04.07.2018

Mama w świecie sukien ślubnych

Kaja Szostak przeszło rok temu założyła najbardziej wyjątkowe atelier ślubne w Trójmieście. MIŁOŚĆ to miejsce, w którym spełniają się sny o najpiękniejszej sukni ślubnej, zawiązują przyjaźnie, a nierzadko towarzyszy temu dziecięcy śmiech. To Staś, trzyletni synek właścicielki. Za chwilę dołączy do nich też dziewczynka, bo Kaja jest właśnie na ostatniej prostej ciąży.

Już gdy zaczynała studia marzyła o atelier ślubnym. Nie pokierowała się od razu swoim pragnieniem, bo najwyraźniej musiała do tego dojrzeć. Nie ukrywa, że to synek pchnął ją do tego, aby rzucić pracę w korporacji i zrealizować marzenie odłożone na potem. Chciała spędzać z nim więcej czasu, a praca na etat i po godzinach, mocno to komplikowała. Kaja poczuła, że to jest ten moment, w którym należy przewartościować swoje życie. Priorytet? Dziecko i czas, który bardzo chciała móc mu poświęcać.

Mimo swojego wyjątkowego stanu na razie nie zwalnia tempa pracy, ale wszystko ma już poukładane. Czas na odpoczynek także. Urlop planuje na wrzesień. Wtedy na cały miesiąc zamyka atelier, by poświęcić czas na przygotowanie się do przyjścia na świat córeczki. Jak sama przyznaje – „Nie potrafię oddać w niczyje ręce tego miejsca. Jestem z nim tak związana i identyfikuje się z nim na tyle, że nie wyobrażam sobie, aby ktoś mnie tutaj zastąpił”.

BBA: Otworzenie firmy związanej z tematyką ślubną to nie był przypadek?

Kaja Szostak: Tuż przed pójściem na studia zapragnęłam być konsultantem ślubnym, aczkolwiek zdawałam sobie sprawę z tego, że w Polsce nie jest to zajęcie, które pozwoli mi się usamodzielnić finansowo. Zawsze bardzo lubiłam modę i stwierdziłam, że warto pójść w tym kierunku. Jednak odłożyłam to marzenie na potem.

Na założenie własnej działalności wybrałaś sobie mocno zaangażowany czas w życiu.

Tak. Byłam w trakcie pisania pracy magisterskiej, pracowałam w dość dużej korporacji, zostałam Mamą, a do tego wszystkiego organizowałam swój własny ślub. Długo szukałam idealnej dla mnie sukni. W tym celu odwiedziłam sporo trójmiejskich salonów, ale nie znalazłam ani jednej, w której od razu bym się zakochała. Ważne dla mnie było także to, aby była od polskiego projektanta. A sukienek z polską metką prawie tam nie było. To był jeden z bodźców, który utwierdził mnie w przekonaniu, że mój pomysł na własne atelier jest dobry.

Jak wyglądały początki realizacji tego pomysłu?

To był moment, w którym z racji tego, że sama przygotowywałam się do ślubu, miałam duże rozeznanie rynku. Pytałam także swoich znajomych czego oni szukają, czego im brakuje. Okazało się, że wielu z nich szuka polskich produktów, z wysokiej jakości materiałów. Dużo jeździliśmy po Polsce. Osobiście spotykałam się z projektantami, właścicielami butików, menadżerami marek. Opowiadałam im o moim pomyśle i koncepcji na salon. Uprałam się, że chce mieć tylko polskie marki. Nie ukrywam, że trochę się tego bałam. Czy to spodoba się klientkom i czy jest więcej osób, które mają podobny gust. U nas można spotkać wyjątkowe suknie ślubne, ale w określonej estetyce. Mamy także dodatki na włosy i biżuterię. Wraz z siostrą mojego Męża, Zosią, zajmujemy się także oprawą uroczystości dekoracjami z kwiatów.

Zdaje sobie sprawę, że wymagało to także pewnych nakładów finansowych?

Tak. Wraz z Mężem zdecydowaliśmy, że nasze zaangażowanie i środki finansowe poświęcimy na jeden z wymarzonych projektów. Mój Mąż bardzo chciał założyć swój Wake Park, ale praca z urzędnikami okazała się dość żmudna, więc uznaliśmy, że w pierwszej kolejności spróbujemy stworzyć salon sukien ślubnych.

Nadal zajmujesz się prowadzeniem firmy sama czy masz już do tego odpowiednich ludzi?

Mam tylko złote rączki od przeróbek, Martę. Całą resztą zajmuje się sama. Czasami przychodzi Staś, który stara się nieco zorganizować moją pracę, troszkę poprzeszkadzać (mówi z uśmiechem Kaja). Pasuje mi taka niezależność i kontrola nad miejscem, w które włożyliśmy tyle pracy. Pomaga mi także mój Mąż, który na przykład skrupulatnie zawozi dokumenty do księgowej. Trochę się boje oddać salon w inne ręce. Włożyłam w to całe swoje serce.

Jakie było Twoje założenie, gdy już zabrałaś się za realizację tego pomysłu?

Mój salon miał być niezwykły i nietypowy. Już wybierając miejsce wiedziałam, że nie będzie to salon dla każdego. I dobrze, bo nie chciałam, aby taki był. To miało być miejsce dla pewnych siebie dziewczyn lub takich, które te pewność siebie chcą w sobie zbudować. Szukając odpowiedniego miejsca trafiłam do starej Królewskiej Fabryki Karabinów. Weszłam tam i zobaczyłam olbrzymie okna, które stwarzały niesamowity klimat w surowym wnętrzu. Wiedziałam, że to jest to. Nie gustuję w przesłodzonych aranżacjach. Chciałam móc pracować w takim, które ma charakter.

Ma też polską nazwę, która pięknie wkomponowała się w całość. MIŁOŚĆ.

Chwilę nam to zajęło zanim ją wybraliśmy. Do głowy przychodziły nam same angielskie słowa. Uznaliśmy jednak, że u nas są polscy projektanci, jesteśmy w Polsce, więc moje podejście też było takie, aby zrobić to po polsku od początku do końca. Gdy zaczęliśmy się zastanawiać, to często pojawiało się w tle słowo miłość. Okazało się to trafione w 100 %. W końcu jest to miejsce, do którego przychodzi się z miłości, ja wkładam w to swoje serce. Doszliśmy do wniosku dlaczego nie nazwać tego miejsca właśnie MIŁOŚĆ. I tak powstała nazwa.

Jaka była Twoja pierwsza myśl, gdy już atelier było gotowe. Ten moment, w którym usiadłaś w środku i spojrzałaś na to, co udało Ci się wykreować?

Odetchnęłam z ulgą. Jak wspomniałam, mieliśmy wtedy bardzo intensywny czas, więc byłam bardzo szczęśliwa, że daliśmy radę. Pamiętam, że tuż po oficjalnym otwarciu, usiedliśmy z butelką szampana i powiedzieliśmy sobie „znowu się udało”. Pomimo, że niektóre rzeczy były robione na ostatnią chwilę. Nie da się wszystkiego dopiąć na czas, choćby niewiadomo jak bardzo się chciało. Ale jestem dumna z tego co mam. Wierzę, że długo będzie to dawało nam radość.

Pojawienie się na świecie Waszego synka dodało Ci powera?

O tak, dużego. Nagle poczułam, czego naprawdę chcę, że chce móc dać mu mój czas i zaangażowanie. Praca na etacie mocno mi to utrudniała. Staś sporo chorował i ciągle musiałam brać w pracy zwolnienia. Poranki stawały się dla nas stresujące, ponieważ towarzyszył im duży pośpiech. Musiałam rano szybko wyjść do pracy, zaprowadzić dziecko do żłobka i wyrobić się z pracą tak, aby móc go odebrać. Widziałam, że on to bardzo przeżywa. Wtedy zaczęliśmy zastanawiać się co zrobić, aby zwolnić ten tryb życia. Zdecydowaliśmy, że stawiamy na MIŁOŚĆ. Staś mnie do tego popchnął niewątpliwie. Teraz jest szczęśliwszy. Myślę, że czuje, że ma więcej mojego czasu dla siebie.

Co chcesz mu przekazać?

Chcę mu pokazać, że warto spełniać swoje marzenia. Tylko trzeba w nie mocno wierzyć. Chcemy, aby miał poczucie, że nie trzeba tkwić w czymś, co nie daje nam satysfakcji. To się dobrze sprawdza zarówno w pracy, jak i w rodzinie.

Jak teraz wygląda Twój rozkład dnia?

Pracę zaczynam około 10. Do tej pory mamy czas, aby na spokojnie wstać, zjeść razem śniadanie i wyjść z domu. Odprowadzam spacerem synka do żłobka i jadę do pracy. Pojawiam się w atelier, gdzie zazwyczaj mam już poukładane spotkania. Dla każdej z moich klientek rezerwuję indywidualnie czas, aby móc spokojnie porozmawiać i dobrze zrozumieć jej potrzeby. Szukamy idealnej sukni ślubnej i zazwyczaj udaje nam się ją znaleźć. Bardzo zależy mi na tym, aby moje klientki czuły się przeze mnie zadbane. Gdy przychodzą chcę im pokazać jak mogą podkreślić swoją urodę i osobowość. To bardzo ważne, aby w dniu ślubu suknia podkreślała osobowość, a nie ją zakrywała. Zgodnie z zasadą, że najpierw idzie Panna Młoda, a później sukienka, nie na odwrót. Sukienka ma być pięknym dodatkiem.

Czy masz jakiś patent na organizacje czasu pracy?

Zawsze umawiam się z dziewczynami na konkretną godzinę. Nie ma takiej sytuacji, że siedzę od 10tej do 18tej czekając. Dopasowuje się do klientek, a one do mnie i to się sprawdza. Jeśli Staś jest w żłobku, to nie ma większego problemu. Natomiast jeśli komuś zależy na godzinach popołudniowych, wtedy dzielimy się z Mężem opieką nad dzieckiem. Oni zostają w domu, a ja jadę do pracy. Patentu nie mam. Nauczyłam się, że przy dziecku, którym wraz z Mężem zajmujemy się sami, nie ma to sensu. Idziemy na żywioł.

Za chwilę dołączy do Was córeczka. Planujesz urlop?

Jestem w ósmym miesiącu ciąży, ale nadal pracuję według swojego schematu. Dopóki zdrowie mi na to pozwala. Planuje oczywiście zwolnić tempo tuż przed narodzinami naszej córeczki. Wrzesień będzie takim miesiącem, w którym MIŁOŚĆ będzie zamknięta. Powiadomiłam już o tym moje klientki. Wrócę po porodzie, gdy już poukładamy sobie nieco świat we czwórkę.

Jak wtedy będziesz godziła wychowywanie Maleństwa z pracą?

Zamierzam trochę odpocząć, wykorzystać czas na nauczenie się siebie nawzajem. Później, gdy poczuję się gotowa będę zabierała Małą ze sobą do salonu. Urządzę jej własny kącik tak, abyśmy mogły być razem. Zastanawiam się jak to zadziała, ale jestem dobrej myśli. Należę do osób, które im więcej mają do zrobienia, tym bardziej są zorganizowane. Już widzę, że przekornie myślałam, że Tosia będzie małą chłopczycą i wykorzystam ubranka po Stasiu. Ale nic z tego, już róż wkrada się do jej garderoby. To chyba silniejsze niż przekonania.

Trudno mi sobie wyobrazić, aby córka Kai przebywając wśród tak pięknych sukni, chciała nosić dresy. Kaja uśmiecha się i mówi, że być może pomyśli nad tym, aby nieco rozszerzyć działalność. Być może do salonu zawitają także sukienki dla najmłodszych.

Zdjęcia: Kasia Rękawek