08.08.2018

Macierzyństwo i biznes? To da się pogodzić! O tym rozmawiamy z Martą Urbańską z Panama Jewels

Mama, żona, bizneswoman, projektantka biżuterii.. ta dziewczyna ma moc! Marta Urbańska właścicielka i projektantka w Panama Jewels opowiada nam o macierzyństwie, firmie i modzie. A także o swoich życiowych założeniach.

Marta Urbańska zawodowo projektuje biżuterię i prowadzi firmę Panama Jewels. Być może już wpadły Wam w oko jej minimalistyczne, subtelne, ale bardzo charakterystyczne projekty. Pojawiły się między innymi w ELLE Polska. Prywatnie Marta jest mamą Tadzia i żoną Kuby. Dziewczyną o subtelnej urodzie, ale mocnym charakterze. Poznajcie ją bliżej.

Kiedy zrodził się u Ciebie pomysł na to, aby zajmować się projektowaniem biżuterii?

Już w liceum bardzo pasjonowałam się modą. Potrafiłam godzinami przeglądać i zapisywać inspiracje z zagranicznych blogów oraz magazynów modowych. Uwielbiałam kolekcjonować ubrania i dodatki. Wiedziałam, że na pewno chciałabym robić coś z tym związanego. Tak na poważnie o robieniu biżuterii zaczęłam myśleć gdy po maturze zamieszkałam w Graz w Austrii. Przeprowadziłam się tam dość spontanicznie, więc musiałam znaleźć dodatkowe zajęcie. To miało być coś, co mogłabym robić w wolnym czasie poza nauką i pracą niani. Jednocześnie chciałam, by to zajęcie dawało mi odskocznię od tęsknoty za domem.

To był czas, kiedy panowała moda na masywne bransoletki z okrągłych koralików. Mi osobiście brakowało czegoś subtelniejszego, delikatnego. Zaczęłam kombinować i szukać surowców do stworzenia biżuterii bliskiej moim potrzebom. Udało mi się dostać drobniuteńkie kamienie szlachetne z dziurkami, jakich wcześniej nigdzie nie widziałam. Kupiłam jedwabne nici – ponieważ była to jedyna na tyle drobna materia, która przeciskała się przez malutkie otwory delikatnych kamieni. I tak zaczęłam nawlekać i tworzyć pierwsze modele, które szybko wpadły w oko moim koleżankom z Graz. Postanowiłam więc spróbować i na bardzo niewielką skalę sprzedawać moje wyroby pod nazwą Polkovska – pochodzącą od nazwiska panieńskiego mojej prababci. Klientek przybywało i zaczęło mi to sprawiać frajdę do tego stopnia, że zapragnęłam pójść o krok dalej. Pomyślałam, aby na poważnie rozwinąć swoje jubilerskie umiejętności. Zaczęłam rozglądać się za szkołą złotniczą. Zawiesiłam działalność mojej mini marki, spakowałam walizki i przeprowadziłam się do Wiednia.

Opowiedz o swoich studiach na Akademii Złotniczej w Wiedniu.

Byłam bardzo podekscytowana i zmotywowana zaczynając naukę na Akademii. Niestety z czasem okazało się, że własnoręczne wytwarzanie biżuterii nie jest aż tak pasjonujące, jak sobie to wyobrażałam. Jest to bardzo żmudne i techniczne zajęcie, nie do końca związane z kreacją – przynajmniej nie na tak niskim poziomie zaawansowania. Spędzałam długie godziny w warsztacie piłując, szlifując i przetapiając surowce. Wtedy myślałam, że jest to bez sensu, że marnuję swój czas. Po czasie widzę, że doświadczenia zdobyte na Akademii są mi teraz bardzo przydatne. Projektując kolekcję wiem jakie konstrukcje są możliwe, mam lepszy obraz tego, co chcę stworzyć. Wiem też jak rozmawiać ze złotnikiem, którego zatrudniam i czego mogę od niego oczekiwać.

Czy możesz uchylić rąbka tajemnicy jak powstaje Twoja biżuteria?

Gdy wystartowałam niecałe 2 lata temu z nową marką, czyli Panama Jewels, mój syn miał pół roku. Postanowiłam zacząć od czegoś prostego, co dobrze znałam i co dawałoby mi możliwość wykonywania wszystkiego własnoręcznie w domu. Miało się to odbywać stosunkowo niskim kosztem, ponieważ nie miałam właściwie żadnego budżetu na rozkręcenie biznesu. Pracowałam kiedy Tadzio spał w ciągu dnia lub w nocy. Po paru miesiącach stało się jasne, że długo tak nie pociągnę, ponieważ liczba zamówień ciągle rosła. Zaczęłam współpracować z różnymi butikami. Moje ambicje co do następnych kolekcji rosły i projekty robiły się coraz bardziej pracochłonne. Z kolei Tadzio był coraz bardziej absorbujący.

Po niecałym roku od początku istnienia marki znalazłam złotnika i zaprojektowałam wymarzoną kolekcję, która bardzo odbiegała od poprzednich. Podeszłam do sprawy bardzo poważnie – postanowiłam zainwestować wszystkie do tej pory zarobione pieniądze w nowe wyroby oraz wypromowanie nowego wizerunku Panama Jewels. Mimo, że nawiązałam współpracę ze złotnikiem nadal nie chciałam stawiać na masową produkcję. Zależało mi na zachowaniu unikatowego charakteru marki. Złotnik i grawer, z którymi współpracuję, wytwarzają wszystko tradycyjnymi metodami. Tworzymy małe serie stawiając przy tym na precyzyjne ręczne wykonanie. Każda rzecz wymaga wielogodzinnej obróbki i pracy nad detalami. Często zdarza nam się, że któryś z modeli wyprzedaje się do zera i klienci zapisują się na listę oczekujących.

Jak na tak młodą markę masz na swoim koncie spore sukcesy. Panama Jewels pojawiła się w kluczowych polskich magazynach modowych. Sama zajmujesz się promocją firmy czy zatrudniasz inne osoby?

Powiem szczerze, że te wszystkie publikacje nadal bardzo mnie zaskakują i niezwykle cieszą. Oprócz wymienionego wcześniej złotnika i grawera nie zatrudniam nikogo. Dosłownie wszystkim zajmuję się sama. Poczynając od projektowania kolekcji, zaopatrywania butików, nadzorowania sesji zdjęciowych,

poprzez prowadzenie kont na Instagramie i FB. Kontakt z klientem, marketing i wszelkiego rodzaju kreowanie wizerunku marki, to także moje zajęcie. Do tego dochodzą czysto techniczne sprawy jak prowadzenie sklepu on-linie, zamawianie opakowań, wydruków, pakowanie przesyłek i ogarnianie księgowości. Pracy mam naprawdę dużo i czasami gromadzą się poprzez to stresowe sytuacje. Wiele z tych zadań zmusza mnie do sporego wykraczania poza strefę komfortu, ponieważ nie odnajduję się najlepiej w kontaktach z prasą czy influencerami. Często najzwyczajniej nie mam z kim się konsultować lub dzielić obowiązkami.

Ale dajesz radę, jesteś chyba superwomen.

Nie ukrywam, że czasami jest mi ciężko. Przecież oprócz tego, że jestem projektantką i właścicielką Panama Jewels, jestem też mamą, żoną, przyjaciółką, właścicielką nadpobudliwej wyżlicy i super rodzinną wnuczką, siostrą, córką itd. I na żadnej z tych płaszczyzn nie chcę nikogo rozczarować.

Musisz zatem czuć prawdziwą dumę, gdy widzisz, że Twoją biżuterię nosi Anja Rubik i Mary Komasa.

Dla mnie jest to niezwykle motywujące, wręcz niesamowite. Naprawdę, jakbyś parę miesięcy temu powiedziała mi, że artystki takiego formatu, których styl i działalność tak bardzo podziwiam od dawna, wybiorą coś z mojej kolekcji to chyba wybuchłabym śmiechem z niedowierzania. Wciąż trochę w to nie wierzę. Dla mnie to spełnienie marzeń, kiedy widzę że takie osoby noszą moje projekty. To wielkie wyróżnienie.

Jak myślisz, co w Twoim zawodzie jest najważniejsze?

Hmmm… myślę, że na pewno ważne jest projektowanie, ciągłe rozwijanie się i robienie tego, co się czuje. Ważne, aby być w zgodzie z własnym stylem, a nie jedynie gonić za trendami. Dodatkowo dobrze jest nauczyć się radzić sobie ze stresem i wyciągać naukę z różnych błędów – bo one są nieuniknione.

Czy zawsze marzyłaś o tym, aby mieć własną markę biżuteryjną czy miałaś też plan B?

Wiedziałam na pewno, że chciałabym robić coś swojego. Moi rodzice prowadzą własne biznesy i dla mnie było to chyba dość naturalne, że fajnie jest realizować swoje marzenia. Mimo tego, że na co dzień jestem bardzo systematyczna i poukładana, to życiowo działam spontanicznie, czasami czekam na to, co przyniesie bieg wydarzeń. Plany awaryjne tworzę w razie potrzeby na poczekaniu.

Uciekając na chwilę od tematów zawodowych, powiedz proszę jaki wpływ na Ciebie miało przyjście na świat Twojego synka Tadzia?

Pojawienie się Tadzia zmieniło we mnie bardzo wiele, ale paradoksalnie nie wywróciło mojego życia do góry nogami. Wręcz przeciwnie – od kiedy się urodził poczułam, że w końcu jestem sobą, że znajduję się we właściwym miejscu, aby zacząć działać i się realizować. Zawsze wiedziałam, że chcę być młodą mamą. Czułam, że dopiero założenie rodziny da mi stabilizację, poczucie bezpieczeństwa, siłę i spokój wewnętrzny, niezbędne do bycia niezależną, asertywną i pewniejszą siebie. Myślę, że mimo młodego wieku, byłam bardzo gotowa na tę rolę.

Jakie wartości chciałabyś przekazać swoim dzieciom?

Na pewno zależy mi, żeby oboje żyli świadomie, a nie bezrefleksyjnie. Dla mnie bardzo istotne jest także, aby wychować ich na dobrych ludzi, którzy mają otwarte głowy, dbają o środowisko i o ważne relacje z bliskimi sobie osobami. Chciałabym by byli życzliwi w kontaktach z otoczeniem i empatyczni, ale też potrafili być asertywni.

Mam też wielką nadzieję, że zarazimy ich z Kubą miłością do zwierząt i pokażemy jak niezwykła i godna szacunku jest natura. Jak wiele ukojenia i wolności można dzięki niej odnaleźć w bardzo prosty sposób.

Oprócz tego liczę, że uda nam się zaszczepić w nich wiarę w swoją intuicję i dać pewność siebie, umiejętność pozytywnego myślenia, że pokażemy im jak ważne jest docenianie tego co mamy, cieszenie się z małych rzeczy każdego dnia i podążanie własną drogą bez względu na wszystko.

Czy w Twoim odczuciu godzenie pracy na pełny etat z macierzyństwem musi wiązać się z dużymi kompromisami w wychowaniu dziecka?

Nie musi. Myślę, że na pewno jest to kwestia poustawiania pewnych priorytetów. Dla mnie zawsze na pierwszym miejscu jest Tadzio. Jak założyłam markę wiedziałam, że muszę dysponować swoim czasem tak, żeby praca nie miała wpływu na moją relację z dzieckiem oraz na wybory wychowawcze jakich dokonuję. Od początku, razem z moim mężem, postanowiliśmy sobie pewne rzeczy, jak na przykład to, że Tadzio będzie wychowywany „unplugged”, czyli z możliwie jak największym ograniczeniem bodźców elektronicznych. Nie wyobrażałam sobie posadzić roczniaka przed bajką, żeby wygospodarować sobie dodatkowy czas na pracę.

Mimo pracy, nie brałam pod uwagę żadnych kompromisów w kwestii czasu poświęconego dziecku. Dbałam o to, żeby zdrowo się odżywiał (mimo, że nie jestem królową w kuchni), żeby miał kontakt z innymi dziećmi, żeby czuł, że

poświęcam moją uwagę tylko jemu, gdy czytamy lub układamy klocki. Przy tym też nie odpuszczałam kwestii wychowawczych i wymagałam, aby umiał bawić się sam. To wszystko jest wbrew pozorom bardzo czasochłonne i bywa męczące. Dużo łatwiej jest czasem odpuścić i po prostu włączyć bajkę. Ja nie brałam pod uwagę takiej możliwości.

Dodatkowo macie jeszcze ukochanego psa.

Tak, mieszka z nami wyżlica Szajba, która wymaga poświęcenia minimum 1,5 godziny dziennie na intensywny spacer (bez względu na pogodę).

Teraz jak o tym myślę, to sama nie wiem jakim cudem udało się to wszystko połączyć i mimo wszystko rozwinąć własną markę. Czasami bywało ciężko, tym bardziej, że nie mogliśmy za bardzo liczyć na pomoc rodziców (oprócz sytuacji bardzo kryzysowych).

Nie chciałaś zatrudnić pomocy do Tadzia?

Ja za żadne skarby nie oddałabym Tadzia niani. Karmiłam piersią rok i wiedziałam, że pierwsze kilkanaście miesięcy życia jest dla nas zbyt cenne, żeby oddać dziecko w ręce obcej osoby. Ambicje zawodowe nie były w żadnym stopniu tak ważne, jak te ulotne chwile spędzone razem i stwierdziłam, że co się odwlecze to nie uciecze. Przez pierwsze 1,5 roku byłam mamą na pełen etat. Pracowałam popołudniami, kiedy Kuba wracał z pracy lub w nocy, gdy Tadzio spał spokojnie.

Co zatem sprawia, że tak dobrze łączysz macierzyństwo z karierą zawodową?

Na pewno wielkie wsparcie i pomoc ze strony mojego męża. Kuba jest niezastąpiony i jest wspaniałym ojcem. Po partnersku dzielimy się obowiązkami przy dziecku oraz w domu. Oprócz tego mam przyjaciółki, które zawsze służą profesjonalną pomocą psychologiczną, wspaniałą siostrę, która mnie dopinguje, mamę i dwie kochane babcie, które w bardzo kryzysowych momentach zawsze uratują mnie i Tadzia przed śmiercią głodową (uśmiecha się Marta).

Dlatego też, ani przez chwilę nie wahałam się przed decyzją o drugim dziecku. Dla mnie było to oczywiste, że Tadzio musi mieć rodzeństwo. Przez myśl mi nie przeszło, żeby odłożyć powiększenie rodziny na potem, tylko dlatego, że moja marka intensywnie się rozwija. Wiem, że z pomocą Kuby i bliskich na pewno dam sobie radę.

Mówisz, że z mężem tworzycie zgrany team. Co dla Was jest najważniejsze w tworzeniu rodziny?

Myślę, że dobraliśmy się z Kubą bardzo dobrze pod wieloma względami, również w

kwestiach rodzicielskich. Oboje od razu zgodnie postanowiliśmy, że przede wszystkim chcemy czynnie i świadomie uczestniczyć w dorastaniu naszych dzieci, że ten czas jaki jest nam dany z nimi teraz jest najważniejszy i bardzo szybko przemija. Powiedzieliśmy sobie jakie mamy priorytety związane z wychowaniem i z tym jaki dom chcemy stworzyć.

Prawie codziennie wieczorem znajdujemy przynajmniej chwilę na rozmowę. Opowiadamy sobie o codziennych radościach. Zdarza się oczywiście, że wymieniamy się też naszymi obawami, rozmawiamy o problemach wychowawczych, czy jakiś gorszych chwilach i wspólnie zastanawiamy się, co możemy zrobić lepiej/inaczej aby takie sytuacje łagodzić.

Kiedy nachodzą nas nieuniknione kryzysy wynikające np. ze zmęczenia, też otwarcie o tym dyskutujemy. Mówimy o swoich potrzebach, oczekiwaniach – to chyba podstawa partnerskiej relacji.

A czas dla siebie?

Jest bardzo ważny. W radzeniu sobie ze wszystkim pomaga wygospodarowanie czasu na reset, przyjemności i relaks. To jest niezwykle ważne, żeby się zdystansować i zebrać siłę na działanie. Poza tym lubię moje życie. Te wszystkie wyzwania mnie napędzają i uszczęśliwiają. To takie pozytywne zmęczenie.

Za moment na świecie pojawi się Twoja córeczka. Powiedz skąd takie oryginalne imię – Wanda?

Nie wiem czy imię Wanda jest bardzo oryginalne, ale wybraliśmy je z Kubą już w poprzedniej ciąży, na wypadek jakby Tadzio okazał się dziewczynką.

Mi się od zawsze bardzo pozytywnie kojarzyło, bo przezywałam tak moją siostrę podczas zabaw, kiedy byłyśmy małe. Kubie też się bardzo podoba, ponieważ nie jest zbyt powszechne, ale też nie jest wymyślne i pretensjonalne. Myślę, że po prostu pasuje do nas.

Jak określiłabyś swój styl i w czym czujesz się najlepiej?

Nigdy nie próbowałam definiować mojego stylu. Lubię rzeczy wygodne ale też trochę odjechane i unikatowe. Nie czuję się dobrze, kiedy jestem „przebrana”. Bardzo lubię łączyć prostotę i klasykę z ciekawymi dodatkami, detalami. Na pewno mam w sobie trochę z dzieci kwiatów, z dawnej bohemy i szalonych gwiazd rocka. To w czym czuję się najlepiej zależy od nastroju i sytuacji. Mogą to być conversy i jeansy, a może być to super błyszcząca cekinowa sukienka.

Jaka jest ulubiona rzecz z Twojej szafy?

Oj nie mam takiej jednej jedynej. Jestem bardzo sentymentalna, dlatego na pewno szczególnym uczuciem darzę rzeczy, które pamiętają jeszcze czasy młodości moich babć i mojej mamy lub te przywiezione z egzotycznych wyjazdów.

Gdzie wyszukujesz perełek z Twojej garderoby?

Nie ma reguły. Część to skarby vintage, część pamiątki z podróży, a część to zdobycze z wyprzedaży w sieciówkach.

Jakie jest Twoje największe zawodowe marzenie?

Za bardzo się nad tym nie zastanawiam. Będę szczęśliwa, jeśli Panama Jewels wejdzie na rynki zagraniczne.

Trzymamy kciuki!

 

Zdjęcia: Aneta Zamielska