tylko byli obok. Dlatego ja na swoim blogu tak duży nacisk kładę na bycie razem. Na pokazaniu, że z dziećmi można fajnie spędzać czas. Na spacerach, w podróżach, ale i w domu.

Wyobrażam sobie, że pisanie bloga pochłania mnóstwo czasu. Czy można powiedzieć, że to stało się Twoim sposobem na życie, zawodem?

Owszem, prowadzenie bloga jest dosyć czasochłonnym zajęciem, ale ja bardzo lubię to robić, więc nie liczę tego czasu, który mu poświęcam. A gdy zarywam nockę, bo tylko wtedy pracuję, żeby przygotować zdjęcia i wpis, to zmęczenie, które odczuwam następnego dnia jest satysfakcjonujące i budujące. To bardzo dobrze wpływa na moją samoocenę. Każdy nowy wpis na blogu to taki mój mały sukces i radość, że mi się udało, bo przy trójce dzieci nie jest to łatwa sprawa (śmiech).

Żyjecie bardzo blisko z naturą. Macie to szczęście, że mieszkacie w pięknym zalesionym miejscu. Czy trudno było Wam takie znaleźć?

O tak. Początkowo mieliśmy plan na przeniesienie starego, łemkowskiego domu z bali z Beskidu Niskiego. Zakochaliśmy się w takim domu po tym, jak spędziliśmy kilka wakacji u Magdy na Starej Farmie. Tak im tego domu z całą swojskością i swobodą pozazdrościliśmy, że postanowiliśmy taki dom przenieść tu, na Mazowsze. Nawet dom mieliśmy już zaklepany, ale znalezienie odpowiedniej działki, na której mógłby on stanąć okazało się przedsięwzięciem nierealnym. Wszystko było albo w bliskim sąsiedztwie gęsto zabudowanej okolicy albo dobrą godzinę drogi od Warszawy, a to już było dla nas za daleko. Szczęśliwym trafem w trakcie poszukiwań natrafiliśmy na naszego „ceglaczka”, który jak się okazało 13 lat stał pusty. Wydał nam się tak uroczy, że postanowiliśmy odnaleźć jego właściciela. W ten oto sposób mieszkamy tu, gdzie mieszkamy.  

Opowiedz nieco, jak wygląda Wasz dzień?

W tygodniu, kiedy jest szkoła, a chłopcy mają swoje zajęcia dodatkowe wszystko dzieje się bardzo szybko. Wręcz za szybko. Mamy już swoje utarte schematy, ale i tak brakuje nam chwili, żeby usiąść i spokojnie pogadać, więc z utęsknieniem czekam na piątek. Wtedy już od 12:30 mamy „wolne” i możemy robić to, na co tylko mamy ochotę. To czas, kiedy wrzucamy na luz, a doba jakby zupełnie inaczej płynie. Jemy leniwe wspólne śniadanie (w tygodniu razem z mężem wstajemy dużo wcześniej niż chłopcy, a Helenka jeszcze śpi, gdy Ci wychodzą do szkoły), możemy na dywanie pograć w planszówki, posłuchać muzyki, potańczyć czy porysować. Nikt się nie spieszy, a ja dzięki sprzątającym czwartkom też mam już weekend i mogę we wszystkim brać udział.

Jesteście także właścicielami kilku zwierząt gospodarstwa domowego. Wyliczam, że hodujesz kury, kaczki, kozę. Czy dzieci są zaangażowane w opiekę nad zwierzętami?

Tak, zgadza się. Mamy mały zwierzyniec, w skład którego wchodzą trzy kaczki (choć tak naprawdę są to kaczory), pare gęsi, dwie owce, trzy kozy i stadko kur z kogutem Felicjanem. Zwierzętami najwięcej opiekuje się mój mąż, ale chłopcy też się nimi zajmują. Napełniają im poidła, dają paszę i uzupełniają sianem grzędy, ale zdecydowanie najwięcej frajdy mają z takiego zwykłego obcowania z nimi. Kiedy dzielą się z nimi jabłkami czy śliwkami, które dla nich strącają z drzew czy razem z nimi biegają po polu. Mamy takie bardzo przyjazne owce, które traktują nas jako swoje stado i razem z nami chodzą na spacery.

Chciałabym wiedzieć, czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Macierzyństwo to proces, który sprawił, że staję się lepszym człowiekiem. Żadna szkoła nie nauczyła mnie tak dużo, jak bycie mamą dla moich dzieci, a świadomość, że jestem wzorem, który oni będą powielać, każe mi każdego dnia starać się być coraz lepszą osobą. Bardziej wrażliwą, cierpliwą i uważną, ale także otwartą i tolerancyjną. Sprawiedliwą i wyrozumiałą.  Macierzyństwo to szkoła, w której jestem nauczycielką i uczniem jednocześnie, z tą różnicą, że przedmiotem wykładowym jest życie.

Mamy dzieci w podobnym wieku, w tym synów z niedużą różnicą wieku. Wiem, że ich relacja to przyjaźń na całe życie. Sztama jakiej nie ma się z żadnym kumplem, ale wiem też, że bywają momenty, kiedy trzeba ugasić pożar w sprzeczce. Też tak masz?

Oj tak, chłopcy przechodzą bardzo burzliwy okres, więc sporo się kłócą. Często się wtrącam, ale nie żeby im coś kazać czy zakazać, tylko po to, by nakłonić ich do dogadania się. Są to takie wtrącenia na zasadzie „a co gdybyśmy zrobili tak…”. Wtedy staramy się wypracować jakiś układ, na przykład: ty mu oddasz te dwa klocki, a on Ci da tego ludzika Lego. Niestety, nie zawsze da się tę metodę zastosować, a chłopcy po prostu muszą się potarmosić. Wtedy mąż przejmuje pałeczkę i daje im rękawice bokserskie. Tu już się nie wtrącam, bo wiem, że od czasu do czasu tak muszą oczyścić atmosferę i pozbyć się tych wszystkich emocji, które w nich wariują.

Co dla Ciebie w macierzyństwie jest najistotniejsze?

Zdecydowanie bliskość, uważność i zaangażowanie. Bardzo często przyglądam się moim dzieciom. Obserwuje ich zachowanie i nastroje. Znam je do takiego stopnia, że po ich zachowaniu potrafię wywnioskować, czy coś się dzieje niedobrego, czy też wszystko jest dobrze. Gdy mnie potrzebują, zawsze ich wysłucham i pomogę, a gdy coś z nimi robię, wszystko inne odkładam na bok. Poświęcam im maksimum swojej uwagi. Staram się być tu i teraz, bo wiem, że zaraz chłopcy pognają do domku na drzewie i zajmą się „swoimi” sprawami.

Jaką mamą lubisz być?

Lubię być przede wszystkim wysłuchaną mamą. Chodzi tutaj o prośby, które kieruje do chłopców. Gdy mnie słuchają i od razu robią to, o co ich poproszę, bez powtarzania po 10 razy, wtedy jestem najlepszą mamą na świecie. Problem polega na tym, że prawie nigdy tak nie jest (śmiech).

Jesteś estetką. Czy czasami odpuszczasz, czy to w co ubierasz swoje dzieci ma dla Ciebie duże znaczenie?

Tak, lubię ładne ciuchy u dzieci i zawsze to jest pierwszy powód, dlaczego po daną rzecz sięgam. Mam dobrane kolory i fasony, które podkreślają typ urody każdego z mojej trójki, ale równie istotna jest funkcjonalność, jak i wykonanie ubrań, które noszą. Lubię dobre jakościowo rzeczy, które w trakcie noszenia i prania nie tracą fasonu. Ostatnio wpadło mi w oko kilka elementów z kolekcji Newbie.

Dzieciaczki mają na sobie ubranka z nowej kolekcji Newbie oraz Kappahl: kardigan, legginsy, kapcie, spodnie, spodnie na szelkach, koszula w kratę, koszula w kratę czerwono-czarną.

Zdjęcia: Monika Kraińska